Kimchi – koreańska kapusta kiszona

Kimchi – ten wyrób jest dla mnie szczególnie ważny. Oho, zawiało sandałem (z masłeeem).

Dlaczego? Bo stanowi obiekt moich skromnych, raczkujących badań, które zaczęłam prowadzić w ramach studiów. I ostatnio te poczynania zostały nawet docenione, co tym bardziej stanowi o istotności kimchi w moim serduchu.

O tym produkcie już kiedyś, kiedyś coś tam obiło mi się o uszy – trochę czytałam, trochę słyszałam, że śmierdzi, że jest dobre, że jest zdrowe itp, itd. Ale z Kimchi pierwszy raz poznałam się na azjatyckiej edycji cyklu Smakuj Trójmiasto (o której pisałam tutaj) i jak w miłość od pierwszego wejrzenia nie wierzę, tak w niej zakochałam się nie tylko od pierwszego wejrzenia, ale i zapachu oraz smaku. Pamiętam jak zobaczyłam leżące wielkie głowy kapusty pekińskiej zatopione w czerwonej zalewie (to brzmi strasznie w sumie) i tłumek ciekawskich jak ja wokół nich. No nie mogłam się oprzeć. Chciałabym zobaczyć coś takiego, tylko w wersji ordżinel w Korei.  Już wtedy wiedziałam , że coś z tego będzie. No i jak na razie są 2 publikacje, 2 wystąpienia konferencyjne i jedna wygrana dla duetu Kimchi i Wilczak 🙂 . A to dopiero początek, ale wystarczy już przechwałek.

kimchi

Czym właściwie jest Kimchi? Kimchi to tradycyjna kiszonka warzywna, której głównym składnikiem z reguły jest kapusta pekińska (), kalarepa, rzepa oraz unikalna mieszanka przypraw i innych cudów w postaci pasty. Uznaje się, że znanych jest około 200 rodzajów tego wyrobu, którego historia sięga 4000 lat wstecz. Koreańska metoda przyrządzania kimchi została zarejestrowana jako niematerialne dziedzictwo kulturowe ludzkości UNESCO. Kimchi cechuje się wyjątkowym aromatem i smakiem, wysoką wartością odżywczą oraz własnościami prozdrowotnymi. Kimchi jest również bogatym źródłem błonnika pokarmowego, substancji fitochemicznych, witamin (takich jak witamina A, C, K, tiamina i ryboflawina) oraz bakterii fermentacji mlekowej, co czyni z niej produkt probiotyczny.

Wiele badań wykazało, że regularne spożywanie kimchi może znacznie obniżyć ryzyko powstawania otyłości, cukrzycy, stanów zapalnych, hipercholesterolemii, nowotworów oraz powodować stymulację układu odpornościowego.

Jednym z istotnych składników kimchi jest sól (około 128 mg w pół szklanki produktu), która nadaje charakterystyczny smak. Mimo tego, że sól w fermentowanej żywności odgrywa znaczną rolę w jej konserwowaniu oraz kształtowaniu właściwości wiele badań wskazuje na zwiększone ryzyko podwyższonego ciśnienia krwi i chorób sercowo-naczyniowych związanych z  wysokim spożyciem soli kuchennej dlatego też do kiszenia polecam używać soli o obniżonej zawartości sodu (np. Sante z 30% zawartością soli potasowej), co nie wpływa istotnie na wrażenia smakowe – potwierdzone badaniami 🙂 .

Na koniec powiem jedno – wyroby azjatyckie, tudzież kimchi, cechują się smakowitością jakiej przeciętny Kowalski nie zna i nie pozna stosując jedynie składniki tradycyjne dla naszej  polskiej kuchni. Niby Ameryki nie odkryłam, ale niechęcią do poznawania nowego, zamykania się w tym co znane i bezpieczne ograniczamy swój przeogromny potencjał poznawczy i odbieramy światu barw. Egzotyczne potrawy – będące nośnikami niesamowitych doznań kulinarnych otwierają nas na świat i pobudzają uśpione zmysły. Co Wy na to?

Do przygotowywania tradycyjnych dań niebędącymi daniami polskimi podchodzę z dużym szacunkiem i pokorą, ponieważ nie jestem ekspertem w tej dziedzinie – to nie jest część mojej kultury, tylko kultury do której zostałam niejako „zaproszona” dzięki różnym procesom jakie zachodzą na świecie (czyt. globalizacja). Dlatego też przed pierwszą produkcją kimchi, czy jakiejkolwiek potrawy egzotycznej/zagranicznej polecam zrobić mały research.

Jeśli nie macie możliwości bryknąć sobie na miesiąc do Korei i nauczyć się sztuki kiszenia kimchi to nie ukrywam, że przydatne mogą być blogi prowadzone przez native’ów, publikacje, artykuły, czy normy.

kimchi

Składniki na 2 duże słoiki:

2 kg kapusty pekińskiej

1 duża kalarepa/rzepa (jeśli macie dostęp do koreańskiej rzodkwi „mu” to nie zawahajcie się jej użyć)

