mielone kotlety jaglane z marchwią

Może wydawać się to nieco monotematyczne, że każdy mój przepis sygnowany jest terminem „łatwy” i/lub „szybki”, ale nic nie poradzę na to, że znaczna większość receptur jakie tu się pojawiają taka rzeczywiście jest,bez ściemy. Dzielę się zatem kolejnym przepisem będącym kwintesencją prostej, domowej kuchni roślinnej – mielone kotlety jaglane.

Przyznam, że zawsze robię je z głowy, ale wczoraj postanowiłam w końcu spisać mój skład. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że te kotlety nie są żadnym wielkim odkryciem. Żadnym z przełomowych dań zmieniającym oblicze wegetarianizmu, czy weganizmu jak na przykład beza z aquafaby, nerkownik albo twarożek słonecznikowy… może nawet wydają się być daniem nieco banalnym i oklepanym? Jednak jedno jest pewne – są po prostu pyszne i urzekają prostą. Prostotę (dobrze wykonaną prostotę) cenię bardziej od pretensjonalnej finezyjności i niewytłumaczonego silenia się na wyrafinowane dania, które koniec końców mogą okazać się jednym wielkim rozczarowaniem – tutaj często balansuje się na granicy kiczu i przekombinowania.

Tym daniem nikt się jeszcze nie rozczarował. Na dowód tego, powiem tylko, że wczoraj zaserwowałam je gościom OchAch i WCS z dodatkiem pieczonych ziemniaczków, sałaty z pomidorem oraz sosem koperkowo-czosnkowym. Wszystko zniknęło z półmisków zanim zdążyłam wypowiedzieć „konstantynopolitańczykowianeczka”, co jest chyba najbardziej satysfakcjonującym zwieńczeniem kolacji dla każdej gospodyni. A przynajmniej dla mnie, bo jak to mówi się w moim domu „wszystko trzeba zjadać”, a jak smakuje to już w ogóle grzech zostawiać… 🙂

Składniki na około 12 sztuk

400 g kaszy jaglanej

ok. 6-7 upieczonych marchewek

4 duże cebule

4 posiekane drobno ząbki czosnku

4-5 łyżek siemienia lnianego

2 łyżeczki curry

2 łyżeczki papryki słodkiej mielonej

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżka musztardy francuskiej

sól, pieprz

nasiona słonecznika

Wykonanie

Marchewki obrać, pokroić w słupki i upiec do miękkości (około 25 min w 200 C). Cebulę pokroić drobno, zeszklić na oleju. W międzyczasie ugotować kaszę ( 1 część kaszy na 2 części wody), jak się rozgotuje nic nie szkodzi w tym wypadku. Przygotować dużą miskę, do której wrzucamy upieczoną marchew, cebulę i jaglankę oraz resztę składników, czyli ząbki czosnku, siemię lniane, przyprawy, musztardę, sos sojowy. Wszystko miksujemy blenderem ręcznym na gładką masę. To nie mięsko, więc na luziku można próbować masę na kotlety podczas wyrabiania i wedle smaku dosolić, czy dopieprzyć. Kiedy uzyskamy całkiem jednolitą (jak się trafi kawałek marchewki to system nie upadnie) i zwartą masę formujemy kotlety, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Polecam przygotować sobie miskę z wodą, w której można zwilżać dłonie. Gdy kotlety będą wyrabiane mokrymi rękami łatwiej uformują się i nie będą tak podatne na przyklejanie się do skóry rąk. Pisałam już o tym przy okazji posta z wegeburgerem. Na koniec kotleciki posypujemy ziarnami słonecznika, które następnie delikatnie wgniatamy, aby lepiej przywierały. Kotlety pieczemy w 180 C przez około 45 minut. Gotowe!

mielone kotlety jaglane

złocista jaglanka pod owocową kompozycją

Ja na prawdę nie chcę zachwalać, przechwalać, wynosić na piedestał… No dobra chcę. O tej jaglance tubylcy snują legendy przejezdnym, a znani bardowie piszą o niej ballady, które podobno zaczynają być znane w świecie. Złocista jaglanka to śniadaniowy specjał magiczny (takiego określenia użył jeden z gości) od zadań specjalnych, który ze stołu znika szybciej niż się pojawia.

Gdzieś hen daleko za siedmioma górami, za siedmioma dolinami, za siedmioma lasami i siedmioma rzekami, a właściwie na Dolnym Śląsku, w dolinie rzeki Bóbr stała sobie chatka na kurzej stopie, która koniec końców okazała się być radomickim siedliskiem, czyli OchAch! Studio i W Cieniu Słońca. A w tej chatce same dziwy… Wielka kuchnia, wielki piec, do którego wcale nie wrzuca się niegrzecznych dzieci, pełno garów i czar, a w nich bulgocze dziwna substancja i bucha gorąca para niczym z islandzkiego gejzeru. Co tam się wyprawia?! Nic, nic spokojnie to tylko przygotowania do śniadania dla gości.

A co w końcu z tą jaglanką… Gotowaną w czarodziejskim kotle zwanym garnkiem na prawdziwym ogniu zwanym ruskim gazem przez straszną wiedźmę zwaną Marceliną. Jak się później okazuje wcale nie taką straszną, jak ją malują, bo i nawet czasem przepisem się podzieli, czasem podkarmi, podtuczy, wcale nie dlatego, jak mawiają legendy, żeby upiec kogoś na ruszcie i zjeść, bo kuchnię w Radomicach prowadzimy przecież wegetariańską… A i sama wiedźma tak się żywi…

Składniki na ok.3 duże, wypasione talerze

około 1/2 opakowania kaszy jaglanej (opakowanie 500g) (najlepiej bio)

około 500 ml wody/mleka roślinnego (najlepiej migdałowe lub owsiane)

3 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego

1 łyżka masła (opcjonalnie dla nieweganów)

3-4 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka imbiru suszonego

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/3 łyżeczki pieprzu mielonego

1/3 łyżeczki kardamonu

1/3 łyżeczki soli

szczypta chilli

opcjonalnie kilka kropel esencji waniliowej lub ziarenek z laski wanilii

do posłodzenia miód/syrop z agawy/syrop z daktyli/syrop klonowy (wedle smaku)

Do ozdoby ulubione owoce, czekolada, orzechy, bakalie itp.

