Follow Us

Copyright 2017 | Softset

gulaszowa z boczniakami i pęczakiem

Ta gulaszowa przebiła swój mięsny pierwowzór i śmiało mogłaby zastępować klasyczną gulaszową, która kojarzy mi się z zupką serwowaną w okolicach 1:00 – 2:00 na suto zakrapianych urodzinkach cioci kloci, osiemnastce Brajanka, czy andżejkach w domu weselnym „Biała Róża”. A tak nawiasem mówiąc nie, to nie jest dobre skojarzenie. Nie lubię jedzenia podawanego na tego typu organizowanych imprezach. Myślę, że to podświadomie jeden z wielu powodów, dla których nie chciałabym robić wesela – na szefa kuchni i menu takie jakie bym chciała po prostu mnie nie stać, no i generalnie temat wegetariańskiego jedzenie na „salowych” imprezach, to temat z rodzaju ciężkich wrzodów na dupie. Jeśli nie chcesz czytać biadolenia, przejdź od razu do przepisu, jest sztosem, mówię Ci.

P.S. Nie nie chajtam się.

Wracając do tematu… Na pierwsze rosołek, trochę z kury, trochę z wegety, cienkiem makaronem każdy ochlpał już satynową kiece i krawat – standard. De vo lay… devo lajle… devolej… devolaj… i schabowy spółka z.o.o. – pierwsze co nasuwa mi się na myśl myśląc o zorganizowanej potupajce. A do mięska ziemniaczki gotowane z koperkiem (ratujące życie wraz z surówką z marchewki), księżyce z ziemniaczków i frytki z paczki – żeby nie było monotonnie, bo przecież ziemniak ziemniakowi nierówny. Wszyscy zapchali się schaboszczakiem, ale nie takim zwykłym, bo ze smażonymi pieczarkami i plastrem ociekającej (chyba) goudy, a tu wjeżdżają spóźnione zrazy w sosie pieczeniowym i gołąbki z mielonym mięsem. Mizeria się skończyła. O są buraczki, przeżyjemy.

Po obiedzie wjeżdżają zimne przystawki. Jest śledzik, ryba w galarecie, nawet i burżujski łosoś się trafi, roladki z szynki, kiełbaska, galareta drobiowa (ale przecież z groszkiem i marchewką!). Uff całe szczęście sałatka warzywna (weganom mówimy papa – majonez – jajka).

Później mielone, ćwiartki z kurczaka, albo nuggetsy dla dzieciaków, całe szczęście znowu sypnęli frytką z paczki. Czas zapchać się chlebem, albo ciastem.

Noc, noc, noc niebo pełne gwiazd i wjeżdża – tutaj rosyjska ruletka – flaczki, gulaszowa, albo barszczyk (bingo!), ciul że z paczki. Nie za pasztecik z mięskiem podziękuję, z kapustką proszę.

Impreza zaliczona. Kac będzie, zawsze jest bez dobrego podkładu.

Przykro mi, że tak to w większości wygląda. A mogło być tak pięknie, jak to śpiewali w Kilerze. Mogłoby być kolorowo, różnorodnie, ciekawiej troszku, milej, mniej mięsnie. Nie mówię o francuskiej, tzn. wegetariańskiej rewolucji, ale różnorodności, której tak bardzo brakuje mi na tych fajnych, lecz wciąż imprezach. Bo 6 rodzajów mięsa na jednej imprezie to nie jest różnorodność, to nie o to chodzi.

Nie wiem po co i jak ja to robię, że z zupy potrafię rozkręcić ból dupy o rodzinne imprezy. Magia.

Jak będę się chajtać to o 2:00-3:00 na weselichu wjedzie ta gulaszowa. Serio mówię.

Odjazdowa gulaszowa z boczniakami i pęczakiem poniżej 🙂

gulaszowa z boczniakami

Składniki na średni garnek

250-300 g boczniaków

2 papryki czerwone

3 cebule

2-3 ząbki czosnku

1/2 szklanki pęczaku

4-5 łyżek sosu sojowego

1/3 – 1/2 szklanki wody z ogórków kiszonych (uwaga, żeby nie było za słone)

ok. 750 ml – 1 l wody (3-4 szklanki)

kilka liści laurowych

kilka ziaren ziela angielskiego

2 – 3 łyżeczki papryki wędzonej

2 łyżeczki papryki słodkiej

1 łyżeczka papryki ostrej

świeży koper

ewentualnie sól i pieprz do smaku

olej

 

Wykonanie

  1. Pęczak gotujemy w osolonej wodzie według instrukcji podanej na opakowaniu.
  2. Cebule kroimy w dość grube pióra. Na dnie garnka rozgrzewamy olej, do którego wrzucamy cebulę, liście laurowe i ziele angielskie. Przykrywamy i dusimy  na małym ogniu, co jakiś czas mieszając.
  3. Papryki i boczniaki myjemy. Z papryk usuwamy gniazda nasienne, kroimy w paski.
  4. Boczniaki również kroimy w cienkie paski.
  5. Kiedy cebula będzie już miękka i lekko rozpadająca się (po około 10-15 minutach) dodajemy  pokrojone papryki i boczniaki.
  6. Wlewamy wodę sos sojowy, dodajemy wszystkie przyprawy, a czosnek przeciskamy przez praskę.
  7. Całość mieszamy i gotujemy około 35 minut na wolnym ogniu, pod przykryciem mieszając co jakiś czas.
  8. Na ostatnie 5 minut gotowania dodajemy ugotowaną kaszę pęczak.
  9. Zupa powinna mieć klarowny, aczkolwiek wyrazisty brązowy kolor. Jeśli smak wydaje się zbyt mało intensywny można dodać więcej sosu sojowego, soli, pieprzu, czosnku granulowanego lub słodkiej papryki mielonej.
  10. Jeśli zupa będzie zbyt gęsta/słona etc. – dolej więcej wody.
  11. Podajemy ze świeżo posiekanym koprem.