1 marchew

opcjonalnie: szczypior/cebula dymka (ja nie dodałam)

solanka:
  • około 10 łyżek soli (uwaga: możesz dodać sól o obniżonej zawartości sodu)
  • około 5 litrów wody
pasta kimchi:
  • półtora szklanki wody
  • 5 łyżek mąki ryżowej
  • 7 łyżek papryki gochugaru (kluczowy składnik pasty kimchi – najlepiej szukać w sklepach internetowych; im więcej gochugaru tym kimchi ostrzejsza!)
  • 7 łyżek sosu sojowego (polecam mój ulubiony sos sojowy shoyu łagodny marki Terrasana z unijnym logo rolnictwa ekologicznego – znany i lubiany gwiezdny liść na zielonym tle)
  • około 10 cm utartego, świeżego korzenia imbiru
  • 1-2 łyżeczki sproszkowanego czosnku, lub 3 ząbki utartego świeżego
  • 2 łyżki cukru (lepiej się przełamać i użyć go niż alternatywnych słodzików, które mogą wpłynąć na smak)
  • 1 łyżeczka soli
najważniejszy sprzęt:
  • duża wyszorowana, wyparzona miska – ja robiłam z 4 kg kapuchy na i użyłam takiej do prania
  • gumowe rękawice – pasta nieźle barwi na czerwono i może szczypać
  • czyste, wyparzone słoiki pozbawione zapachu lub specjalne naczynie do kiszenia wykonane z naturalnej kamionki
Wykonanie

Przygotowujemy miskę, kapustę dokładnie płuczemy i oczyszczamy z brzydkich liści. Teraz jest kilka możliwości –  szatkujemy ją drobno, średnio, albo w ogóle przekrawamy tylko wzdłuż i zostawiamy w połówkach (ja lubię średnio pokrojoną,).

Kapustę przekładamy do miski i zalewamy solanką pozostawiając na czas od 1 do 6 godzin, zależy ile czasu możecie przeznaczyć. Po tym czasie odlewamy solankę, a pozostałą kapustę dokładnie płuczemy i odciskamy z nadmiaru wody – przydadzą się silne ręce.

Pasta kimchi:

W garnku zagotowujemy wodę z cukrem stopniowo dodając mąkę ryżową – cały czas mieszamy do uzyskania konsystencji kaszki ryżowej dla bobasów. Do ostudzonego kleiku dodajemy paprykę gochugaru, imbir, sól, czosnek, sos sojowy i utartą marchewkę – całość dokładnie mieszamy.

Tak przygotowaną pastą nacieramy (koniecznie w rękawiczkach) bardzo dokładnie i skrupulatnie kapustę, tak aby każdy kawałeczek miał styczność z pastą. Tak przygotowaną kimchi zamykamy szczelnie w słoikach, jednak nie napełniając „na full”, bo pracująca kimchi wydziela dużo soków, które mogą wykipieć spod nakrętki, i pozostawiamy w temperaturze pokojowej na około 2-3 doby, po czym przetrzymujemy ją w lodówce.

Kimchi można spożywać jako dodatek do potraw, lub wcinać prosto ze słoika widelcem. Mam szczerą chęć wrzucić tu niebawem jakiś przepis z wykorzystaniem kimchi jako baza do potrawy.

Źródła:

  1. UNESCO 2018, [dostęp 25.04.2018], http://www.unesco.org/archives/
  2. Kim D.W. i in., 2017, Effects of different salt treatments on the fermentation metabolites and bacterial profiles of kimchi, Journal of Food Science, Vol. 82, Nr. 5, 1125-1130
  3. Kim E. K. i in., 2011, Fermented kimchi reduces body weight and improves metabolic parameters in overweight and obese patients, Nutr Res, Vol. 31, Nr. 6, 436
  4. An S. Y. i in. 2013, Beneficial effects of fresh and fermented kimchi in prediabetic individuals. Ann Nutr Metab, Vol. 63, Nr. 2, 9-111
  5. Choi I. H. i. in, 2013, Kimchi, a fermented vegetable, improves serum lipid profiles in healthy young adults: randomized clinical trial, J Med Food, Vol. 16, Nr. 3, 9-223.
  6. Jung S. J., Kim M. J., Chae S.W., 2016, Quality and functional characteristics of kimchi made with organically cultivated young Chinese cabbage (olgari-baechu), Journal of Ethnic Foods, Vol. 3, Nr. 2, 150-158

 

 

Faszerowany bakłażan (trochę) po meksykańsku

Psianka podłużna, oberżyna, gruszka miłosna, bakman, jajko krzewiaste, nie to nie są nowe wymyśne, egzotyczne super foods, to są po prostu inne nazwy tego wypchanego warzywa na załączonym obrazku, którym nawet nie jest. Tak kochani, po wielu latach nauki biologii rozszerzonej obligatoryjnie w liceum, czy czysto hobbystycznie ze wspaniałych książek o wdzięcznych, mrożących (co niektórych) krew w żyłach Biologia Villee’go, czy Biologia Campbella można dojść do wniosku, że tak na prawdę warzywa nie istnieją. Natomiast istnieją na przykład bulwy, korzenie, czy wreszcie jagody, do których należy ten tajemniczy owoc potocznie nazywany bakłażanem.

Na surowo ni to on pachnący, ni zjadliwy, trochę gumiasty, czasem gorzkawy, ale w odpowiednim towarzystwie odkrywa swoje prawdziwe oblicze i okazuje się być całkiem fajnym kolesiem, lub kolesiówą – jeśli mowa o kobitce oberżynie, coby żodyn się nie obraził.