Wykonanie

W garnku rozgrzewamy olej, wsypujemy kaszę i prażymy tak około 5-6 minut na małym gazie co jakiś czas mieszając. Do płatków dodajemy mieszankę przypraw i bardzo dokładnie mieszamy, tak by przyprawy dotarły do każdego ziarna prosa :). Całość powoli zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ciągle mieszamy) i gotujemy jeszcze przez około 20 minut, do momentu aż osiągniemy nie rozgotowaną, ale kremową konsystencję kaszy. Na koniec słodzimy i co najlepsze stroimy.

Jeśli uznacie, że któraś z powyższych przypraw jest zbyt mocno lub za mało wyrazista, zachęcam do kombinowania i skomponowania własnej, ulubionej proporcji tejże mieszanki. Więcej kurkumy, mniej imbiru,więcej pieprzu, mniej kardamonu, może cynamon? Do wprawy dojdziecie dzięki starej i dobrej metodzie prób i błędów oraz smakowaniu w trakcie gotowania.

Przyznam się bez bicia i nieskromnie, że przyprawy sypię na oko i zawsze wychodzi dobrze. Grunt to nie przesadzić z ilością, gdyż jak powszechnie wiadomo przyprawy korzenne dodane w zbyt dużej ilości nadają goryczkowego posmaku. Nawet gdy do tego dojdzie, hej nie wszystko stracone – miodzik, albo słodki syrop uratują sytuację. Gwarantuję, że ta jaglanka stanie się śniadaniową pozycją obowiązkową, tak jak stało się to w przypadku radomickich gości OchAch’a i WCS 🙂

Smacznego!

kokosowo-pomidorowy dal z soczewicy

Namaste. Tyle ile gospodyń w Indiach tyle przepisów na dal, czyli indyjską potrawkę ze strączków (głównie z soczewicy lub grochu). Można przygotować go z wieloma wariacjami, z jarmużem, szpinakiem, dynią, czy bakłażanem, co może całkiem fajnie uzupełnić tą potrawę, aczkolwiek jestem propagatorem prostych i klasycznych rozwiązań jeśli są one rzeczywiście satysfakcjonujące. I tak też jest z poniższą wersją dala bez zbędnych dodatków, która w moim, moich bliskich oraz gości z OchAch i WCS dostała zielone światło.  Jest to niewątpliwie jedna z moich stałych i ulubionych pozycji obiadowych nie tylko ze względów czysto konsumpcyjnych, ale i procesu przygotowywania. Zważając na fakt, iż jest to danie jednogarnkowe, oznacza to tylko jedno: mało brudnych naczyń i uniknięcie doprowadzenia kuchni do stanu gorszego niż Ganges, co jest niepodważalnym argumentem optującym za przygotowywaniem tej potrawy przynajmniej raz w tygodniu.

Uwierzcie mi na słowo, że dal może nieźle rozhulać Wasze fantazje i wariacje związane z kuchnią orientalną, która wciąż u niektórych budzi niechęć.

Dal jest swego rodzaju ogniwem przełamującym lody z kuchnią indyjską, której z tego co słyszę wiele osób się boi, lub uważa się za zbyt słabych kucharzy na spotkanie z Indiami, jakoby była ona działem fizyki kwantowej, a to przecież tylko (i aż) kuchnia – eksperymentowanie, doświadczanie przyjemności, poznawanie, odkrywanie zmysłowe, podróżowanie ale też błądzenie, co jest ( super) naturalną rzeczą. Sama kiedyś miewałam kompleksy związane z przygotowywaniem innych potraw niż polskie, „bo może robię coś nie tak jak się powinno, bo nigdy tam nie byłam” – i co z tego? I to, z tego, że sami siebie ograniczamy i wprowadzamy w kompleksy. Kulinarnych kompleksów się pozbyłam, ale za to dużo więcej czytam, doświadczam i poznaję, a najwyżej raz na jakiś czas popełnię jakąś profanację – i co z tego, jak wyjdzie coś dobrego? 🙂 

Jeśli do potraw indyjskich zabieracie się, cytując klasyka, „jak pies do jeża”, a myśl o zmieszaniu więcej niż czterech rodzajów przypraw ze sobą (włączając sól, pierz,paprykę mieloną) przyprawia Was o dreszcze i powoduje wyrzut kortyzolu (tzw. hormonu stresu) to niewątpliwie powinniście ugotować sobie dala. Niech będzie on brudziem z kuchnią indyjską – inspirującą, efektowną, szybką, aromatyczną i pobudzająca zmysły.

A może nawet podwójnym brudziem z kuchnią indyjską i wegańską.

Składniki na 4-5 porcji:

1 paczka czerwonej soczewicy

4 pomidory świeże bez skórki lub 1 puszka pomidorów

1 puszka mleczka kokosowego (o składzie: ekstrakt z kokosa 80% + woda, innych mleczek nie polecam)

1 biała cebula

3 cebule dymki

2 ząbki czosnku

olej kokosowy nierafinowany

olej rzepakowy

3-4 liście kafiru (suszone liście limonki do kupienia w internecie, działach typu kuchnie świata, działach z produktami azjatyckimi)

1-2 łyżki ciemnego sosu sojowego

3-4 łyżki wiórek kokosowych+ wiórki do ozdoby

ok. 1,5 litra wody

świeża kolendra do ozdoby

mieszanka przypraw:

3-4 łyżeczki curry

1 1/2 łyżeczki kurkumy

1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki kuminu

1 łyżeczka słodkiej papryki

kilka szczypt chilli

sól, pieprz wedle uznania

opcjonalnie trochę syropu z daktyli/agawy/cukru brązowego jeśli dal będzie zbyt goryczkowy od curry i kurkumy.

Przygotowanie:

W dużym garnku rozgrzewamy olej rzepakowy, cebule drobno kroimy, podsmażamy na małym ogniu około 15 minut do całkowitego zeszklenia mieszając co jakiś czas. W międzyczasie dorzucamy liście kafiru, posiekany czosnek i wiórki kokosowe, a pod koniec duszenia pomidory.