Gotowe!

pasta z pieczonego czosnku i batata

Dzisiaj krótki, prosty i pyszny wstęp. Co do pyszności to ma ono znaczenie ambiwalentne. Po pierwsze, pysznię się ja, chełpię wręcz tym przepisem, ponieważ dawno nie zrobiłam czegoś tak niebanalnego i prostego zarazem. Od dawna czekałam, aż przyjdzie mi do głowy w końcu taki świeży pomysł jak ten. Po drugie, pyszna jest pasta sama w sobie. Jej składniki idealnie współgrają, tworząc smak, do którego, chce się wracać.

Pieczony czosnek jest sekretem i nieodłącznym elementem tej pasty, którego nie da się zastąpić, tak jak witaminy B12 w diecie wegańskiej ;). Dodatkowo ta pasta udowadnia, że cynamon nie musi być tylko oczywistym dodatkiem do owsianki, czy pieczonych jabłek. Ponadto idealnie komponuje się on z wytrawnymi dodatkami, balansuje słodycz batata i jest tzw. „śrubą” całej kombinacji. Nie zapominajcie proszę o wysokiej jakości oliwie, która będzie idealnym nośnikiem wszystkich smaków oraz nada kremowej konsystencji, co podczas rozsmarowywania pasty na świeżym, razowym chlebie będzie przyprawiać wszystkich kulinarnych fetyszystów o dreszcze…

Niezwykła pasta z pieczonego czosnku i batata poniżej 🙂

Składniki na mały słoiczek

1 mały batat (około 150-200g)

5 ząbków czosnku

oliwa z oliwek

szczypta cynamonu

szczypta pieprzu cayenne

rozmaryn (suszony lub świeży)

sól, pieprz

 

Wykonanie

  1. Piekarnik nastawiamy na 180-200 °C. Przygotowujemy folię aluminiową i małe naczynie żaroodporne.
  2. Batata obieramy, kroimy w cienkie paski/kostkę – im drobniej pokrojony, tym szybciej się upiecze.
  3. Ząbki czosnku obieramy z łupin (tip: aby łupiny łatwiej odchodziły ząbki należy rozgnieść za pomocą szerokiego noża).
  4. Słodkiego ziemniaka i czosnek układamy na folii aluminiowej, solimy, pieprzymy, dokładamy kilka listków rozmarynu, polewamy oliwą z oliwek, szczelnie zawijamy i układamy w naczyniu żaroodpornym lub na blaszce. Pieczemy około 35-40 minut, do momentu aż bataty i czosnek zmiękną, czosnek powinien być mocno przyrumieniony.
  5. Upieczone składniki blendujemy na gładką masę wraz ze szczyptą (lub dwiema) cynamonu oraz szczyptą pieprzu cayenne. Można dodać więcej oliwy, doprawić solą i pieprzem wedle uznania.

Gotowe!

 

najlepszy wegetariański bigos

Krótka historia przyjaźni polsko-czeskiej i bigosu

Nie sądziłam, że podczas mojego pięciomiesięcznego pobytu w chorwackim Splicie, przysmakami, które najbardziej będą kojarzyć mi się z tym czasem okaże się pizza z Bobisia (Bobis to sieć tradycyjnych chorwackich piekarni, w których kończyła się każda całonocna impreza, a ociekająca tłuszczem margherita nie raz ratowała klubowych wojowników przed kacem), bagietka z ajvarem i właśnie bigos. Nasz. Polski. Cudowny. Budzący wspomnienia.

Aneta. Moja czeska współlokatorka, z którą najpierw po prostu dzieliłam pokój podczas Erasmusa w Chorwacji, później wspólne wypady na plażę, pierwsze upadki i zdarte kolana na deskorolce, całonocne posiadówy, a nawet tak intymne kwestie jak wspólna kawa w puszcze, czy masło, które raczej zarezerwowane są dla wieloletnich bestfriendsforeva, nas to trafiło jakoś po miesiącu. Następnie okazało się, że ze współlokatorek awansowałyśmy na przyjaciółki i nie był to przypadek, w którego istnienie nie wierzę, tylko patetyczne przeznaczenie. Ale jak do tego ma się kulinarny post o bigosie?

– Ahoj, moje polskie dziewczyny! Kupiłam kapustę kiszoną, musicie mi powiedzieć co mogę z tego zrobić. – wparowała podekscytowana Aneta. Ja i Nadia spojrzałyśmy po sobie, wzruszyłyśmy ramionami, to było przecież dla nas oczywiste. – Bigos. – odpowiedziałyśmy jednogłośnie.

Od tej pory bigos gościł na naszym zupełnie za małym, białym stole z Ikei średnio raz na dwa tygodnie, czasem częściej.  Co więcej, Aneta pokochała go miłością szczerą i prawdziwą, a ja dzięki niej przypomniałam sobie o jego istnieniu i jakoś bardziej zaczęłam doceniać prostotę i urok duszonej kapusty kiszonej. Mowa oczywiście o tej lepszej bezmięsnej wersji, która mniemam, że w niektórych domach nie istnieje. U nas było inaczej, dodatek włóknistego mięsa przyprawia(ł) nas o dreszcze i mimo tego, iż Aneta wegetarianką nie jest nie potrafiła wyobrazić go sobie właśnie w tej klasycznej, cholesterolowej wersji. Szach mat.

