Follow Us

Copyright 2017 | Softset

gulaszowa z boczniakami i pęczakiem

Ta gulaszowa przebiła swój mięsny pierwowzór i śmiało mogłaby zastępować klasyczną gulaszową, która kojarzy mi się z zupką serwowaną w okolicach 1:00 – 2:00 na suto zakrapianych urodzinkach cioci kloci, osiemnastce Brajanka, czy andżejkach w domu weselnym „Biała Róża”. A tak nawiasem mówiąc nie, to nie jest dobre skojarzenie. Nie lubię jedzenia podawanego na tego typu organizowanych imprezach. Myślę, że to podświadomie jeden z wielu powodów, dla których nie chciałabym robić wesela – na szefa kuchni i menu takie jakie bym chciała po prostu mnie nie stać, no i generalnie temat wegetariańskiego jedzenie na „salowych” imprezach, to temat z rodzaju ciężkich wrzodów na dupie. Jeśli nie chcesz czytać biadolenia, przejdź od razu do przepisu, jest sztosem, mówię Ci.

P.S. Nie nie chajtam się.

Wracając do tematu… Na pierwsze rosołek, trochę z kury, trochę z wegety, cienkiem makaronem każdy ochlpał już satynową kiece i krawat – standard. De vo lay… devo lajle… devolej… devolaj… i schabowy spółka z.o.o. – pierwsze co nasuwa mi się na myśl myśląc o zorganizowanej potupajce. A do mięska ziemniaczki gotowane z koperkiem (ratujące życie wraz z surówką z marchewki), księżyce z ziemniaczków i frytki z paczki – żeby nie było monotonnie, bo przecież ziemniak ziemniakowi nierówny. Wszyscy zapchali się schaboszczakiem, ale nie takim zwykłym, bo ze smażonymi pieczarkami i plastrem ociekającej (chyba) goudy, a tu wjeżdżają spóźnione zrazy w sosie pieczeniowym i gołąbki z mielonym mięsem. Mizeria się skończyła. O są buraczki, przeżyjemy.

Po obiedzie wjeżdżają zimne przystawki. Jest śledzik, ryba w galarecie, nawet i burżujski łosoś się trafi, roladki z szynki, kiełbaska, galareta drobiowa (ale przecież z groszkiem i marchewką!). Uff całe szczęście sałatka warzywna (weganom mówimy papa – majonez – jajka).

Później mielone, ćwiartki z kurczaka, albo nuggetsy dla dzieciaków, całe szczęście znowu sypnęli frytką z paczki. Czas zapchać się chlebem, albo ciastem.

Noc, noc, noc niebo pełne gwiazd i wjeżdża – tutaj rosyjska ruletka – flaczki, gulaszowa, albo barszczyk (bingo!), ciul że z paczki. Nie za pasztecik z mięskiem podziękuję, z kapustką proszę.

Impreza zaliczona. Kac będzie, zawsze jest bez dobrego podkładu.

Przykro mi, że tak to w większości wygląda. A mogło być tak pięknie, jak to śpiewali w Kilerze. Mogłoby być kolorowo, różnorodnie, ciekawiej troszku, milej, mniej mięsnie. Nie mówię o francuskiej, tzn. wegetariańskiej rewolucji, ale różnorodności, której tak bardzo brakuje mi na tych fajnych, lecz wciąż imprezach. Bo 6 rodzajów mięsa na jednej imprezie to nie jest różnorodność, to nie o to chodzi.

Nie wiem po co i jak ja to robię, że z zupy potrafię rozkręcić ból dupy o rodzinne imprezy. Magia.

Jak będę się chajtać to o 2:00-3:00 na weselichu wjedzie ta gulaszowa. Serio mówię.

Odjazdowa gulaszowa z boczniakami i pęczakiem poniżej 🙂

gulaszowa z boczniakami

Składniki na średni garnek

250-300 g boczniaków

2 papryki czerwone

3 cebule

2-3 ząbki czosnku

1/2 szklanki pęczaku

4-5 łyżek sosu sojowego

1/3 – 1/2 szklanki wody z ogórków kiszonych (uwaga, żeby nie było za słone)

ok. 750 ml – 1 l wody (3-4 szklanki)

kilka liści laurowych

kilka ziaren ziela angielskiego

2 – 3 łyżeczki papryki wędzonej

2 łyżeczki papryki słodkiej

1 łyżeczka papryki ostrej

świeży koper

ewentualnie sól i pieprz do smaku

olej

 