W czajniku zagotowujemy około 1-1,5 litra wody. Kiedy cebula będzie wyraźnie zeszklona i zacznie gęstnieć  wsypujemy wcześniej opłukaną soczewicę, mieszamy, zalewamy gorącą wodą. Całość gotujemy około 20 minut do momentu, w którym soczewica zacznie robić się wyraźnie kremowa.

W trakcie gotowania dorzucamy mieszankę przypraw, sól i pieprz wedle uznania (uwaga: nie przesadzajcie z solą gdyż curry, mieszanka masala jak i sos sojowy też są słone), 1-2 łyżki oleju kokosowego dla wzmocnienia kokosowego smaku i sos sojowy.

Na sam koniec wlewamy mleczko kokosowe, wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy jeszcze przez 3-4 minuty. Dala najlepiej nakładać chochlą do głębokich talerzy, przyozdabiamy kleksem z mleczka kokosowego, szczyptą wiórek i świeżą kolendrą. Można go również delikatnie skropić sokiem z limonki.

Smacznego!

P.s. Dala często podaję z dodatkami takimi jak chlebek naan, pieczona kukurydza (przepis tutaj), czy aromatyczny ryż lub kasza bulgur. Będzie pysznie!

Kimchi – koreańska kapusta kiszona

Kimchi – ten wyrób jest dla mnie szczególnie ważny. Oho, zawiało sandałem (z masłeeem).

Dlaczego? Bo stanowi obiekt moich skromnych, raczkujących badań, które zaczęłam prowadzić w ramach studiów. I ostatnio te poczynania zostały nawet docenione, co tym bardziej stanowi o istotności kimchi w moim serduchu.

O tym produkcie już kiedyś, kiedyś coś tam obiło mi się o uszy – trochę czytałam, trochę słyszałam, że śmierdzi, że jest dobre, że jest zdrowe itp, itd. Ale z Kimchi pierwszy raz poznałam się na azjatyckiej edycji cyklu Smakuj Trójmiasto (o której pisałam tutaj) i jak w miłość od pierwszego wejrzenia nie wierzę, tak w niej zakochałam się nie tylko od pierwszego wejrzenia, ale i zapachu oraz smaku. Pamiętam jak zobaczyłam leżące wielkie głowy kapusty pekińskiej zatopione w czerwonej zalewie (to brzmi strasznie w sumie) i tłumek ciekawskich jak ja wokół nich. No nie mogłam się oprzeć. Chciałabym zobaczyć coś takiego, tylko w wersji ordżinel w Korei.  Już wtedy wiedziałam , że coś z tego będzie. No i jak na razie są 2 publikacje, 2 wystąpienia konferencyjne i jedna wygrana dla duetu Kimchi i Wilczak 🙂 . A to dopiero początek, ale wystarczy już przechwałek.

kimchi

Czym właściwie jest Kimchi? Kimchi to tradycyjna kiszonka warzywna, której głównym składnikiem z reguły jest kapusta pekińska (), kalarepa, rzepa oraz unikalna mieszanka przypraw i innych cudów w postaci pasty. Uznaje się, że znanych jest około 200 rodzajów tego wyrobu, którego historia sięga 4000 lat wstecz. Koreańska metoda przyrządzania kimchi została zarejestrowana jako niematerialne dziedzictwo kulturowe ludzkości UNESCO. Kimchi cechuje się wyjątkowym aromatem i smakiem, wysoką wartością odżywczą oraz własnościami prozdrowotnymi. Kimchi jest również bogatym źródłem błonnika pokarmowego, substancji fitochemicznych, witamin (takich jak witamina A, C, K, tiamina i ryboflawina) oraz bakterii fermentacji mlekowej, co czyni z niej produkt probiotyczny.

Wiele badań wykazało, że regularne spożywanie kimchi może znacznie obniżyć ryzyko powstawania otyłości, cukrzycy, stanów zapalnych, hipercholesterolemii, nowotworów oraz powodować stymulację układu odpornościowego.

Jednym z istotnych składników kimchi jest sól (około 128 mg w pół szklanki produktu), która nadaje charakterystyczny smak. Mimo tego, że sól w fermentowanej żywności odgrywa znaczną rolę w jej konserwowaniu oraz kształtowaniu właściwości wiele badań wskazuje na zwiększone ryzyko podwyższonego ciśnienia krwi i chorób sercowo-naczyniowych związanych z  wysokim spożyciem soli kuchennej dlatego też do kiszenia polecam używać soli o obniżonej zawartości sodu (np. Sante z 30% zawartością soli potasowej), co nie wpływa istotnie na wrażenia smakowe – potwierdzone badaniami 🙂 .

Na koniec powiem jedno – wyroby azjatyckie, tudzież kimchi, cechują się smakowitością jakiej przeciętny Kowalski nie zna i nie pozna stosując jedynie składniki tradycyjne dla naszej  polskiej kuchni. Niby Ameryki nie odkryłam, ale niechęcią do poznawania nowego, zamykania się w tym co znane i bezpieczne ograniczamy swój przeogromny potencjał poznawczy i odbieramy światu barw. Egzotyczne potrawy – będące nośnikami niesamowitych doznań kulinarnych otwierają nas na świat i pobudzają uśpione zmysły. Co Wy na to?

Do przygotowywania tradycyjnych dań niebędącymi daniami polskimi podchodzę z dużym szacunkiem i pokorą, ponieważ nie jestem ekspertem w tej dziedzinie – to nie jest część mojej kultury, tylko kultury do której zostałam niejako „zaproszona” dzięki różnym procesom jakie zachodzą na świecie (czyt. globalizacja). Dlatego też przed pierwszą produkcją kimchi, czy jakiejkolwiek potrawy egzotycznej/zagranicznej polecam zrobić mały research.