Pamiętam, jak przed Świętami Bożego Narodzenia Aneta poprosiła mnie o mój tradycyjny, przepis na najlepszy wegetariański bigos, a ja takiego nie miałam. Ale już mam i wiecie co? Jest świetny. Słodko-kwaśny, lekko dymny, aromatyczny i głęboki w smaku. A dzięki dodatkowi dużej ilości liści laurowych i ziela angielskiego nie obciąża jelit (if you know what I mean).
Najlepszy wegetariański bigos, pełen ciepła i wspomnień poniżej 🙂

najlepszy wegtariański bigos

Składniki na 2 kg kapusty kiszonej

2 kg kapusty kiszonej

3 średnie marchewki

1-2 garści suszonych grzybów

10-15 suszonych śliwek

2 łyżki rodzynek (przeciwnicy rodzynek mogą pominąć)

5-7 liści laurowych

7-10 ziaren ziela angielskiego

opcjonalnie: 1 łyżeczka kminku na lepsze trawienie (ale ja nie lubię i nie daje)

2 czubate łyżki wędzonej słodkiej papryki (mielonej)

1 łyżeczka ostrej papryki (mielonej)

sól, pieprz

250 ml (1 szklanka) wytrawnego czerwonego wina

olej

Wykonanie

  1. W dużym garnku rozgrzewamy olej, do którego dodajemy wędzoną i ostrą paprykę, po czym przez kilkanaście sekund energicznie mieszamy drewnianą łyżką, aż przyprawy się przyrumienią, jeśli trochę się przypalą, nic nie szkodzi, smak będzie intensywniejszy.
  2. Następnie dodajemy kapustę kiszoną, grzyby, liście laurowe i ziele angielskie – podlewamy wodą, dusimy przez 30-40 minut mieszając co jakiś czas. Jeśli kapusta będzie się przypalać należy podlać ją ponownie wodą.
  3. W międzyczasie marchewki obieramy i trzemy na średnich oczkach, po czym wraz z suszonymi śliwkami i rodzynkami dorzucamy do gotującej się kapusty – dusimy przez kolejne 30-40 minut, co jakiś czas mieszając, aż kapusta będzie odpowiednio miękka.
  4. Na koniec wlewamy wino i gotujemy z otwartą przykrywką przez 10-15 minut.

Gotowe!

(Najlepiej smakuje z domowym chlebem żytnim na zakwasie lub ziemniakami w mundurkach)

piernikowy mus z aquafaby

Aquafaba to nic innego jak woda pozostająca po odlaniu gotowanej ciecierzycy lub białej fasoli. Do niedawna niby nic, kolejny odpad wylewany do zlewu, ale czy na pewno? Aquafabę odkrył Joël Roessel, francuski kucharz, który szukał alternatyw dla jajek. Produkt ten bardzo szybko przyjął się w blogosferze otwierając wegańskim entuzjastom drzwi do wegańskich majonezów, lodów, czy właśnie musów. Aquafaba stała się na tyle istotna, że w 2015 roku pewien Nowojorski producent wprowadził na rynek wegański majonez z aquafaby, który wygenerował przychód o wartości 8,5 miliona dolarów. Woda z ciecierzycy była pozyskiwana z wytwórni hummusu, gdzie stanowiła ona produkt uboczny, co znacznie obniżyło koszty produkcji. Przykład ten uświadamia, że to, co dla jednych stanowi odpad, dla innych może być podstawą do wytworzenia nowego (i dochodowego) dobra.

Ten przykład w świetle ówczesnych globalnych problemów z nadprodukcją i generowaniem monstrualnych ilości odpadów może sugerować, że czasami, albo nawet częściej, warto zastanowić się, czy to, co z lekkością i bezmyślnością wrzucamy do śmietnika, na prawdę powinno się tam znaleźć. Aquafaba to tylko ciekawostka w obliczu realnych „śmieciowych” problemów, ale może stanowić ona fajny symbol, wykorzystywania czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się bezużyteczne. Szczerze, po jej odkryciu moje życie kulinarne nie zmieniło się w żadnym stopniu, ani na gorsze, ani na lepsze. Traktuję ją jako kulinarną nowinkę, surowiec, z którym można poeksperymentować w wolnej chwili i raz coś wyjdzie, a raz nie. Jest ona stosunkowo nowym odkryciem na kulinarnej arenie, co nie znaczy, że należy ją bagatelizować.

Obserwując wrzawę internetową jaka wybucha raz na jakiś czas na wegańskich forach wzbudza ona emocje i to skrajne. Wiele osób próbowało zrobić z niej majonezy, musy, czy bezy i o ile z dwoma pierwszymi pozycjami problemów i niepowodzeń jest stosunkowo niewiele, beza wciąż stanowi wielkie wyzwanie, którego nie chcę się podejmować, bo i nie czuję takiej potrzeby. Może inaczej podchodzą do tego konserwatyści, weganie, którzy tęsknią za jajecznymi akcentami i próbują wszelkich sposobów w celu odnalezienia jajeczno-wegańskiego spokoju ducha i satysfakcji podniebienia. Nie mniej jednak uważam, że każde ciekawskie jajo (hehe) powinno chociaż raz zmierzyć się z aquafabą, ot tak bez wielkiej filozofii, dla kuchennej zabawy. Może właśnie w postaci eksperymentalnego musu, który okazał się godny tego, aby zawitać na tegorocznej Wigilijnej kolacji jako alternatywny deser. Zachęcam do zabawy 🙂 .