Wykonanie

  1. Pęczak gotujemy w osolonej wodzie według instrukcji podanej na opakowaniu.
  2. Cebule kroimy w dość grube pióra. Na dnie garnka rozgrzewamy olej, do którego wrzucamy cebulę, liście laurowe i ziele angielskie. Przykrywamy i dusimy  na małym ogniu, co jakiś czas mieszając.
  3. Papryki i boczniaki myjemy. Z papryk usuwamy gniazda nasienne, kroimy w paski.
  4. Boczniaki również kroimy w cienkie paski.
  5. Kiedy cebula będzie już miękka i lekko rozpadająca się (po około 10-15 minutach) dodajemy  pokrojone papryki i boczniaki.
  6. Wlewamy wodę sos sojowy, dodajemy wszystkie przyprawy, a czosnek przeciskamy przez praskę.
  7. Całość mieszamy i gotujemy około 35 minut na wolnym ogniu, pod przykryciem mieszając co jakiś czas.
  8. Na ostatnie 5 minut gotowania dodajemy ugotowaną kaszę pęczak.
  9. Zupa powinna mieć klarowny, aczkolwiek wyrazisty brązowy kolor. Jeśli smak wydaje się zbyt mało intensywny można dodać więcej sosu sojowego, soli, pieprzu, czosnku granulowanego lub słodkiej papryki mielonej.
  10. Jeśli zupa będzie zbyt gęsta/słona etc. – dolej więcej wody.
  11. Podajemy ze świeżo posiekanym koprem.

Gotowe!

pasta z pieczonego czosnku i batata

Dzisiaj krótki, prosty i pyszny wstęp. Co do pyszności to ma ono znaczenie ambiwalentne. Po pierwsze, pysznię się ja, chełpię wręcz tym przepisem, ponieważ dawno nie zrobiłam czegoś tak niebanalnego i prostego zarazem. Od dawna czekałam, aż przyjdzie mi do głowy w końcu taki świeży pomysł jak ten. Po drugie, pyszna jest pasta sama w sobie. Jej składniki idealnie współgrają, tworząc smak, do którego, chce się wracać.

Pieczony czosnek jest sekretem i nieodłącznym elementem tej pasty, którego nie da się zastąpić, tak jak witaminy B12 w diecie wegańskiej ;). Dodatkowo ta pasta udowadnia, że cynamon nie musi być tylko oczywistym dodatkiem do owsianki, czy pieczonych jabłek. Ponadto idealnie komponuje się on z wytrawnymi dodatkami, balansuje słodycz batata i jest tzw. „śrubą” całej kombinacji. Nie zapominajcie proszę o wysokiej jakości oliwie, która będzie idealnym nośnikiem wszystkich smaków oraz nada kremowej konsystencji, co podczas rozsmarowywania pasty na świeżym, razowym chlebie będzie przyprawiać wszystkich kulinarnych fetyszystów o dreszcze…

Niezwykła pasta z pieczonego czosnku i batata poniżej 🙂

Składniki na mały słoiczek

1 mały batat (około 150-200g)

5 ząbków czosnku

oliwa z oliwek

szczypta cynamonu

szczypta pieprzu cayenne

rozmaryn (suszony lub świeży)

sól, pieprz

 

Wykonanie

  1. Piekarnik nastawiamy na 180-200 °C. Przygotowujemy folię aluminiową i małe naczynie żaroodporne.
  2. Batata obieramy, kroimy w cienkie paski/kostkę – im drobniej pokrojony, tym szybciej się upiecze.
  3. Ząbki czosnku obieramy z łupin (tip: aby łupiny łatwiej odchodziły ząbki należy rozgnieść za pomocą szerokiego noża).
  4. Słodkiego ziemniaka i czosnek układamy na folii aluminiowej, solimy, pieprzymy, dokładamy kilka listków rozmarynu, polewamy oliwą z oliwek, szczelnie zawijamy i układamy w naczyniu żaroodpornym lub na blaszce. Pieczemy około 35-40 minut, do momentu aż bataty i czosnek zmiękną, czosnek powinien być mocno przyrumieniony.
  5. Upieczone składniki blendujemy na gładką masę wraz ze szczyptą (lub dwiema) cynamonu oraz szczyptą pieprzu cayenne. Można dodać więcej oliwy, doprawić solą i pieprzem wedle uznania.

Gotowe!