Powiem Wam w tajemnicy (w sumie to żadna tajemnica, ale kusząco to brzmi), że blogując, nawet wstawiając co jakiś czas amatorskie przepisy kulinarne, można dowiedzieć się o sobie mniej, lub bardziej ciekawych rzeczy, które to owe blogowanie obnaża. Ja na przykład dowiedziałam się o sobie, że mam jakąś manię wypychania, lub faszerowania jak kto woli, może bardziej subtelnie to brzmi. Wypchałam już jarmużem dynię (tu), wypchałam kurkami paprykę (tu), teraz wypycham kukurydzą bakłażana. Co następne? Tak wiem, brzmi to co najmniej dziwnie, ale tylko brzmi. Jak na moje to takie wypychanie w efektach wychodzi całkiem nieźle. Efekt jest? – Jest. Pomysł jest? – Jest. Smak jest? – Jest. Pełny brzucho jest? – Jest. Z resztą sami się przekonajcie i do garów (ale nie na długo, bo wszystkie moje przepisy nie bałamucą cennego czasu w kuchni). Faszerujmy ile wlezie!faszerowany bakłażan

Składniki na 4 porcje

2 bakłażany

dobrej jakości olej

faszerowany bakłażan

Farsz

1 woreczek (100g) kaszy orkiszowej / komosy ryżowej quinoa

2 duże pomidory obrane ze skóry

1-2 czerwone cebule

1 puszka kukurydzy

Miąższ z upieczonych bakłażanów

2 ząbki czosnku

świeża kolendra

sól, pieprz

Przygotowanie

faszerowany bakłażan

Piekarnik nagrzewamy do 200°C, bakłażany myjemy, kroimy na

pół, pokrapiamy olejem, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy przez około 20-30 minut do zmięknięcia miąższu. Kaszę gotujemy według przepisu na pudełku. W międzyczasie podsmażamy na dużej patelni pokrojoną w pióra cebulę (aż się zeszkli, można posypać solą), następnie dodajemy pokrojone w kostkę pomidory bez skórki i czosnek. Dusimy tak przez chwilę, po czym dodajemy odcedzoną kukurydzę i smażymy bez przykrywki w celu odparowania nadmiaru wody z pomidorów. Kiedy kasza się ugotuje dodajemy ją do usmażonych warzyw. Następnie bardzo ostrożnie wyciągamy miąższ z bakłażanów, tak aby nie uszkodzić skórki, najlepiej do tego użyć drewnianej łyżki i dorzucamy go do farszu na patelni. Całość solimy, pieprzymy i dokładnie mieszamy. Tak przygotowanym farszem napełniamy bakłażany, które na końcu przyozdabiamy poszatkowanymi świeżymi liśćmi kolendry.

 

Smacznego!

faszerowany bakłażan

borówkowe ciasto z kaszy mannej

Niektórzy krzywią się na ich widok i pukają w głowę, inni przyklaskują i totalnie wchodzą w ten biznes. Niezależnie w której grupie osób się znajdujesz jedno jest pewne – boom na ciasta, które niewiele wspólnego mają z tradycyjnym serniczkiem, jabłecznikiem, karpatką, czy murzynkiem rozkręcił się na dobre. Najlepiej, żeby było bez mąki pszennej, bez glutenu, bez mleka, bez śmietany, bez jaj, bez cukru, wegańskie, ale zarazem było fit, pożywne, odżywcze, ładnie wyglądało, miało ciekawą konsystencję i smak, było słodkie i fotogeniczne.

Ludzie?! Serioooo? Tak serio.

Jesteśmy świadkami wysypu kawiarni oferujących w swojej karcie takie cuda, wynalazków czasem lepszych, czasem gorszych, warsztatów z pieczenia „inaczej” (sama w takich brałam udział i było świetnie), pojawiających się na fejsie reklam osób sprzedających wegańskie torty, czy inne smakołyki na urodziny, święta, imprezy firmowe, imieniny cioci Halinki, czy komunię Krzysia – tofurniki, nerkowniki, jagielniki, pierd*lniki aż prosi się, żeby spuentować. Wariactwo totalne, ale ogólnie rzecz ujmując jest to na prawdę smaczne, ciekawe wariactwo, które może sprawić niezłą frajdę, pobudzić wyobraźnię a na końcu przynieść satysfakcję z przygotowania czegoś nietuzinkowego, czegoś, co może zaskoczyć domowników, czy naszych gości. Czemu by nie spróbować? 🙂

Dzisiaj, a w zasadzie dwa tygodnie temu przygotowałam to ciasto zupełnie na spontanie (wierzcie lub nie, ale na prawdę robiłam je w jakimś amoku twórczym, czy coś w tym stylu). Pojawił się  w głowie pomysł – stara, zapomniana, gdzieś skrywająca się w cieniu kaszy jaglanej i komosy ryżowej kasza manna. Ciach i dalej poszło już samo. Nie miałam żadnych obaw, czy super planów w postaci posta na bloga związanego z jego powstaniem, po prostu uda się, albo nie, zobaczymy co dalej, chrzanić konsekwencje, życie na krawędzi itp. Czujecie to. No i się udało, do tego stopnia, że powstał wpis. Chociaż moja mama, która nie lubi kaszy mannej była do niego nastawiona raczej obojętnie, także o gustach i smakach już nie dyskutujemy.