Składniki 3 pucharki

Aquafaba (woda) z 400g słoika ciecierzycy

1 gorzka czekolada

2 łyżki masła/oleju kokosowego

1 łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka kardamonu

szczypta gałki muszkatołowej

sól

opcjonalnie 2 łyżki cukru / ksylitolu / miodu

2 łyżki skrobi ziemniaczanej

powidła śliwkowe

ulubione orzechy

 

Wykonanie

  1. W małym rondelku roztapiamy masło / olej kokosowy wraz z gorzką czekoladą i ewentualnie dosładzamy cukrem / miodem / ksylitolem.
  2. Roztopioną czekoladę schładzamy do temperatury pokojowej, mieszając co chwilę aby nie stężała za mocno.
  3. Do miski wlewamy wodę z ciecierzycy, solimy i miksujemy na wysokich obrotach do uzyskania konsystencji piany z białka kurzego, w międzyczasie dosypujemy porcjami mąkę ziemniaczaną i korzenne przyprawy.
  4. Do ubitej aquafaby małymi porcjami dodajemy lejącą czekoladę wciąż miksując.
  5. Na dnie pucharków układamy powidła śliwkowe, orzechy, a na samej górze ubity mus. Jeśli macie rękaw cukierniczy można go użyć do bardziej estetycznego nałożenia musu. Dekorujemy ulubionymi bakaliami, migdałami, orzechami.
  6. Wkładamy do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.
korzenne brownie z ciecierzycy

Dzisiaj dzielę się przepisem na korzenne, zimowe brownie z ciecierzycy ze specjalną dedykacją dla M. 🙂

 

Składniki na małą blaszkę (najlepiej 28 cm x 15 cm)

słoik ciecierzycy (400g)

8 łyżek mąki owsianej (zmielone płatki osiane)

2 banany

garść daktyli + opcjonalnie 2 łyżki miodu

4 łyżki kakao

skórka pomarańczowa z 1/2 pomarańczy

1/2 szklanki oleju

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki kardamonu

1/2 łyżeczki esencji waniliowej

szczypta pieprzu

szczypta soli

 

Wykonanie

  1. Do dużej miski wkładamy pokrojone banany, olej, namoczone wcześniej daktyle w jednej szklance wody (wody nie wylewamy), miód, przyprawy, esencję waniliową i blendujemy dokładnie dosypując w międzyczasie kakao.
  2. Ciecierzycę, mąkę owsianą, skórkę pomarańczową i wodę z daktyli blendujemy w oddzielnej misce na gładką dość suchą masę, gdyby masa była jednak zbyt sucha można dolać więcej wody.
  3. Obie masy mieszamy dokładnie łyżką, następnie wylewamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, lub nasmarowaną olejem. Na koniec dekorujemy ulubionymi orzechami.
  4. Pieczemy przez 40-45 minut w 140°C.
Mocno paprykowa pasta do chleba i nie tylko

Pasta do chleba jako wegetariańsko – wegańskie zbawienie porannego posiłku. Tak brzmiałby temat mojej rozprawki na maturze, gdybym mogła pisać o czym chcę. Ale nie mogłam,więc mam bloga.

Mówiąc, że pasty do chleba są świetnym rozwiązaniem na uniknięcie śniadaniowej monotonii nie jest wielkim odkryciem. Ale to prawda, ponieważ bardzo łatwo popaść w owsiankowy, kanapkowoserowy czy jajecznicowy wir. W internecie roi się od różnych połączeń smakowych, tych bardziej klasycznych jak i fensi, ekstrawaganckich tzw. innowacji rynkowych, udawane paprykarze, smalce bez smalcu (kocham! zrobiłam przepis, wstawię, ale nie pod tą nazwą). Z resztą wcale nie mam takich ambicji, by coś odkrywać, ale bardziej dzielić się tym, co na co dzień hobbystycznie robię. Czasem bardziej regularnie, a zazwyczaj mniej, ale taki mam już klimat. Także po raz kolejny, po kolejnej przerwie (czasem mam wrażenie, że tych przerw w blogowaniu jest więcej niż przepisów), wrzucam (jak prawie zawsze) skromny, łatwy, budżetowy przepis. Bez żadnych glonów nori zbieranych podczas pierwszej niedzieli miesiąca, bez drobin meteorytu znalezionym na Atacamie, czy bez księżycowego pyłu. Po prostu smaczna pasta z papryki, która jeszcze w pamiętnych Radomicach zwojowała niejedno śniadanie.

Kupnych past do chleba nie lubię z kilku powodów. Po pierwsze cena tych z interesującym i tzw. „dobrym” składem powala na kolana, szczególnie biednych „loł budżet” studentów (here I am!). Po drugie decydując się na zakup w marketach zawsze bierzesz kota w worku. Wiele razy pasta zakupiona w jakimś niemieckim markecie lądowała niestety w koszu na śmieci aniżeli na chlebie, ponieważ jej smak okazywał się najzwyczajniej ochydny. Czasami zastanawiam się, czy producenci wege jedzenia próbują swoich produktów przed wprowadzeniem ich na rynek, serio. Oczywiście inną sprawą są zakupy na ryneczkach, gdzie zazwyczaj każdy może spróbować produktu przed zakupem. Jednak w wielu przypadkach kupowanie „słoiczków” regularnie i niedajpanieboże robienie z nich zapasów na zimę mocno nadwyręża budżet (patrz punkt punkt pierwszy), szczególnie jeśli zainteresowany lubi grubo posmarowane, he he. A tak ogólnie rzecz ujmując, robienie pasty jest jedną z najprzyjemniejszych czynności w kuchni, więc po co pozbywać się tej prozaicznej rozrywki. No chyba, że ktoś ewidentnie nie jest zainteresowany, nie lubi i nie chce gotować. Ale chyba taka osoba nie czytała by właśnie tego posta, prawda?

