Życie po wegetarianizmie. Trochę jak życie po śmierci. Czy ono w ogóle istnieje?

Dzisiaj opowiem Wam o początku końca. Czyli o tym dlaczego, Wilczaksyty zanim się rozkręcił, to już za chwilę zaczął padać. Z głodu padać. Teoretycznie. Nie wyobrażam sobie publikowania treści, które nie są już do końca wspólne z moim postępowaniem. Wierzę, że gdy przeleję swoje przemyślenia moja blokada i dyskomfort towarzyszący przy kolejnych próbach prowadzenia bloga minie. Bo chcę to robić!

Uwaga, wegetariański „format” bloga wraz z publikacją tego posta przeminie. Jeśli interesuje Ciebie dlaczego tak się dzieje, zachęcam do lektury. Z góry uprzedzam, że nie jest to forma spowiedzi, a jedynie chęć przedstawienia luźnych, własnych przemyśleń i doświadczeń z powrotu na „ciemną stronę mocy”.

Oto mój żywieniowy”coming out”.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

I dzisiaj już nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Skończył się mój wegetariański dążący do weganizmu etap życia, a zaczął się ten, jak się okazuje, zdrowy i właściwy. Produkty zwierzęce powróciły do mojej diety. W obliczu utraty zdrowia, a tym samym obniżonego komfortu życia wszystkie ideały, na których budowałam swoje ego, tożsamość, pogląd na otaczający świat i przecież również tego bloga (!) runęły. Po prostu. O tym jest dzisiejszy post.

Zabierałam się do niego jak pies do jeża, szukałam inspiracji jak ugryźć temat, szperałam w internecie o powrotach do mięsa i nie udało znaleźć mi się nic konkretnego. Kilka wypowiedzi na forach, parę vlogów, kilka anonimowych wyjaśnień. Temat jest niewygodny. Wiadomo, przecież nikt, kto wcześniej walczył o swoje ideały nie jest klepany po ramieniu, przy bardziej lub mniej radykalnej zmianie danego punktu widzenia. I ja to rozumiem.

Wielką sztuką jest być autentycznym w internecie, a zarazem zbytnio nie obnażać się ze swoim życiem, aby zachować tą część intymną tylko dla siebie w realnym świecie. Pisząc tę historię o porzuceniu wegetarianizmu wiedzcie, że jej początek napisały problemy zdrowotne. Bez chęci i potrzeby wywlekania diagnoz, dolegliwości i wyników badań pomijam jednak ten etap. Sorry not sorry. Tak samo nigdy nie zrozumiem wrzucania do sieci zdjęć USG macic z płodami. Nieważne.

Co najlepsze, powrót do jedzenia mięsa wcale nie miał związku z wegetarianizmem jako „złem” samym w sobie, w postaci niedoborów, anemii etc. tylko z koniecznością wykluczenia pewnych istotnych produktów, które ogólnie mówiąc mi nie sprzyjały, a bez których nie miałabym szans być zdrową wegetarianką, czy weganką na dłuższą metę, bez sztucznego wspomagania. Pomijając całą batalię medyczną koniec końców najrozsądniejszym wyjściem w mojej sytuacji było włączenie mięsa do diety. Organizm wiedział lepiej i dawał konkretne znaki.

Na rozstaju dróg stoi dobry „buk”, on wskaże ci drogę

Na początku przeświadczenie o słuszności niejedzenia mięsa zastąpione zostało wyrzutami sumienia i schowaniem głowy w piasek – znowu nie miałam racji. Może by tak jednak spróbować? Garść witamin, trzy kopy mieszanek i wszystko by grało, podobno można. Teoretycznie. I tak oto znalazłam się na rozdrożu tego paradoksu. Na szczęście miałam bardzo dobrą i profesjonalną mapę, jednak ostateczny wybór drogi należał do mnie.

Po jednej stronie plasował szlak czerwony tzw. trasa zdrowia. Naturalna, łatwiejsza, podczas której przemierzania można wsłuchać się w potrzeby własnego organizmu, kroczyć sobie, ku lepszemu komfortowi życia podziwiając widoki z lekkością. Bez zbędnego balastu na plecach – jednak trzeba zjeść mięso. Raz na jakiś czas. Po drugiej stronie zaś szlak zielony „wegetariański”. Żeby nim podążać w rzekomym zdrowiu musiałabym wyrzucić z plecaka 3/4 swojego pożywienia na rzecz nienaturalnych dziwactw, stałej czujności, stąpania po niepewnym gruncie – trasa dość niebezpieczna, kręta i długa. Jeśli chciałabym silić się na naiwnego tragicznego bohatera to może i spróbowałabym. Chociaż pewnie ostatecznie tak, czy siak nastąpił by powrót szlak czerwony.

Wiecie, którą drogę wybrałam.

Może lepiej nie mówić…

No dobra po tych kilku miesiącach zaczęłam czuć się świetnie, moje życie znowu nabrało sensu. Ale teraz  jak wytłumaczyć się z tego indyka, czy mam prawo pisać wege posty, kiedy tej rzeczywistości już nie ma? Bo koniec końców nie istotne jest, że nisko przetworzone, chude mięso zaczęło stanowić jedynie niewielką część mojej diety. Bo jej podstawą są wciąż… warzywa. Sytuacja jest zero jedynkowa. Nie można być wege na pół etatu. Ja o tym wiem i staram się nie chodzić z hipokryzją za rękę, chociaż jest ona domeną ludzi. Nastąpił ideowy chaos w głowie, światopoglądowy mętlik, taka mała rewolucja. Na rzecz poprawy zdrowia. Tak źle i tak niedobrze.