A teraz parę słów w ramach promocji ciasta – tanie w porównaniu do innych „zdrowych” ciast i nie tylko zdrowych, wegańskie, bez dodatku cukru, fit, łatwe, szybkie, smaczne, nierozwalające się – można jeść jak kanapkę, ładne. A co do kaszy mannej to może nie jest ona bezglutenowa (także nie dla wszystkich), ale zawiera dużo błonnika, białka, witamin (B, E), potasu, żelaza, magnezu, a nawet jodu. Jest lekkostrawna, a przy tym sycąca! Viva la kasza manna, a zatem do garów! 🙂

ciasto z kaszy mannej

Składniki na okrągłą blachę o średnicy 24 cm:

Spód

1 szklanka daktyli namoczonych w ciepłej wodzie

3 łyżki siemienia lnianego

3 łyżki mąki kokosowej

3 łyżki wiórek kokosowych

3 łyżki mąki ryżowej

woda

Masa białaciasto z kaszy mannej

1 szklanka kaszy mannej

1 mleczko kokosowe

1 szklanka cukru (ja dałam pół, ale mówili, że za mało słodkie :D)

kilka kropel esencji waniliowej (ewentualnie olejku waniliowego)

Masa fioletowa

Tak samo jak w masie białej, oprócz esencji waniliowej

1 szklanka borówek

+ borówki do ozdoby

Przygotowanie:

Spód

Piekarnik nagrzewamy do 180°C. Daktyle namaczamy w ciepłej wodzie, suche składniki wsypujemy do miski, po czym dodajemy dobrze rozmiękczone daktyle wraz z wodą i zagniatamy ciasto do uzyskania gliniastej konsystencji. Podczas zagniatania, gdy ciasto jest zbyt suche i nie chce się połączy możemy co jakiś czas podlewać je odrobiną wody. Następnie wyklejamy nim dno blaszki. Podpiekamy je przez około 10-15 minut i zostawiamy do przestygnięcia.

Masa (obie przygotowujemy niemal tak samo)

ciasto z kaszy mannej

Do rondelka wlewamy puszkę mleczka kokosowego, dolewamy jeszcze około pół szklanki wody, ksylitolu i zagotowujemy na małym gazie. Do przygotowania białej masy dodajemy w tym czasie esencję waniliową, a do fioletowej – borówki. Następnie (cały czas mieszając!) wsypujemy powoli kaszę manną, którą jeszcze przez chwilę gotujemy do zgęstnienia. Nie zapomnijcie o mieszaniu, bo inaczej zrobią się grudki. Tak powstałą masę (najpierw przygotowujemy białą) wylewamy na spód i wygładzamy najlepiej za pomocą szpatułki. Następnie w identyczny sposób przygotowujemy masę fioletową. Na końcu dekorujemy borówkami, liśćmi mięty i czym dusza zapragnie, odstawiamy do przestygnięcia i wkładamy na kilka godzin do lodówki, po tym czasie można jeść :).

Łatwe? Pewnie że łatwe. Smacznego!

szybka sałatka z brokułem i batatem najlepsza na wszystko

Co przychodzi Wam do głowy kiedy słyszycie hasło „sałatka”? Warzywna z całym słoikiem kieleckiego czy tam pomorskiego? Tuńczyk z ryżem, ananasem i kukurydzą, plus oczywiście słoik majonezu? Czy może jeszcze inne klasyki, które jak wszyscy doskonale wiemy są najczęstszym powodem niestrawności i złego samopoczucia na dzień po dobrej imprezie (hehe, jeśli wiesz co mam na myśli). I pewnie byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie mały fakt, że od imprezowych sałatek jednak kaca się nie ma, nazywajmy rzeczy po imieniu (a piątek, piąteczek i „łykend” za pasem). Do czego zmierzam? A no do tego, że każdy mit ma w sobie małe ziarenko prawdy. Przecież w tak starym, wyświechtanym jak świat żarciku o szkodliwych sałatkach na zakrapianych spotkaniach musi coś być. Dlaczego nie zrzucamy wszystkiego na schabowe, albo mielone tylko akurat na groszek w jarzynowej? No właśnie. Ja często tak mam, że nasza ulubiona, przejedzona i zmechacona jak stary sweter za trzy dychy na promo z „Haędemu” krajowa warzywna po prostu leży mi godzinami na żołądku i ni ciula nie pomagają wtedy żadne herbatki ziołowe, kadzidełka, nacieranie brzucha błotem, tańce plemienne czy inne szamańskie rytuały. Po prostu jest dla mnie zbyt ciężka i strawienie jej zajmuje długie godziny – życie, nie ma „letko”. Dlatego właśnie kombinuję z różnymi innymi, bardziej przyjaznymi dla układu trawiennego kompozycjami, które zarówno są sycące i łatwostrawne, a po ich zjedzeniu brzuch wygląda raczej normalnie a nie jak przy dwudziestomiesięcznej słoniowej ciąży (nie chcę obrazić słoni, tylko nadać dramatyzmu sytuacji). 

Wiecie jak to jest kiedy człowiek się stara, szuka czegoś kunsztownego, nad wyraz oryginalnego, wymyśla na siłę, bo na insta koniecznie musi być ładne jedzonko, bo chce się wykazać, ma ambicje, to nic z tego nie będzie, czapa. Miałam tak ostatnio z takim jednym przepisem, drogi, trudny, „wiecie czego” nie urywał no i właśnie czapa. A  ja wychodzę do Was z przepisem sprawdzonym, banalnym w przygotowaniu, zrobionym z łatwo dostępnych produktów, które niemniej jednak są świeże, ciekawe i oryginalne w smaku, a do tego super zdrowe i kolorowe – o kolorki w tym pochmurnym okresie musimy dbać! Tak jak wspominałam w hummusowym poście (o tutaj).