Skoro znalazł się już ktoś zainteresowany, polecam uzbroić się w solidny, lub mniej solidny blender (no ale minimum 600 W ok?), kilka słoików, dobry nastrój i łyżkę do próbowania, bo bez tego ani rusz. Dodam, że paprykowe smarowidełko smakuje pysznie z białym serem na domowym żytnim chlebie, pasuje do frytek, pieczonych batatów, czy jako imprezowy dip do przekąsek.

P.S. Piesek radomickich gości w kadrze dla atencji.

Składniki (na kilka słoików, napełnicie na oko 😉 )

5 dużych papryk

3-4 średnie marchewki

1 puszka ciecierzycy

2 cebule

4 ząbki czosnku

olej

3 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

sól, pieprz

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy w pióra, rozgrzewamy olej w garnku, następnie wsypujemy łyżeczkę soli, podsmażamy ją pod przykryciem do zeszklenia.
  2. Marchewki obieramy, kroimy w cienkie plasterki.
  3. Papryki oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w paski, czosnek siekamy drobno. Tak przygotowane warzywa dorzucamy do cebuli i dusimy pod przykryciem przez około 40 minut, co jakiś czas mieszając, do momentu, aż papryka będzie się rozpadać, pod koniec gotowania można zdjąć przykrywkę i odparować wodę, jeśli papryka puści jej za dużo.
  4. W międzyczasie wsypujemy paprykę mieloną. Na koniec dodajemy ciecierzycę (bez wody) i blendujemy wszystko około 4-5 minut na wysokich obrotach bardzo dokładnie do uzyskania gładkiej konsystencji pasty. Dosalamy i pieprzymy do smaku.
  5. Przekładamy do wyparzonych słoików, można zapasteryzować i zatrzymać na później.
  6. Otwartą trzymamy w lodówce do 4 dni.

 

 

mielone kotlety jaglane z marchwią

Może wydawać się to nieco monotematyczne, że każdy mój przepis sygnowany jest terminem „łatwy” i/lub „szybki”, ale nic nie poradzę na to, że znaczna większość receptur jakie tu się pojawiają taka rzeczywiście jest,bez ściemy. Dzielę się zatem kolejnym przepisem będącym kwintesencją prostej, domowej kuchni roślinnej – mielone kotlety jaglane.

Przyznam, że zawsze robię je z głowy, ale wczoraj postanowiłam w końcu spisać mój skład. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że te kotlety nie są żadnym wielkim odkryciem. Żadnym z przełomowych dań zmieniającym oblicze wegetarianizmu, czy weganizmu jak na przykład beza z aquafaby, nerkownik albo twarożek słonecznikowy… może nawet wydają się być daniem nieco banalnym i oklepanym? Jednak jedno jest pewne – są po prostu pyszne i urzekają prostą. Prostotę (dobrze wykonaną prostotę) cenię bardziej od pretensjonalnej finezyjności i niewytłumaczonego silenia się na wyrafinowane dania, które koniec końców mogą okazać się jednym wielkim rozczarowaniem – tutaj często balansuje się na granicy kiczu i przekombinowania.

Tym daniem nikt się jeszcze nie rozczarował. Na dowód tego, powiem tylko, że wczoraj zaserwowałam je gościom OchAch i WCS z dodatkiem pieczonych ziemniaczków, sałaty z pomidorem oraz sosem koperkowo-czosnkowym. Wszystko zniknęło z półmisków zanim zdążyłam wypowiedzieć „konstantynopolitańczykowianeczka”, co jest chyba najbardziej satysfakcjonującym zwieńczeniem kolacji dla każdej gospodyni. A przynajmniej dla mnie, bo jak to mówi się w moim domu „wszystko trzeba zjadać”, a jak smakuje to już w ogóle grzech zostawiać… 🙂

Składniki na około 12 sztuk

400 g kaszy jaglanej

ok. 6-7 upieczonych marchewek

4 duże cebule

4 posiekane drobno ząbki czosnku

4-5 łyżek siemienia lnianego

2 łyżeczki curry

2 łyżeczki papryki słodkiej mielonej

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżka musztardy francuskiej

sól, pieprz

nasiona słonecznika

Wykonanie

Marchewki obrać, pokroić w słupki i upiec do miękkości (około 25 min w 200 C). Cebulę pokroić drobno, zeszklić na oleju. W międzyczasie ugotować kaszę ( 1 część kaszy na 2 części wody), jak się rozgotuje nic nie szkodzi w tym wypadku. Przygotować dużą miskę, do której wrzucamy upieczoną marchew, cebulę i jaglankę oraz resztę składników, czyli ząbki czosnku, siemię lniane, przyprawy, musztardę, sos sojowy. Wszystko miksujemy blenderem ręcznym na gładką masę. To nie mięsko, więc na luziku można próbować masę na kotlety podczas wyrabiania i wedle smaku dosolić, czy dopieprzyć. Kiedy uzyskamy całkiem jednolitą (jak się trafi kawałek marchewki to system nie upadnie) i zwartą masę formujemy kotlety, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Polecam przygotować sobie miskę z wodą, w której można zwilżać dłonie. Gdy kotlety będą wyrabiane mokrymi rękami łatwiej uformują się i nie będą tak podatne na przyklejanie się do skóry rąk. Pisałam już o tym przy okazji posta z wegeburgerem. Na koniec kotleciki posypujemy ziarnami słonecznika, które następnie delikatnie wgniatamy, aby lepiej przywierały. Kotlety pieczemy w 180 C przez około 45 minut. Gotowe!

mielone kotlety jaglane

złocista jaglanka pod owocową kompozycją

Ja na prawdę nie chcę zachwalać, przechwalać, wynosić na piedestał… No dobra chcę. O tej jaglance tubylcy snują legendy przejezdnym, a znani bardowie piszą o niej ballady, które podobno zaczynają być znane w świecie. Złocista jaglanka to śniadaniowy specjał magiczny (takiego określenia użył jeden z gości) od zadań specjalnych, który ze stołu znika szybciej niż się pojawia.