Jeśli nie macie możliwości bryknąć sobie na miesiąc do Korei i nauczyć się sztuki kiszenia kimchi to nie ukrywam, że przydatne mogą być blogi prowadzone przez native’ów, publikacje, artykuły, czy normy.

kimchi

Składniki na 2 duże słoiki:

2 kg kapusty pekińskiej

1 duża kalarepa/rzepa (jeśli macie dostęp do koreańskiej rzodkwi „mu” to nie zawahajcie się jej użyć)

1 marchew

opcjonalnie: szczypior/cebula dymka (ja nie dodałam)

solanka:
  • około 10 łyżek soli (uwaga: możesz dodać sól o obniżonej zawartości sodu)
  • około 5 litrów wody
pasta kimchi:
  • półtora szklanki wody
  • 5 łyżek mąki ryżowej
  • 7 łyżek papryki gochugaru (kluczowy składnik pasty kimchi – najlepiej szukać w sklepach internetowych; im więcej gochugaru tym kimchi ostrzejsza!)
  • 7 łyżek sosu sojowego (polecam mój ulubiony sos sojowy shoyu łagodny marki Terrasana z unijnym logo rolnictwa ekologicznego – znany i lubiany gwiezdny liść na zielonym tle)
  • około 10 cm utartego, świeżego korzenia imbiru
  • 1-2 łyżeczki sproszkowanego czosnku, lub 3 ząbki utartego świeżego
  • 2 łyżki cukru (lepiej się przełamać i użyć go niż alternatywnych słodzików, które mogą wpłynąć na smak)
  • 1 łyżeczka soli
najważniejszy sprzęt:
  • duża wyszorowana, wyparzona miska – ja robiłam z 4 kg kapuchy na i użyłam takiej do prania
  • gumowe rękawice – pasta nieźle barwi na czerwono i może szczypać
  • czyste, wyparzone słoiki pozbawione zapachu lub specjalne naczynie do kiszenia wykonane z naturalnej kamionki
Wykonanie

Przygotowujemy miskę, kapustę dokładnie płuczemy i oczyszczamy z brzydkich liści. Teraz jest kilka możliwości –  szatkujemy ją drobno, średnio, albo w ogóle przekrawamy tylko wzdłuż i zostawiamy w połówkach (ja lubię średnio pokrojoną,).

Kapustę przekładamy do miski i zalewamy solanką pozostawiając na czas od 1 do 6 godzin, zależy ile czasu możecie przeznaczyć. Po tym czasie odlewamy solankę, a pozostałą kapustę dokładnie płuczemy i odciskamy z nadmiaru wody – przydadzą się silne ręce.

Pasta kimchi:

W garnku zagotowujemy wodę z cukrem stopniowo dodając mąkę ryżową – cały czas mieszamy do uzyskania konsystencji kaszki ryżowej dla bobasów. Do ostudzonego kleiku dodajemy paprykę gochugaru, imbir, sól, czosnek, sos sojowy i utartą marchewkę – całość dokładnie mieszamy.

Tak przygotowaną pastą nacieramy (koniecznie w rękawiczkach) bardzo dokładnie i skrupulatnie kapustę, tak aby każdy kawałeczek miał styczność z pastą. Tak przygotowaną kimchi zamykamy szczelnie w słoikach, jednak nie napełniając „na full”, bo pracująca kimchi wydziela dużo soków, które mogą wykipieć spod nakrętki, i pozostawiamy w temperaturze pokojowej na około 2-3 doby, po czym przetrzymujemy ją w lodówce.

Kimchi można spożywać jako dodatek do potraw, lub wcinać prosto ze słoika widelcem. Mam szczerą chęć wrzucić tu niebawem jakiś przepis z wykorzystaniem kimchi jako baza do potrawy.

Źródła:

  1. UNESCO 2018, [dostęp 25.04.2018], http://www.unesco.org/archives/
  2. Kim D.W. i in., 2017, Effects of different salt treatments on the fermentation metabolites and bacterial profiles of kimchi, Journal of Food Science, Vol. 82, Nr. 5, 1125-1130
  3. Kim E. K. i in., 2011, Fermented kimchi reduces body weight and improves metabolic parameters in overweight and obese patients, Nutr Res, Vol. 31, Nr. 6, 436
  4. An S. Y. i in. 2013, Beneficial effects of fresh and fermented kimchi in prediabetic individuals. Ann Nutr Metab, Vol. 63, Nr. 2, 9-111
  5. Choi I. H. i. in, 2013, Kimchi, a fermented vegetable, improves serum lipid profiles in healthy young adults: randomized clinical trial, J Med Food, Vol. 16, Nr. 3, 9-223.
  6. Jung S. J., Kim M. J., Chae S.W., 2016, Quality and functional characteristics of kimchi made with organically cultivated young Chinese cabbage (olgari-baechu), Journal of Ethnic Foods, Vol. 3, Nr. 2, 150-158

 

 

Faszerowany bakłażan (trochę) po meksykańsku

Psianka podłużna, oberżyna, gruszka miłosna, bakman, jajko krzewiaste, nie to nie są nowe wymyśne, egzotyczne super foods, to są po prostu inne nazwy tego wypchanego warzywa na załączonym obrazku, którym nawet nie jest. Tak kochani, po wielu latach nauki biologii rozszerzonej obligatoryjnie w liceum, czy czysto hobbystycznie ze wspaniałych książek o wdzięcznych, mrożących (co niektórych) krew w żyłach Biologia Villee’go, czy Biologia Campbella można dojść do wniosku, że tak na prawdę warzywa nie istnieją. Natomiast istnieją na przykład bulwy, korzenie, czy wreszcie jagody, do których należy ten tajemniczy owoc potocznie nazywany bakłażanem.

Na surowo ni to on pachnący, ni zjadliwy, trochę gumiasty, czasem gorzkawy, ale w odpowiednim towarzystwie odkrywa swoje prawdziwe oblicze i okazuje się być całkiem fajnym kolesiem, lub kolesiówą – jeśli mowa o kobitce oberżynie, coby żodyn się nie obraził.