No to jak rozwiązać kwestie jedzenia? Wilczaksyty to jedzenie, i to 100% wegetariańskie, takie było założenie, bo taka wtedy byłam, kiedy podjęłam decyzję – „o chcę mieć bloga”! I nie wiedziałam co to znaczy, zupełnie z czym to się je. Przynajmniej od początku wiedziałam, że ściemniać w necie nie można, bo ściema nigdy się nie obroni, prawda zawsze. Zawsze mówię jak jest nawet, gdy szczerość w oczy kole. Teraz też nie jest zbyt wygodnie, ale prawdziwie. I nawet fajnie się to pisze. Moje niepokoje mogą wydawać się komiczne, czy niezrozumiałe, ale osobie, która aspekty związane z odżywianiem, życiem w zgodzie z konkretnymi ideałami traktuje poważnie wyda się to całkiem zrozumiałe.

Odpowiedź okazała się prosta. Mówić jak jest i nie tłumaczyć się. Kto będzie chciał kliknąć w tego linka i tak kliknie, kto nie – tym lepiej. Nic na siłę.

Czarne, białe, czy szare? Czyli jedni spalą na stosie, inni zbiją piątkę, a kto machnie ręką?

A ja teraz stoję z boku i obserwuję tę etyczno-żywieniową walkę dobra z dobrem. Bo jedno „dobro” myśli, że drugie „dobro” to zło w czystej postaci, i na odwrót. Niestety wciąż odcienie szarości są rzadko akceptowalne. Tylko czerń lub biel, tylko dobre, albo złe. Z nami, lub przeciwko nam. Po jednej stronie sfrustrowani mięsożerni, złośliwcy wkradający się na fora dla roślinożerców. Z drugiej strony oni – oświeceni, czasami pogardliwi, na wyższym poziomie wtajemniczenia przecież. Jedni rzucają mięsem, a drudzy brokułem… Ale to temat na osobny post.

Teraz już wiem, że nie ma jednego słusznego rozwiązania dla każdego. Odcienie szarości występują w przyrodzie znacznie częściej niż czysta biel, lub czerń. Fajnie, że w końcu to zrozumiałam i doświadczyłam na własnej skórze. Jedno jest pewne – dopinguję wszystkim tym, którzy propagują ograniczanie spożywania mięsa, produktów wysokoprzetworzonych, śmieciowego żarcia, fast foodów, trucia w restauracjach etc. Krótko – świadome odżywianie, wiara w naukę, profesjonalna pomoc, zdrowy rozsądek. Reszta leży po stronie każdego z nas.

No to, czy istnieje godne życie po wegetarianizmie?

życie po wegetarianizmie

Nie chcę zbytnio filozofować, prowadzić etycznych dyskusji na temat dobrobytu zwierząt, może trochę z podświadomej potrzeby asekuracji, wygody, czy usprawiedliwienia. Możliwe, że ktoś poważy słuszność moich przekonań, oraz zwykłego szacunku do fauny i flory w obliczu deklaracji spożywania mięsa. No ale one wiele się nie zmieniły, a raczej ewoluowały. Wcale nie zaczęłam być pasjonatką polowań, cyrków, delfinariów, futer, czy ubojów rytualnych. Nie zamykam zwierząt w klatkach dla zabawy, a nad kominkiem, którego nie mam nie wisi poroże z kawałkiem czaszki jelonka. Co za ulga, że nie mam kominka.

Nigdy nie skrytykowałam nikogo za to, że je, lub nie je mięsa. W mojej rodzinie od zawsze spożywało się mięso, wychowałam się na flakach, schabowych, galarecie z nóżek i wpierniczałam wszystko. Nie śmiałabym wypominać komuś mielonego, wiedząc, że babcia być może właśnie sobie turla pulpeciki w sosie chrzanowym. Każda historia powrotu do mięsa lub rezygnacji z niego jest inna.

Czy wróciłabym do jedzenia mięsa gdyby nie znaki ze strony organizmu, że muszę zmienić schemat, który okazał się zawieść? Pewnie nie, bo dzisiaj też nie spożywam go codziennie. I co więcej, po wprowadzeniu mięsa z powrotem do jadłospisu nie zaczęłam latać ze strzelbą, w futrzanej czapce z kitką. Wcale nie czuję wszechogarniającej żądzy krwi i mordu, nie miewam snów o salcesonie, a nawet o zgrozo nie jadłam kiełbasy z grilla w tym sezonie! Bo zupełnie nie o to kaman.

Życie po wegetarianizmie istnieje i co więcej można zachować przy tym godność, twarz i temat chociaż wstydliwy nie powinien stanowić tabu. Żyję teraz jakby w nieco odmiennym wymiarze, z inną świadomością i doświadczaniem. Pokora, spokój, szacunek i zrozumienie.

SIEMA!

Pisząc to teraz czuję się mądrzejsza, bogatsza w doświadczenie i zupełnie bezstronna, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A co najważniejsze w końcu nie mam z tym problemu – czy komuś się to podoba, czy nie. Wierzę w siłę nauki, medycynę, dietetykę, zdrowy rozsądek, szukanie własnego przepisu na szczęśliwy brzuch. Bo przecież stamtąd bierze się całe ciepło!

W przygotowaniu nowe wpisy z nową energią!

Spodobało Ci się? Zostaw po sobie ślad, lub udostępnij. Będzie mi miło.

~ Marcelina

życie po wegetarianizmie