Gdzieś hen daleko za siedmioma górami, za siedmioma dolinami, za siedmioma lasami i siedmioma rzekami, a właściwie na Dolnym Śląsku, w dolinie rzeki Bóbr stała sobie chatka na kurzej stopie, która koniec końców okazała się być radomickim siedliskiem, czyli OchAch! Studio i W Cieniu Słońca. A w tej chatce same dziwy… Wielka kuchnia, wielki piec, do którego wcale nie wrzuca się niegrzecznych dzieci, pełno garów i czar, a w nich bulgocze dziwna substancja i bucha gorąca para niczym z islandzkiego gejzeru. Co tam się wyprawia?! Nic, nic spokojnie to tylko przygotowania do śniadania dla gości.

A co w końcu z tą jaglanką… Gotowaną w czarodziejskim kotle zwanym garnkiem na prawdziwym ogniu zwanym ruskim gazem przez straszną wiedźmę zwaną Marceliną. Jak się później okazuje wcale nie taką straszną, jak ją malują, bo i nawet czasem przepisem się podzieli, czasem podkarmi, podtuczy, wcale nie dlatego, jak mawiają legendy, żeby upiec kogoś na ruszcie i zjeść, bo kuchnię w Radomicach prowadzimy przecież wegetariańską… A i sama wiedźma tak się żywi…

Składniki na ok.3 duże, wypasione talerze

około 1/2 opakowania kaszy jaglanej (opakowanie 500g) (najlepiej bio)

około 500 ml wody/mleka roślinnego (najlepiej migdałowe lub owsiane)

3 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego

1 łyżka masła (opcjonalnie dla nieweganów)

3-4 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka imbiru suszonego

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/3 łyżeczki pieprzu mielonego

1/3 łyżeczki kardamonu

1/3 łyżeczki soli

szczypta chilli

opcjonalnie kilka kropel esencji waniliowej lub ziarenek z laski wanilii

do posłodzenia miód/syrop z agawy/syrop z daktyli/syrop klonowy (wedle smaku)

Do ozdoby ulubione owoce, czekolada, orzechy, bakalie itp.

Wykonanie

W garnku rozgrzewamy olej, wsypujemy kaszę i prażymy tak około 5-6 minut na małym gazie co jakiś czas mieszając. Do płatków dodajemy mieszankę przypraw i bardzo dokładnie mieszamy, tak by przyprawy dotarły do każdego ziarna prosa :). Całość powoli zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ciągle mieszamy) i gotujemy jeszcze przez około 20 minut, do momentu aż osiągniemy nie rozgotowaną, ale kremową konsystencję kaszy. Na koniec słodzimy i co najlepsze stroimy.

Jeśli uznacie, że któraś z powyższych przypraw jest zbyt mocno lub za mało wyrazista, zachęcam do kombinowania i skomponowania własnej, ulubionej proporcji tejże mieszanki. Więcej kurkumy, mniej imbiru,więcej pieprzu, mniej kardamonu, może cynamon? Do wprawy dojdziecie dzięki starej i dobrej metodzie prób i błędów oraz smakowaniu w trakcie gotowania.

Przyznam się bez bicia i nieskromnie, że przyprawy sypię na oko i zawsze wychodzi dobrze. Grunt to nie przesadzić z ilością, gdyż jak powszechnie wiadomo przyprawy korzenne dodane w zbyt dużej ilości nadają goryczkowego posmaku. Nawet gdy do tego dojdzie, hej nie wszystko stracone – miodzik, albo słodki syrop uratują sytuację. Gwarantuję, że ta jaglanka stanie się śniadaniową pozycją obowiązkową, tak jak stało się to w przypadku radomickich gości OchAch’a i WCS 🙂

Smacznego!

kokosowo-pomidorowy dal z soczewicy

Namaste. Tyle ile gospodyń w Indiach tyle przepisów na dal, czyli indyjską potrawkę ze strączków (głównie z soczewicy lub grochu). Można przygotować go z wieloma wariacjami, z jarmużem, szpinakiem, dynią, czy bakłażanem, co może całkiem fajnie uzupełnić tą potrawę, aczkolwiek jestem propagatorem prostych i klasycznych rozwiązań jeśli są one rzeczywiście satysfakcjonujące. I tak też jest z poniższą wersją dala bez zbędnych dodatków, która w moim, moich bliskich oraz gości z OchAch i WCS dostała zielone światło.  Jest to niewątpliwie jedna z moich stałych i ulubionych pozycji obiadowych nie tylko ze względów czysto konsumpcyjnych, ale i procesu przygotowywania. Zważając na fakt, iż jest to danie jednogarnkowe, oznacza to tylko jedno: mało brudnych naczyń i uniknięcie doprowadzenia kuchni do stanu gorszego niż Ganges, co jest niepodważalnym argumentem optującym za przygotowywaniem tej potrawy przynajmniej raz w tygodniu.

Uwierzcie mi na słowo, że dal może nieźle rozhulać Wasze fantazje i wariacje związane z kuchnią orientalną, która wciąż u niektórych budzi niechęć.