Powiem Wam w tajemnicy (w sumie to żadna tajemnica, ale kusząco to brzmi), że blogując, nawet wstawiając co jakiś czas amatorskie przepisy kulinarne, można dowiedzieć się o sobie mniej, lub bardziej ciekawych rzeczy, które to owe blogowanie obnaża. Ja na przykład dowiedziałam się o sobie, że mam jakąś manię wypychania, lub faszerowania jak kto woli, może bardziej subtelnie to brzmi. Wypchałam już jarmużem dynię (tu), wypchałam kurkami paprykę (tu), teraz wypycham kukurydzą bakłażana. Co następne? Tak wiem, brzmi to co najmniej dziwnie, ale tylko brzmi. Jak na moje to takie wypychanie w efektach wychodzi całkiem nieźle. Efekt jest? – Jest. Pomysł jest? – Jest. Smak jest? – Jest. Pełny brzucho jest? – Jest. Z resztą sami się przekonajcie i do garów (ale nie na długo, bo wszystkie moje przepisy nie bałamucą cennego czasu w kuchni). Faszerujmy ile wlezie!faszerowany bakłażan

Składniki na 4 porcje

2 bakłażany

dobrej jakości olej

faszerowany bakłażan

Farsz

1 woreczek (100g) kaszy orkiszowej / komosy ryżowej quinoa

2 duże pomidory obrane ze skóry

1-2 czerwone cebule

1 puszka kukurydzy

Miąższ z upieczonych bakłażanów

2 ząbki czosnku

świeża kolendra

sól, pieprz

Przygotowanie

faszerowany bakłażan

Piekarnik nagrzewamy do 200°C, bakłażany myjemy, kroimy na

pół, pokrapiamy olejem, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy przez około 20-30 minut do zmięknięcia miąższu. Kaszę gotujemy według przepisu na pudełku. W międzyczasie podsmażamy na dużej patelni pokrojoną w pióra cebulę (aż się zeszkli, można posypać solą), następnie dodajemy pokrojone w kostkę pomidory bez skórki i czosnek. Dusimy tak przez chwilę, po czym dodajemy odcedzoną kukurydzę i smażymy bez przykrywki w celu odparowania nadmiaru wody z pomidorów. Kiedy kasza się ugotuje dodajemy ją do usmażonych warzyw. Następnie bardzo ostrożnie wyciągamy miąższ z bakłażanów, tak aby nie uszkodzić skórki, najlepiej do tego użyć drewnianej łyżki i dorzucamy go do farszu na patelni. Całość solimy, pieprzymy i dokładnie mieszamy. Tak przygotowanym farszem napełniamy bakłażany, które na końcu przyozdabiamy poszatkowanymi świeżymi liśćmi kolendry.

 

Smacznego!

faszerowany bakłażan

kaszaczek, czyli borówkowe ciasto z kaszy mannej

Niektórzy krzywią się na ich widok i pukają w głowę, inni przyklaskują i totalnie wchodzą w ten biznes. Niezależnie w której grupie osób się znajdujesz jedno jest pewne – boom na ciasta, które niewiele wspólnego mają z tradycyjnym serniczkiem, jabłecznikiem, karpatką, czy murzynkiem rozkręcił się na dobre. Najlepiej, żeby było bez mąki pszennej, bez glutenu, bez mleka, bez śmietany, bez jaj, bez cukru, wegańskie, ale zarazem było fit, pożywne, odżywcze, ładnie wyglądało, miało ciekawą konsystencję i smak, było słodkie i fotogeniczne.

Ludzie?! Serioooo? Tak serio.

Jesteśmy świadkami wysypu kawiarni oferujących w swojej karcie takie cuda, wynalazków czasem lepszych, czasem gorszych, warsztatów z pieczenia „inaczej” (sama w takich brałam udział i było świetnie), pojawiających się na fejsie reklam osób sprzedających wegańskie torty, czy inne smakołyki na urodziny, święta, imprezy firmowe, imieniny cioci Halinki, czy komunię Krzysia – tofurniki, nerkowniki, jagielniki, pierd*lniki aż prosi się, żeby spuentować. Wariactwo totalne, ale ogólnie rzecz ujmując jest to na prawdę smaczne, ciekawe wariactwo, które może sprawić niezłą frajdę, pobudzić wyobraźnię a na końcu przynieść satysfakcję z przygotowania czegoś nietuzinkowego, czegoś, co może zaskoczyć domowników, czy naszych gości. Czemu by nie spróbować? 🙂

Dzisiaj, a w zasadzie dwa tygodnie temu przygotowałam to ciasto zupełnie na spontanie (wierzcie lub nie, ale na prawdę robiłam je w jakimś amoku twórczym, czy coś w tym stylu). Pojawił się  w głowie pomysł – stara, zapomniana, gdzieś skrywająca się w cieniu kaszy jaglanej i komosy ryżowej kasza manna. Ciach i dalej poszło już samo. Nie miałam żadnych obaw, czy super planów w postaci posta na bloga związanego z jego powstaniem, po prostu uda się, albo nie, zobaczymy co dalej, chrzanić konsekwencje, życie na krawędzi itp. Czujecie to. No i się udało, do tego stopnia, że powstał wpis. Chociaż moja mama, która nie lubi kaszy mannej była do niego nastawiona raczej obojętnie, także o gustach i smakach już nie dyskutujemy.

A teraz parę słów w ramach promocji ciasta – tanie w porównaniu do innych „zdrowych” ciast i nie tylko zdrowych, wegańskie, bez dodatku cukru, fit, łatwe, szybkie, smaczne, nierozwalające się – można jeść jak kanapkę, ładne. A co do kaszy mannej to może nie jest ona bezglutenowa (także nie dla wszystkich), ale zawiera dużo błonnika, białka, witamin (B, E), potasu, żelaza, magnezu, a nawet jodu. Jest lekkostrawna, a przy tym sycąca! Viva la kasza manna, a zatem do garów! 🙂

ciasto z kaszy mannej

Składniki na okrągłą blachę o średnicy 24 cm:

Spód

1 szklanka daktyli namoczonych w ciepłej wodzie

3 łyżki siemienia lnianego

3 łyżki mąki kokosowej

3 łyżki wiórek kokosowych

3 łyżki mąki ryżowej

woda

Masa białaciasto z kaszy mannej

1 szklanka kaszy mannej

1 mleczko kokosowe

1 szklanka cukru (ja dałam pół, ale mówili, że za mało słodkie :D)

kilka kropel esencji waniliowej (ewentualnie olejku waniliowego)

Masa fioletowa

Tak samo jak w masie białej, oprócz esencji waniliowej

1 szklanka borówek

+ borówki do ozdoby

Przygotowanie:

Spód

Piekarnik nagrzewamy do 180°C. Daktyle namaczamy w ciepłej wodzie, suche składniki wsypujemy do miski, po czym dodajemy dobrze rozmiękczone daktyle wraz z wodą i zagniatamy ciasto do uzyskania gliniastej konsystencji. Podczas zagniatania, gdy ciasto jest zbyt suche i nie chce się połączy możemy co jakiś czas podlewać je odrobiną wody. Następnie wyklejamy nim dno blaszki. Podpiekamy je przez około 10-15 minut i zostawiamy do przestygnięcia.