Ta sałatka z brokułem i batatem, jest moim i będzie Twoim nowym hitem! Serio mówię, a przygotowałam ich już dosyć sporo jak na swoje krótkie 21 letnie życie. Zabieram ją w pudełku na uczelnię, wcinam na śniadanie, na kolację, kiedy dopadnie mnie mini głodek, albo ten większy. Robię jeśli mam niezapowiedzianych gości, bo jest szybka i łatwa (ostatnio z jarzynówką paprałam się chyba z półtora godziny przed „Wszystkich Świętych” – nigdy więcej). Oczywiście stworzona na tak zwanym momencie z tego co akurat było pod ręką – mój klucz do udanego dania. Bardziej chyba wychodzi mi spontaniczne działanie niż zaplanowane, nie czuć wtedy presji.

Dlatego tu i teraz ZACHĘCAM wszystkich miłośników sałatek klasycznych, majonezu i kurczaka, hejterów sałatek, hejterów warzyw, a w szczególności batatów oraz tych którzy w sałatkach i lunch box’ach są zakochani, do wypróbowania tego przepisu, bo wyrwie Was z klapek. Dziękuję. Koniec.

Składniki na miskę sałatki

1 brokuł (ok. 500g)

1 duży batat, bądź 2 mniejsze (ok. 400g)

1 woreczek / 100 g / ok. pół szklanki kaszy jaglanej

1/2 dużej puszki kukurydzy lub 1 mała

3 łyżki słonecznika

1 mała czerwona cebula

Mały pęczek kolendry

3-4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

2-3 łyżki octu winnego

Pieprz mielony i gruboziarnisty (ten drugi możesz pominąć, jeśli nie masz)

Sól

sałatka z brokułem i batatem

Sałatka z brokułem i batatem

Wykonanie

Na małym gazie, w osolonej wodzie gotujemy kaszę jaglaną (pod przykryciem, nie mieszamy podczas gotowania). Brokuła dzielimy na małe różyczki, batata obieramy, i kroimy w dość drobną kostkę. Pamiętajcie aby opłukać je wodą! Tak przygotowane, lekko osolone warzywa gotujemy pod przykryciem na parze – pierwsze wrzucamy bataty, a po 5ciu minutach dodajemy brokuła, następnie czekamy do chwili aż oba składniki zmiękną (około 10 minut). Cebulę obieramy, kroimy na cienkie krążki, które moczymy w occie winnym w celu nasiąknięcia aromatem – mówię Wam to jest sekret tej sałatki 🙂 . Słonecznik prażymy na patelni, lepiej nie ustawiać dużego gazu, co jakiś czas mieszamy, uważajcie aby wychwycić ten moment, w którym ziarna są pięknie złociste, a nie ciemnobrązowe, lub już nawet czarne, czuć wtedy smak spalenizny. Teraz komponujemy sałatkę. Ostudzoną kaszę mieszamy z olejem, pieprzem, kolendrą, kukurydzą i cebulą, dodajemy chłodnego batata i brokuł, następnie posypujemy całość prażonym słonecznikiem i pieprzem gruboziarnistym, jeśli sałatka wydaje się Wam za sucha dolejcie więcej oleju. Wasza szybka sałatka z brokułem i batatem jest już gotowa. Widelce w dłoń.

Smacznego i na zdrowie!

sałatka z brokułem i batatem

Marchewkowe wegeburgery na wilczy apetyt

Trochę się sfrajerowałam pisząc teraz tego posta, bo jestem bardzo głodna, a nie może być tak, że szewc bez butów chodzi, więc dzisiaj krótko, zwięźle i na temat. Sytuacja pogodowa robi się coraz poważniejsza – po sobie już czuję, że na paru warzywkach i sałateczkach w ciągu dnia daleko już nie pojadę, więc trzeba zadbać o konkretne paliwo na nadchodzący sezon chłodu i… głodu? Głodu nie, o nie, nie . Na pewno nie z takim przepisem, który zaraz będziecie obczajać. Nie jem jak wróbelek tylko bardziej jak stado wróbli, czy tam wron, whatever, ale wciągnęłam taką jedną bułę z konkret kotletem i wymiękłam – naszamałam się po same uszy.

Dobra teraz bez żartów,  sama spadam do kuchni robić te burgery albo cokolwiek co wpadnie mi w łapy. Może sobie coś w nich zmodyfikuje, w końcu nie lubimy się ograniczać, bo te też wymyśliłam na szybko z tego co było akurat pod ręką. A, że akurat okazały się być smakowym strzałem w dziesiątkę postanowiłam podzielić się tym (oczywiście) prostym przepisem.

Z czystym sumieniem powiadam Wam – jeśli chcecie coś zjeść i porządnie się najeść to bierzcie, korzystajcie z tego wszyscy!