Dal jest swego rodzaju ogniwem przełamującym lody z kuchnią indyjską, której z tego co słyszę wiele osób się boi, lub uważa się za zbyt słabych kucharzy na spotkanie z Indiami, jakoby była ona działem fizyki kwantowej, a to przecież tylko (i aż) kuchnia – eksperymentowanie, doświadczanie przyjemności, poznawanie, odkrywanie zmysłowe, podróżowanie ale też błądzenie, co jest ( super) naturalną rzeczą. Sama kiedyś miewałam kompleksy związane z przygotowywaniem innych potraw niż polskie, „bo może robię coś nie tak jak się powinno, bo nigdy tam nie byłam” – i co z tego? I to, z tego, że sami siebie ograniczamy i wprowadzamy w kompleksy. Kulinarnych kompleksów się pozbyłam, ale za to dużo więcej czytam, doświadczam i poznaję, a najwyżej raz na jakiś czas popełnię jakąś profanację – i co z tego, jak wyjdzie coś dobrego? 🙂 

Jeśli do potraw indyjskich zabieracie się, cytując klasyka, „jak pies do jeża”, a myśl o zmieszaniu więcej niż czterech rodzajów przypraw ze sobą (włączając sól, pierz,paprykę mieloną) przyprawia Was o dreszcze i powoduje wyrzut kortyzolu (tzw. hormonu stresu) to niewątpliwie powinniście ugotować sobie dala. Niech będzie on brudziem z kuchnią indyjską – inspirującą, efektowną, szybką, aromatyczną i pobudzająca zmysły.

A może nawet podwójnym brudziem z kuchnią indyjską i wegańską.

Składniki na 4-5 porcji:

1 paczka czerwonej soczewicy

4 pomidory świeże bez skórki lub 1 puszka pomidorów

1 puszka mleczka kokosowego (o składzie: ekstrakt z kokosa 80% + woda, innych mleczek nie polecam)

1 biała cebula

3 cebule dymki

2 ząbki czosnku

olej kokosowy nierafinowany

olej rzepakowy

3-4 liście kafiru (suszone liście limonki do kupienia w internecie, działach typu kuchnie świata, działach z produktami azjatyckimi)

1-2 łyżki ciemnego sosu sojowego

3-4 łyżki wiórek kokosowych+ wiórki do ozdoby

ok. 1,5 litra wody

świeża kolendra do ozdoby

mieszanka przypraw:

3-4 łyżeczki curry

1 1/2 łyżeczki kurkumy

1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki kuminu

1 łyżeczka słodkiej papryki

kilka szczypt chilli

sól, pieprz wedle uznania

opcjonalnie trochę syropu z daktyli/agawy/cukru brązowego jeśli dal będzie zbyt goryczkowy od curry i kurkumy.

Przygotowanie:

W dużym garnku rozgrzewamy olej rzepakowy, cebule drobno kroimy, podsmażamy na małym ogniu około 15 minut do całkowitego zeszklenia mieszając co jakiś czas. W międzyczasie dorzucamy liście kafiru, posiekany czosnek i wiórki kokosowe, a pod koniec duszenia pomidory.

W czajniku zagotowujemy około 1-1,5 litra wody. Kiedy cebula będzie wyraźnie zeszklona i zacznie gęstnieć  wsypujemy wcześniej opłukaną soczewicę, mieszamy, zalewamy gorącą wodą. Całość gotujemy około 20 minut do momentu, w którym soczewica zacznie robić się wyraźnie kremowa.

W trakcie gotowania dorzucamy mieszankę przypraw, sól i pieprz wedle uznania (uwaga: nie przesadzajcie z solą gdyż curry, mieszanka masala jak i sos sojowy też są słone), 1-2 łyżki oleju kokosowego dla wzmocnienia kokosowego smaku i sos sojowy.

Na sam koniec wlewamy mleczko kokosowe, wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy jeszcze przez 3-4 minuty. Dala najlepiej nakładać chochlą do głębokich talerzy, przyozdabiamy kleksem z mleczka kokosowego, szczyptą wiórek i świeżą kolendrą. Można go również delikatnie skropić sokiem z limonki.

Smacznego!

P.s. Dala często podaję z dodatkami takimi jak chlebek naan, pieczona kukurydza (przepis tutaj), czy aromatyczny ryż lub kasza bulgur. Będzie pysznie!

Kimchi – koreańska kapusta kiszona

Kimchi – ten wyrób jest dla mnie szczególnie ważny. Oho, zawiało sandałem (z masłeeem).

Dlaczego? Bo stanowi obiekt moich skromnych, raczkujących badań, które zaczęłam prowadzić w ramach studiów. I ostatnio te poczynania zostały nawet docenione, co tym bardziej stanowi o istotności kimchi w moim serduchu.

O tym produkcie już kiedyś, kiedyś coś tam obiło mi się o uszy – trochę czytałam, trochę słyszałam, że śmierdzi, że jest dobre, że jest zdrowe itp, itd. Ale z Kimchi pierwszy raz poznałam się na azjatyckiej edycji cyklu Smakuj Trójmiasto (o której pisałam tutaj) i jak w miłość od pierwszego wejrzenia nie wierzę, tak w niej zakochałam się nie tylko od pierwszego wejrzenia, ale i zapachu oraz smaku. Pamiętam jak zobaczyłam leżące wielkie głowy kapusty pekińskiej zatopione w czerwonej zalewie (to brzmi strasznie w sumie) i tłumek ciekawskich jak ja wokół nich. No nie mogłam się oprzeć. Chciałabym zobaczyć coś takiego, tylko w wersji ordżinel w Korei.  Już wtedy wiedziałam , że coś z tego będzie. No i jak na razie są 2 publikacje, 2 wystąpienia konferencyjne i jedna wygrana dla duetu Kimchi i Wilczak 🙂 . A to dopiero początek, ale wystarczy już przechwałek.

kimchi

Czym właściwie jest Kimchi? Kimchi to tradycyjna kiszonka warzywna, której głównym składnikiem z reguły jest kapusta pekińska (), kalarepa, rzepa oraz unikalna mieszanka przypraw i innych cudów w postaci pasty. Uznaje się, że znanych jest około 200 rodzajów tego wyrobu, którego historia sięga 4000 lat wstecz. Koreańska metoda przyrządzania kimchi została zarejestrowana jako niematerialne dziedzictwo kulturowe ludzkości UNESCO. Kimchi cechuje się wyjątkowym aromatem i smakiem, wysoką wartością odżywczą oraz własnościami prozdrowotnymi. Kimchi jest również bogatym źródłem błonnika pokarmowego, substancji fitochemicznych, witamin (takich jak witamina A, C, K, tiamina i ryboflawina) oraz bakterii fermentacji mlekowej, co czyni z niej produkt probiotyczny.