Masa (obie przygotowujemy niemal tak samo)

ciasto z kaszy mannej

Do rondelka wlewamy puszkę mleczka kokosowego, dolewamy jeszcze około pół szklanki wody, ksylitolu i zagotowujemy na małym gazie. Do przygotowania białej masy dodajemy w tym czasie esencję waniliową, a do fioletowej – borówki. Następnie (cały czas mieszając!) wsypujemy powoli kaszę manną, którą jeszcze przez chwilę gotujemy do zgęstnienia. Nie zapomnijcie o mieszaniu, bo inaczej zrobią się grudki. Tak powstałą masę (najpierw przygotowujemy białą) wylewamy na spód i wygładzamy najlepiej za pomocą szpatułki. Następnie w identyczny sposób przygotowujemy masę fioletową. Na końcu dekorujemy borówkami, liśćmi mięty i czym dusza zapragnie, odstawiamy do przestygnięcia i wkładamy na kilka godzin do lodówki, po tym czasie można jeść :).

Łatwe? Pewnie że łatwe. Smacznego!

szybka sałatka z brokułem i batatem najlepsza na wszystko

Co przychodzi Wam do głowy kiedy słyszycie hasło „sałatka”? Warzywna z całym słoikiem kieleckiego czy tam pomorskiego? Tuńczyk z ryżem, ananasem i kukurydzą, plus oczywiście słoik majonezu? Czy może jeszcze inne klasyki, które jak wszyscy doskonale wiemy są najczęstszym powodem niestrawności i złego samopoczucia na dzień po dobrej imprezie (hehe, jeśli wiesz co mam na myśli). I pewnie byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie mały fakt, że od imprezowych sałatek jednak kaca się nie ma, nazywajmy rzeczy po imieniu (a piątek, piąteczek i „łykend” za pasem). Do czego zmierzam? A no do tego, że każdy mit ma w sobie małe ziarenko prawdy. Przecież w tak starym, wyświechtanym jak świat żarciku o szkodliwych sałatkach na zakrapianych spotkaniach musi coś być. Dlaczego nie zrzucamy wszystkiego na schabowe, albo mielone tylko akurat na groszek w jarzynowej? No właśnie. Ja często tak mam, że nasza ulubiona, przejedzona i zmechacona jak stary sweter za trzy dychy na promo z „Haędemu” krajowa warzywna po prostu leży mi godzinami na żołądku i ni ciula nie pomagają wtedy żadne herbatki ziołowe, kadzidełka, nacieranie brzucha błotem, tańce plemienne czy inne szamańskie rytuały. Po prostu jest dla mnie zbyt ciężka i strawienie jej zajmuje długie godziny – życie, nie ma „letko”. Dlatego właśnie kombinuję z różnymi innymi, bardziej przyjaznymi dla układu trawiennego kompozycjami, które zarówno są sycące i łatwostrawne, a po ich zjedzeniu brzuch wygląda raczej normalnie a nie jak przy dwudziestomiesięcznej słoniowej ciąży (nie chcę obrazić słoni, tylko nadać dramatyzmu sytuacji). 

Wiecie jak to jest kiedy człowiek się stara, szuka czegoś kunsztownego, nad wyraz oryginalnego, wymyśla na siłę, bo na insta koniecznie musi być ładne jedzonko, bo chce się wykazać, ma ambicje, to nic z tego nie będzie, czapa. Miałam tak ostatnio z takim jednym przepisem, drogi, trudny, „wiecie czego” nie urywał no i właśnie czapa. A  ja wychodzę do Was z przepisem sprawdzonym, banalnym w przygotowaniu, zrobionym z łatwo dostępnych produktów, które niemniej jednak są świeże, ciekawe i oryginalne w smaku, a do tego super zdrowe i kolorowe – o kolorki w tym pochmurnym okresie musimy dbać! Tak jak wspominałam w hummusowym poście (o tutaj).

Ta sałatka z brokułem i batatem, jest moim i będzie Twoim nowym hitem! Serio mówię, a przygotowałam ich już dosyć sporo jak na swoje krótkie 21 letnie życie. Zabieram ją w pudełku na uczelnię, wcinam na śniadanie, na kolację, kiedy dopadnie mnie mini głodek, albo ten większy. Robię jeśli mam niezapowiedzianych gości, bo jest szybka i łatwa (ostatnio z jarzynówką paprałam się chyba z półtora godziny przed „Wszystkich Świętych” – nigdy więcej). Oczywiście stworzona na tak zwanym momencie z tego co akurat było pod ręką – mój klucz do udanego dania. Bardziej chyba wychodzi mi spontaniczne działanie niż zaplanowane, nie czuć wtedy presji.

Dlatego tu i teraz ZACHĘCAM wszystkich miłośników sałatek klasycznych, majonezu i kurczaka, hejterów sałatek, hejterów warzyw, a w szczególności batatów oraz tych którzy w sałatkach i lunch box’ach są zakochani, do wypróbowania tego przepisu, bo wyrwie Was z klapek. Dziękuję. Koniec.

Składniki na miskę sałatki

1 brokuł (ok. 500g)

1 duży batat, bądź 2 mniejsze (ok. 400g)

1 woreczek / 100 g / ok. pół szklanki kaszy jaglanej

1/2 dużej puszki kukurydzy lub 1 mała

3 łyżki słonecznika

1 mała czerwona cebula

Mały pęczek kolendry

3-4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

2-3 łyżki octu winnego

Pieprz mielony i gruboziarnisty (ten drugi możesz pominąć, jeśli nie masz)