 

wegańska zapiekanka pasterska

Siedzę zwinięta w kulkę przed moim domkiem w radomickim siedlisku popijając waniliowego rooibosa, do którego powinnam dolać rumu – byłoby idealnie. Tak, zawsze jakieś „ale”. Opatulona moim ulubionym miodowym swetrem, na stopach grube skarpety w skandynawskie wzory, dwudziesty ósmy sierpnia, zegar wskazuje godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy, nie zauważyłam nawet, że już zaszło słońce. Na szczęście pogoda jest jeszcze przychylna i pozwala mi spędzić ostatnie sierpniowe wieczory w tym miejscu na zewnątrz, choć w powietrzu czuć już rześkość i chłód, który po tegorocznych upałach zaczął przypominać o swojej obecności. Jesień nadchodzi. Powoli nastrajam się i aklimatyzuję do długich, nostalgicznych wieczorów. Zupełnie nie mam nic przeciwko nim, a nawet więcej – tęskniłam. Kocham jesień, chyba najbardziej ze wszystkich pór roku. Kocham ją taką jaka jest w swojej okazałości, bez względu na słotę, błoto i wilgoć. Prawdziwa miłość.

Skoro już napisałam taki wprowadzający w nastrój jesienny wstęp, należy pójść krok na przód i przedstawić danie, które perfekcyjnie wpasowuje się w koncepcję jesiennego posiłku, tzw. „comfort foood”. Comfort food’em nazywa się dania, które wzbudzają w nas nostalgię, są niejako sentymentalne, przywołują wspomnienia lub są po prostu sycące, kaloryczne i sprawiają, że w brzuszku robi się cieplej, a na buźce pojawia się uśmiech. Danie po którym czujemy siębardzo najedzeni i bardzo szczęśliwi – taka właśnie jest moja zapiekanka pasterska. Może znajdzie się ktoś, kto dałby mi po uszach za określenie wegańskiej zapiekanki z soczewicą mianem zapiekanki pasterskiej, bo wiecie PROFANACJA. Zamiast mielonej wołowiny – zielona soczewica, bez sosu Worcestershire – bo zawiera anchois, bez groszku – uznałam, że dodatkowy strączek mógłby być niezłym wyzwaniem dla naszych jelit – if you know what I mean…

Ale jak zwykle chrzanić konwenanse i tak jest przepyszna!

Oto wegańska zapiekanka pasterska.

Składniki na duże naczynie żaroodporne

1 paczka zielonej soczewicy

6 marchewek

1 por

3 ząbki czosnku

4 łyżki koncentratu pomidorowego

3/4 szklanki czerwonego wytrawnego wina

10 średniej wielkości ziemniaków

1/2 szklanki mleka roślinnego

2 łyżki oleju kokosowego / masła

gałka muszkatołowa

tymianek suszony + opcjonalnie świeży

rozmaryn suszony

ziele angielskie

liście laurowe

sól

pieprz

olej

Wykonanie

Purée

Ziemniaki obieramy, kroimy w ćwiartki i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. Gdy ziemniaki będą ugotowane, odlewamy wodę, dodajemy 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, mleko roślinne oraz olej kokosowy lub masło i bardzo dokładnie ugniatamy tłuczkiem do ziemniaków.

Farsz

W międzyczasie gotujemy soczewicę z kilkoma liśćmi laurowymi i ziarnami ziela angielskiego (ich dodatek do gotowania strączków redukuje nielubiane właściwości wzdymające) według instrukcji podanej na opakowaniu. Jasną część pora kroimy w cienkie krążki, marchew obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Na dużej i najlepiej głębokiej patelni (w ostateczności może być garnek) rozgrzewamy olej, po czym wrzucamy por, posiekany czosnek i marchewkę -dusimy przez około 10 minut co jakiś czas mieszając. Następnie dokładamy ugotowaną soczewicę i koncentrat pomidorowy. Na koniec solimy, pieprzymy, dodajemy 1 łyżeczkę tymianku, 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej oraz dolewamy wino. Farsz smażymy jeszcze przez 5-7 minut bez przykrycia co jakiś czas mieszając.

Na koniec

Naczynie żaroodporne olejujemy. Na dnie wykładamy 1/3 purée, tak by tworzyło zwarty spód. Następnie układamy farsz z soczewicą lekko przygniatając je łyżką,co spowoduje, że zapiekanka będzie zwarta. Na górę wykładamy resztę purée ziemniaczanego, w którym tworzymy wzorki widelcem (jak na załączonym zdjęciu). Całość posypujemy tymiankiem, rozmarynem i szczyptą gałki muszkatołowej. Pieczemy w 180° C przez około 40 minut do zarumienienia się zapiekanki. Serwujemy przyozdobioną świeżymi ziołami. Gotowe!

Zapiekankę można podawać z ulubionym sosem pomidorowym lub keczupem, ale jak dla mnie tworzy ona kompozycję, która nie wymaga dodatków, no może oprócz michy zieleniny :).

Smacznego!