 

Marchewkowe wegeburgery

Składniki (na około 6 kotlecików, albo 3-4 większe kotleciory)

4 upieczone średnie marchewki

1 mała czerwona cebulakotlety marchewkowe

1 ząbek czosnku

1/2 szklanki suchego kuskusu (około 3/4 szklanki namoczonego)

1/2 szklanki ciecierzycy z puszki

2 łyżki stołowe mielonego lnu

2-3 łyżki oleju

1 łyżeczka papryki wędzonej

1 łyżeczka przyprawy „masala” (ja dałam garam masala)

1 łyżeczka curry

sól

pieprz

oliwa

Składniki do przygotowania burgerów

Ulubione bułki (nie polecam typowo hamburgerowych ze sklepu bo ich skład pozostawia wiele do życzenia)

Kilka liści sałaty (może być masłowa, lodowa, roszponka, bądź rukola, ja akurat miałam świeże pędy groszku i młody jęczmień)

Pomidor

Świeży ogórek

Dobrej jakości ketchup

Musztarda (fajnie pasuje francuska)

(Opcjonalnie zamiast musztardy, lub ketchupu bułki możecie posmarować hummusem na przykład „tym” i dodatkowo polać oliwą)

Wykonanie:

Kotlety

Marchewki pieczemy w 200°C przez około 20-25 minut do miękkości. Kuskus zalewamy gorącą, osoloną wodą. Na jedną szklankę kuskusu potrzebujemy 1 i 1/2 szklanki wrzątku (możecie przygotować też w proporcji proponowanej na opakowaniu). Trzymamy pod przykryciem przez około 5-7 minut w celu wsiąknięcia płynu. Cebulę obieramy i siekamy bardzo drobno – możemy zostawić parę krążków jako późniejszy dodatek do burgerów. Kiedy marchewki już się upieką kroimy je w części i wkładamy do miski, do której dorzucamy gotowy kuskus, ciecierzycę, cebulę, ząbek czosnku, len, olej oraz przyprawy. Zaletą bezmięsnych burgerów jest to, że bez obrzydzenia i ryzyka możemy próbować farsz, jeśli czegoś Wam brakuje dodajcie innych ulubionych przypraw 🙂 . Wszystko blendujemy na gładką masę. Następnie formujemy kotlety – najlepiej mokrymi dłońmi, nie będą one wtedy przywierać do rąk. Pieczemy w 180°C przez około 20 minut. W połowie pieczenia możemy przewrócić je na drugą stronę aby równomiernie się przypiekły.

Burgery

Bułki przekrawamy na pół, lekko nawilżamy oliwą z oliwek i grillujemy w piekarniku przez parę minut. Każdą z połówek smarujemy ketchupem/musztardą/hummusem, komponujemy warzywa (ja kładę najpierw sałatę, następnie kotlet i na górę resztę warzyw). I już mamy wegeburgery!

Pyszna, sycąca buła gotowa! 🙂

burger

Hummus party – kolorowa pasta z grochu

Nawet nie zauważyłam kiedy piękna złota jesień przerodziła się w zimną, wilgotną, wietrzną i w ogóle nieprzyjemną szarugę. Ten tragiczny czas, w którym wstaję rano – jest ciemno, wracam do domu późnym popołudniem – jest ciemno, nastał i nie mogę go powstrzymać. Jedyne co pozostaje to zahibernować się gdzieś pod trzema kołdrami, pięcioma kocami na jakieś 4-5 miesięcy i przeczekać ten okres do momentu, w którym życie i kolory wrócą… Co za brednie, co to za depresyjne nastawienie? Nie ze mną te numery, trzeba wstać i walczyć, a ja z chandrą lubię walczyć w kuchni, bo to jest walka, w której z reguły jestem na wygranej pozycji. Z szarościami, które toleruję jedynie w swojej szafie, a nie w otaczającym świecie najczęściej radzę sobie tak – ja to nazywam „koloroterapią”. I proszę mnie nie wyzywać teraz od żadnych wariatek, znachorów czy szamańskich wiedźm, ale to działa i nikt mi nie powie, że otaczające barwy nie mają wpływu na nasz nastrój, bo ja na przykład nie potrafiłabym zasnąć w sypialni o wściekle czerwonych ścianach. 

Podczas depresyjnych dni warto trochę pokolorować talerz i fajnie wpłynąć na swój nastrój. Nie wiem co Wy uważacie, ale myślę, że te kolorki są urocze i zachęcające – ich zaletą jest to, że smakują tak samo dobrze jak wyglądają (mam nadzieję, że wyglądają). Do przygotowania szczególnie zachęcam hummusowych świrów, którzy objedli się już tradycyjną wersją pasty. A dla tych, którzy nigdy jej nie jedli polecam przyrządzić małą porcję na spróbowanie, bo smak jest dość intensywny i zupełnie odmienny niż znamy z tradycyjnych polskich dań, w końcu kuchnia arabska jest dość (nawet bardzo) daleka od naszej, prawda?  Jednak jak już wiecie z poprzedniego postu #SmakujTrójmiasto uważam, że warto otwierać się na nowe doznania kulinarne, dawać szansę swoim zmysłom i dojrzewać do pewnych smaków. Także niczego się nie bać i próbować! Przepis jest banalnie łatwy 🙂

Składniki (na 1 miseczkę każdego z kolorów)

Baza do wszystkich past:

1 szklanka wymoczonego, ugotowanego grochu łuskanego

1 duża łyżka tahini (pasta sezamowa)

1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

1 ząbek czosnku

sok z ćwiartki limonki

sól

pieprz

oliwa z oliwek

Składniki do poszczególnych kolorów:

Zielony:

1 łyżeczka sproszkowanego młodego jęczmienia

Garść jarmużu, lub szpinaku

Parę listków mięty/pietruszki/kolendry (opcjonalnie)

 

 

Żółty:

1 łyżeczka curry

1 łyżeczka kurkumy

 

 

 

Różowy:

Ćwiartka pieczonego buraka (lub więcej jeśli lubicie dominujący buraczany smak)

 

 

 

 

Wykonanie:

Groch moczymy przez parę godzin, najlepiej przez noc w wodzie, następnie gotujemy do miękkości (WSKAZÓWKA: jeśli nie lubicie bawić się z moczeniem i chcecie mieć swój hummus „na już” możecie użyć ciecierzycę z puszki, która po odlaniu od razu nadaje się do przerobienia). Wszystkie bazowe składniki oraz naturalne barwniki do uzyskania wybranego kolorku blendujemy na gładką masę, przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i.. gotowe! Pyszna prościzna!

Podajemy na kanapce, z chrupkimi warzywami, jako dodatek do burgerów, placków, naleśników, bądź jemy prosto z michy 🙂

 

 

 

Pieczona dynia faszerowana jarmużową jaglanką

Zawsze wiedziałam, że dynia posiada bogate wnętrze (poniżej niepodważalny dowód). Do tego ma tak wszechstronne zastosowanie, sami przyznajcie. Bo jak tu jej nie kochać, skoro może być wszystkim – nawet jadalnym naczyniem.

Znacie zasadę synergii? To wtedy, kiedy 2+2=5. Obie składowe, czyli w tym wypadku pieczona dynia i nadzienie, osobno smakują dobrze, ale po połączeniu sił wracają ze zdwojoną siłą, stają się k o m p l e t n ą bombą smaku. Wszyscy znamy i lubimy faszerowane cukinie, papryki, czy ziemniaki, ale to jest n a j l e p s z e nadziane warzywo z n a j l e p s z y m farszem, jakie dotąd jadłam – przebija wszystkie poprzednie. Przepis broni się sam. Bez zbędnej gadki. Sprawdźcie sami.

pieczona dynia faszerowana

Pieczona dynia faszerowana

Składniki na 2 średnie dynie hokkaido (po około 1,5 kg każda, lub 3 mniejsze)

Dynie:

2-3 ząbki czosnku

rozmaryn

ulubiony olej (np. rzepakowy)

Farsz:

około 1 szklanki kaszy jaglanej (200g/2 woreczki)

3 duże liście jarmużu (około 200g)

1/2 słoika suszonych pomidorów (około 150g)

1 łyżeczka (lub więcej) przyprawy Garam Masala, ewentualnie innej ulubionej arabskiej mieszanki

1 łyżeczka słodkiej papryki

szczypta pieprzu cayenne

parę szczypt gałki muszkatołowej

sok z niecałej połowy cytryny

prażone pestki dyni do ozdoby

sól

pieprz

olej rzepakowy do smażenia (możecie wlać nieco więcej niż zwykle, nie chcemy, by farsz był za suchy)

Wykonanie

Dynie:pieczona dynia

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C. Dynie myjemy, obcinamy „kapelusik”, dużą łyżką wydrążamy łykowatą część i pestki. Oczyszczone dynki układamy wraz z obciętymi, górnymi częściami na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Od środka smarujemy je przeciśniętym przez praskę czosnkiem wraz z ulubionym olejem, posypujemy solą, pieprzem i rozmarynem. Pieczemy przez około 20-25 minut – do miękkości miąższu. Pamiętajmy, że dynie hokkaido są takie super, że nie trzeba obierać ich ze skórki! 🙂

 

 

 

Farsz:

farsz

Kaszę jaglaną gotujemy (nie mieszamy podczas gotowania, aby nie zrobiła się ciapka) przez około 10 minut do całkowitego wchłonięcia wody. Na patelni rozgrzewamy olej rzepakowy, smażymy posiekany jarmuż przez około 10 minut do miękkości, najlepiej smażyć pod przykrywką, aby nie uciekła zbyt duża ilość wody. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojone pomidory oraz ugotowaną kaszę jaglaną, przyprawiamy, dodajemy sok z cytryny i mieszamy dokładnie wszystkie składniki. Nasz farsz jest już gotowy.

Nadziewamy upieczone, jeszcze ciepłe dynie. Posypujemy pestkami, zakładamy kapelusik i zabieramy się do pałaszowania. 🙂

 

Krem z pieczonej papryki – Kremove Paprykove Love

Kochani! Blog ruszył z kopyta! W prawdzie miałam przygotowane coś dopiero na jutro, bo w ogóle nie spodziewałam się takiego wspaniałego odzewu. Szok, szok, szok. Nie zamierzam odpuszczać, widzę, że mam dla kogo działać! Dziękuję i kłaniam się niziutko, czekam na Wasze refleksje, komentarze, bo tak na prawdę to Wy jesteście najważniejsi, ja tu tylko sprzątam! Wróć! Gotuję! A Wy razem ze mną. Sio do kuchni, teraz będziemy (znów) blendować. Lubicie?

Wprawdzie jestem tu dosłownie parę chwil, ale kto przejrzał Wilczaka, choć pobieżnie, zapewne zdążył zauważyć, że moim ulubionym narzędziem pracy (oprócz lapka oczywiście) jest blender. Uwielbiam idealnie kremowe potrawy – sosy a’la beszamel, puree, a szczególnie zupy krem. Robię je na masową skalę i ze wszystkiego jadalnego (i roślinnego) co wpadnie mi w łapki.