Sól

sałatka z brokułem i batatem

Sałatka z brokułem i batatem

Wykonanie

Na małym gazie, w osolonej wodzie gotujemy kaszę jaglaną (pod przykryciem, nie mieszamy podczas gotowania). Brokuła dzielimy na małe różyczki, batata obieramy, i kroimy w dość drobną kostkę. Pamiętajcie aby opłukać je wodą! Tak przygotowane, lekko osolone warzywa gotujemy pod przykryciem na parze – pierwsze wrzucamy bataty, a po 5ciu minutach dodajemy brokuła, następnie czekamy do chwili aż oba składniki zmiękną (około 10 minut). Cebulę obieramy, kroimy na cienkie krążki, które moczymy w occie winnym w celu nasiąknięcia aromatem – mówię Wam to jest sekret tej sałatki 🙂 . Słonecznik prażymy na patelni, lepiej nie ustawiać dużego gazu, co jakiś czas mieszamy, uważajcie aby wychwycić ten moment, w którym ziarna są pięknie złociste, a nie ciemnobrązowe, lub już nawet czarne, czuć wtedy smak spalenizny. Teraz komponujemy sałatkę. Ostudzoną kaszę mieszamy z olejem, pieprzem, kolendrą, kukurydzą i cebulą, dodajemy chłodnego batata i brokuł, następnie posypujemy całość prażonym słonecznikiem i pieprzem gruboziarnistym, jeśli sałatka wydaje się Wam za sucha dolejcie więcej oleju. Wasza szybka sałatka z brokułem i batatem jest już gotowa. Widelce w dłoń.

Smacznego i na zdrowie!

sałatka z brokułem i batatem

Marchewkowe wegeburgery na wilczy apetyt

Trochę się sfrajerowałam pisząc teraz tego posta, bo jestem bardzo głodna, a nie może być tak, że szewc bez butów chodzi, więc dzisiaj krótko, zwięźle i na temat. Sytuacja pogodowa robi się coraz poważniejsza – po sobie już czuję, że na paru warzywkach i sałateczkach w ciągu dnia daleko już nie pojadę, więc trzeba zadbać o konkretne paliwo na nadchodzący sezon chłodu i… głodu? Głodu nie, o nie, nie . Na pewno nie z takim przepisem, który zaraz będziecie obczajać. Nie jem jak wróbelek tylko bardziej jak stado wróbli, czy tam wron, whatever, ale wciągnęłam taką jedną bułę z konkret kotletem i wymiękłam – naszamałam się po same uszy.

Dobra teraz bez żartów,  sama spadam do kuchni robić te burgery albo cokolwiek co wpadnie mi w łapy. Może sobie coś w nich zmodyfikuje, w końcu nie lubimy się ograniczać, bo te też wymyśliłam na szybko z tego co było akurat pod ręką. A, że akurat okazały się być smakowym strzałem w dziesiątkę postanowiłam podzielić się tym (oczywiście) prostym przepisem.

Z czystym sumieniem powiadam Wam – jeśli chcecie coś zjeść i porządnie się najeść to bierzcie, korzystajcie z tego wszyscy!

 

Marchewkowe wegeburgery

Składniki (na około 6 kotlecików, albo 3-4 większe kotleciory)

4 upieczone średnie marchewki

1 mała czerwona cebulakotlety marchewkowe

1 ząbek czosnku

1/2 szklanki suchego kuskusu (około 3/4 szklanki namoczonego)

1/2 szklanki ciecierzycy z puszki

2 łyżki stołowe mielonego lnu

2-3 łyżki oleju

1 łyżeczka papryki wędzonej

1 łyżeczka przyprawy „masala” (ja dałam garam masala)

1 łyżeczka curry

sól

pieprz

oliwa

Składniki do przygotowania burgerów

Ulubione bułki (nie polecam typowo hamburgerowych ze sklepu bo ich skład pozostawia wiele do życzenia)

Kilka liści sałaty (może być masłowa, lodowa, roszponka, bądź rukola, ja akurat miałam świeże pędy groszku i młody jęczmień)

Pomidor

Świeży ogórek

Dobrej jakości ketchup

Musztarda (fajnie pasuje francuska)

(Opcjonalnie zamiast musztardy, lub ketchupu bułki możecie posmarować hummusem na przykład „tym” i dodatkowo polać oliwą)

Wykonanie:

Kotlety

Marchewki pieczemy w 200°C przez około 20-25 minut do miękkości. Kuskus zalewamy gorącą, osoloną wodą. Na jedną szklankę kuskusu potrzebujemy 1 i 1/2 szklanki wrzątku (możecie przygotować też w proporcji proponowanej na opakowaniu). Trzymamy pod przykryciem przez około 5-7 minut w celu wsiąknięcia płynu. Cebulę obieramy i siekamy bardzo drobno – możemy zostawić parę krążków jako późniejszy dodatek do burgerów. Kiedy marchewki już się upieką kroimy je w części i wkładamy do miski, do której dorzucamy gotowy kuskus, ciecierzycę, cebulę, ząbek czosnku, len, olej oraz przyprawy. Zaletą bezmięsnych burgerów jest to, że bez obrzydzenia i ryzyka możemy próbować farsz, jeśli czegoś Wam brakuje dodajcie innych ulubionych przypraw 🙂 . Wszystko blendujemy na gładką masę. Następnie formujemy kotlety – najlepiej mokrymi dłońmi, nie będą one wtedy przywierać do rąk. Pieczemy w 180°C przez około 20 minut. W połowie pieczenia możemy przewrócić je na drugą stronę aby równomiernie się przypiekły.

Burgery

Bułki przekrawamy na pół, lekko nawilżamy oliwą z oliwek i grillujemy w piekarniku przez parę minut. Każdą z połówek smarujemy ketchupem/musztardą/hummusem, komponujemy warzywa (ja kładę najpierw sałatę, następnie kotlet i na górę resztę warzyw). I już mamy wegeburgery!

Pyszna, sycąca buła gotowa! 🙂

burger

Hummus party – kolorowe pasty z grochu

Nawet nie zauważyłam kiedy piękna złota jesień przerodziła się w zimną, wilgotną, wietrzną i w ogóle nieprzyjemną szarugę. Ten tragiczny czas, w którym wstaję rano – jest ciemno, wracam do domu późnym popołudniem – jest ciemno, nastał i nie mogę go powstrzymać. Jedyne co pozostaje to zahibernować się gdzieś pod trzema kołdrami, pięcioma kocami na jakieś 4-5 miesięcy i przeczekać ten okres do momentu, w którym życie i kolory wrócą… Co za brednie, co to za depresyjne nastawienie? Nie ze mną te numery, trzeba wstać i walczyć, a ja z chandrą lubię walczyć w kuchni, bo to jest walka, w której z reguły jestem na wygranej pozycji. Z szarościami, które toleruję jedynie w swojej szafie, a nie w otaczającym świecie najczęściej radzę sobie tak – ja to nazywam „koloroterapią”. I proszę mnie nie wyzywać teraz od żadnych wariatek, znachorów czy szamańskich wiedźm, ale to działa i nikt mi nie powie, że otaczające barwy nie mają wpływu na nasz nastrój, bo ja na przykład nie potrafiłabym zasnąć w sypialni o wściekle czerwonych ścianach. 

Podczas depresyjnych dni warto trochę pokolorować talerz i fajnie wpłynąć na swój nastrój. Nie wiem co Wy uważacie, ale myślę, że te kolorki są urocze i zachęcające – ich zaletą jest to, że smakują tak samo dobrze jak wyglądają (mam nadzieję, że wyglądają). Do przygotowania szczególnie zachęcam hummusowych świrów, którzy objedli się już tradycyjną wersją pasty. A dla tych, którzy nigdy jej nie jedli polecam przyrządzić małą porcję na spróbowanie, bo smak jest dość intensywny i zupełnie odmienny niż znamy z tradycyjnych polskich dań, w końcu kuchnia arabska jest dość (nawet bardzo) daleka od naszej, prawda?  Jednak jak już wiecie z poprzedniego postu #SmakujTrójmiasto uważam, że warto otwierać się na nowe doznania kulinarne, dawać szansę swoim zmysłom i dojrzewać do pewnych smaków. Także niczego się nie bać i próbować! Przepis jest banalnie łatwy 🙂

Składniki (na 1 miseczkę każdego z kolorów)

Baza do wszystkich past:

1 szklanka wymoczonego, ugotowanego grochu łuskanego

1 duża łyżka tahini (pasta sezamowa)

1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

1 ząbek czosnku

sok z ćwiartki limonki

sól

pieprz

oliwa z oliwek

Składniki do poszczególnych kolorów:

Zielony:

1 łyżeczka sproszkowanego młodego jęczmienia

Garść jarmużu, lub szpinaku

Parę listków mięty/pietruszki/kolendry (opcjonalnie)

 

 

Żółty:

1 łyżeczka curry

1 łyżeczka kurkumy

 

 

 

Różowy:

Ćwiartka pieczonego buraka (lub więcej jeśli lubicie dominujący buraczany smak)

 

 

 

 

Wykonanie:

Groch moczymy przez parę godzin, najlepiej przez noc w wodzie, następnie gotujemy do miękkości (WSKAZÓWKA: jeśli nie lubicie bawić się z moczeniem i chcecie mieć swój hummus „na już” możecie użyć ciecierzycę z puszki, która po odlaniu od razu nadaje się do przerobienia). Wszystkie bazowe składniki oraz naturalne barwniki do uzyskania wybranego kolorku blendujemy na gładką masę, przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i.. gotowe! Pyszna prościzna!

Podajemy na kanapce, z chrupkimi warzywami, jako dodatek do burgerów, placków, naleśników, bądź jemy prosto z michy 🙂

 

 

 

Pieczona dynia faszerowana jarmużową jaglanką

Zawsze wiedziałam, że dynia posiada bogate wnętrze (poniżej niepodważalny dowód). Do tego ma tak wszechstronne zastosowanie, sami przyznajcie. Bo jak tu jej nie kochać, skoro może być wszystkim – nawet jadalnym naczyniem.

Znacie zasadę synergii? To wtedy, kiedy 2+2=5. Obie składowe, czyli w tym wypadku pieczona dynia i nadzienie, osobno smakują dobrze, ale po połączeniu sił wracają ze zdwojoną siłą, stają się k o m p l e t n ą bombą smaku. Wszyscy znamy i lubimy faszerowane cukinie, papryki, czy ziemniaki, ale to jest n a j l e p s z e nadziane warzywo z n a j l e p s z y m farszem, jakie dotąd jadłam – przebija wszystkie poprzednie. Przepis broni się sam. Bez zbędnej gadki. Sprawdźcie sami.

pieczona dynia faszerowana

Pieczona dynia faszerowana

Składniki na 2 średnie dynie hokkaido (po około 1,5 kg każda, lub 3 mniejsze)

Dynie:

2-3 ząbki czosnku

rozmaryn

ulubiony olej (np. rzepakowy)

Farsz:

około 1 szklanki kaszy jaglanej (200g/2 woreczki)

3 duże liście jarmużu (około 200g)

1/2 słoika suszonych pomidorów (około 150g)

1 łyżeczka (lub więcej) przyprawy Garam Masala, ewentualnie innej ulubionej arabskiej mieszanki

1 łyżeczka słodkiej papryki

szczypta pieprzu cayenne

parę szczypt gałki muszkatołowej

sok z niecałej połowy cytryny

prażone pestki dyni do ozdoby

sól

pieprz

olej rzepakowy do smażenia (możecie wlać nieco więcej niż zwykle, nie chcemy, by farsz był za suchy)

Wykonanie

Dynie:pieczona dynia

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C. Dynie myjemy, obcinamy „kapelusik”, dużą łyżką wydrążamy łykowatą część i pestki. Oczyszczone dynki układamy wraz z obciętymi, górnymi częściami na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Od środka smarujemy je przeciśniętym przez praskę czosnkiem wraz z ulubionym olejem, posypujemy solą, pieprzem i rozmarynem. Pieczemy przez około 20-25 minut – do miękkości miąższu. Pamiętajmy, że dynie hokkaido są takie super, że nie trzeba obierać ich ze skórki! 🙂

 

 

 

Farsz:

farsz

Kaszę jaglaną gotujemy (nie mieszamy podczas gotowania, aby nie zrobiła się ciapka) przez około 10 minut do całkowitego wchłonięcia wody. Na patelni rozgrzewamy olej rzepakowy, smażymy posiekany jarmuż przez około 10 minut do miękkości, najlepiej smażyć pod przykrywką, aby nie uciekła zbyt duża ilość wody. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojone pomidory oraz ugotowaną kaszę jaglaną, przyprawiamy, dodajemy sok z cytryny i mieszamy dokładnie wszystkie składniki. Nasz farsz jest już gotowy.

Nadziewamy upieczone, jeszcze ciepłe dynie. Posypujemy pestkami, zakładamy kapelusik i zabieramy się do pałaszowania. 🙂