Jakiś czas temu usłyszałam od jednego z moich kumpli, że takie zupy są nudne, bo nie widać w misce żadnych składników, dostajemy tylko jednolitą masę. Przez chwilę zrobiło mi się nawet smutno, prawie jak wtedy, kiedy słyszę, że „ZUPA TO NIE OBIAD”. Nie no spoko, szanuję – jesteśmy różni, mamy różne preferencje i to jest fajne, ale mam kompletnie odmienne zdanie. Uważam właśnie, że są bardzo zaskakujące i tajemnicze. Bo zobaczcie, dopóki takiego kremu nie spróbujemy, to tak na prawdę możemy jedynie domniemać z czego powstał. A Wy co myślicie? Krem, czy zwykła zupa, a może zupa to nie obiad?

Dla mnie krem to idealny obiad – ciepły, sycący, odżywczy, dodający energii, mogę tak wymieniać długo, ale chcę już przejść do sedna sprawy, więc tu i teraz dzielę się moim odkryciem. Pieczona papryka – jesień w gębie pełną parą. Ja się zabujałam – po prostu paprykove love. Dzisiaj to normalnie wszystko i wszystkich kocham. Ciekawe co będzie się działo w Walentynki, ha! A teraz patrzcie i korzystajcie!

Składniki (na około 4 porcje)

5 średnich papryk (czerwone + żółte)

1 średnia cebula

2 duże pomidory

1 szklanka wody (opcjonalnie, jeśli krem będzie dla Was zbyt gęsty)

2 ząbki czosnku

sól

pieprz

wędzona papryka

kurkuma

olej

Przygotowanie

Piekarnik rozgrzać do 180°C. Papryki myjemy, oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy na pół, układamy na blasze wyłożonej brązowym pergaminem – pieczemy przez około 40 minut (można przykryć folią aluminiową).

Po upieczeniu, gdy chcemy zdjąć paprykową skórkę (nie wszyscy ją dobrze trawią), umieszczamy je w plastikowym pudełku z wieczkiem na około 15 minut. Po tym czasie skórka powinna samoistnie oddzielić się od miąższu, wystarczy wtedy zdjąć ją delikatnie nożykiem, a nawet wystarczy palcami.

Kroimy drobno cebulę, podsmażamy ją na oleju w garnku, w którym będziemy robić zupę (bez sensu jest dodatkowo brudzić patelnię i później męczyć się ze zmywaniem, ułatwiajmy sobie życie). Umyte i obrane ze skóry pomidory kroimy drobno, dodajemy do garnka ze zeszkloną cebulką – dusimy przez około 5-7 minut, następnie dorzucamy upieczone papryki i dusimy jeszcze przez około 10 minut (można podlać trochę wodą, ale zarówno pomidory jak i papryka puszczają jej dużo podczas obróbki), w tym czasie dorzucamy posiekany czosnek, doprawiamy solą i pieprzem, następnie blendujemy – w zależności od tego jaki sprzęt posiadacie, czekamy z blendowaniem do ostygnięcia lub robimy to na ciepło. Ja zazwyczaj radzę chwilę poczekać, żeby nie narażać sprzętu na niszczenie pod wpływem wysokiej temperatury.

Serwujemy z dodatkiem kurkumy, wędzonej papryki i pieprzu grubo młotkowanego.

P.S. Róbcie dopóki paprykę mamy swoją, polską i w dobrej cenie 🙂 – sezonowe najlepsze!

 

Pieczona kukurydza lepsza od gotowanej

Wiecie, że najłatwiejsze rozwiązania to najlepsze rozwiązania? Tak właśnie jest z tą kukurydzą. Szybka, łatwa, pyszna przekąska, którą można schrzanić tylko poprzez spalenie w piekarniku (pozdrowionka dla zapominalskich). Bardzo lubię podawać ją jako dodatek do zup, szczególnie moich ukochanych kremów – na przykład do tego. Nie żebym miała coś przeciwko, bo i taki duet szanuję, ale ile razy można podawać kremik z grzankami, co nie? Teraz są czasy szalone, więc szalejmy, chociażby poprzez podawanie zupy z różnymi oczywiście-nieoczywistymi dodatkami, zawsze to jakieś odstępstwo od normy. A ja tak lubię. Smacznego. Idźcie dziobać kukurydzę. Sezon na pełnej!

Składniki na marynatę, którą polejecie 3 kukurydze

1/3 szklanki zimnotłoczonego oleju rzepakowego

2-3 łyżki wody

2 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę

1 łyżeczka pieprzu młotkowanego (lub 1/2 mielonego)

1/2 łyżeczki soli himalajskiej

1/2 łyżeczki papryki słodkiej

szczypta chili

Wszystkie przyprawy łączymy z olejem i wodą.

Wykonanie

Rozgrzewamy piekarnik do około 180°C, kolby odwijamy, myjemy, układamy w naczyniu żaroodpornym. Możemy zawiązać im kiteczki (jak na załączonym zdjęciu) będą wyglądać uroczo. Następnie polewamy marynatą tak aby nie pominąć żadnego ziarenka. Przykrywamy folią aluminiową i pieczemy przez około 30 minut. I tyle!

Mam nadzieję, że spróbujecie, łatwiej być nie może! 🙂