Wiele badań wykazało, że regularne spożywanie kimchi może znacznie obniżyć ryzyko powstawania otyłości, cukrzycy, stanów zapalnych, hipercholesterolemii, nowotworów oraz powodować stymulację układu odpornościowego.

Jednym z istotnych składników kimchi jest sól (około 128 mg w pół szklanki produktu), która nadaje charakterystyczny smak. Mimo tego, że sól w fermentowanej żywności odgrywa znaczną rolę w jej konserwowaniu oraz kształtowaniu właściwości wiele badań wskazuje na zwiększone ryzyko podwyższonego ciśnienia krwi i chorób sercowo-naczyniowych związanych z  wysokim spożyciem soli kuchennej dlatego też do kiszenia polecam używać soli o obniżonej zawartości sodu (np. Sante z 30% zawartością soli potasowej), co nie wpływa istotnie na wrażenia smakowe – potwierdzone badaniami 🙂 .

Na koniec powiem jedno – wyroby azjatyckie, tudzież kimchi, cechują się smakowitością jakiej przeciętny Kowalski nie zna i nie pozna stosując jedynie składniki tradycyjne dla naszej  polskiej kuchni. Niby Ameryki nie odkryłam, ale niechęcią do poznawania nowego, zamykania się w tym co znane i bezpieczne ograniczamy swój przeogromny potencjał poznawczy i odbieramy światu barw. Egzotyczne potrawy – będące nośnikami niesamowitych doznań kulinarnych otwierają nas na świat i pobudzają uśpione zmysły. Co Wy na to?

Do przygotowywania tradycyjnych dań niebędącymi daniami polskimi podchodzę z dużym szacunkiem i pokorą, ponieważ nie jestem ekspertem w tej dziedzinie – to nie jest część mojej kultury, tylko kultury do której zostałam niejako „zaproszona” dzięki różnym procesom jakie zachodzą na świecie (czyt. globalizacja). Dlatego też przed pierwszą produkcją kimchi, czy jakiejkolwiek potrawy egzotycznej/zagranicznej polecam zrobić mały research.

Jeśli nie macie możliwości bryknąć sobie na miesiąc do Korei i nauczyć się sztuki kiszenia kimchi to nie ukrywam, że przydatne mogą być blogi prowadzone przez native’ów, publikacje, artykuły, czy normy.

kimchi

Składniki na 2 duże słoiki:

2 kg kapusty pekińskiej

1 duża kalarepa/rzepa (jeśli macie dostęp do koreańskiej rzodkwi „mu” to nie zawahajcie się jej użyć)

1 marchew

opcjonalnie: szczypior/cebula dymka (ja nie dodałam)

solanka:
  • około 10 łyżek soli (uwaga: możesz dodać sól o obniżonej zawartości sodu)
  • około 5 litrów wody
pasta kimchi:
  • półtora szklanki wody
  • 5 łyżek mąki ryżowej
  • 7 łyżek papryki gochugaru (kluczowy składnik pasty kimchi – najlepiej szukać w sklepach internetowych; im więcej gochugaru tym kimchi ostrzejsza!)
  • 7 łyżek sosu sojowego (polecam mój ulubiony sos sojowy shoyu łagodny marki Terrasana z unijnym logo rolnictwa ekologicznego – znany i lubiany gwiezdny liść na zielonym tle)
  • około 10 cm utartego, świeżego korzenia imbiru
  • 1-2 łyżeczki sproszkowanego czosnku, lub 3 ząbki utartego świeżego
  • 2 łyżki cukru (lepiej się przełamać i użyć go niż alternatywnych słodzików, które mogą wpłynąć na smak)
  • 1 łyżeczka soli
najważniejszy sprzęt:
  • duża wyszorowana, wyparzona miska – ja robiłam z 4 kg kapuchy na i użyłam takiej do prania
  • gumowe rękawice – pasta nieźle barwi na czerwono i może szczypać
  • czyste, wyparzone słoiki pozbawione zapachu lub specjalne naczynie do kiszenia wykonane z naturalnej kamionki
Wykonanie

Przygotowujemy miskę, kapustę dokładnie płuczemy i oczyszczamy z brzydkich liści. Teraz jest kilka możliwości –  szatkujemy ją drobno, średnio, albo w ogóle przekrawamy tylko wzdłuż i zostawiamy w połówkach (ja lubię średnio pokrojoną,).

Kapustę przekładamy do miski i zalewamy solanką pozostawiając na czas od 1 do 6 godzin, zależy ile czasu możecie przeznaczyć. Po tym czasie odlewamy solankę, a pozostałą kapustę dokładnie płuczemy i odciskamy z nadmiaru wody – przydadzą się silne ręce.

Pasta kimchi:

W garnku zagotowujemy wodę z cukrem stopniowo dodając mąkę ryżową – cały czas mieszamy do uzyskania konsystencji kaszki ryżowej dla bobasów. Do ostudzonego kleiku dodajemy paprykę gochugaru, imbir, sól, czosnek, sos sojowy i utartą marchewkę – całość dokładnie mieszamy.

Tak przygotowaną pastą nacieramy (koniecznie w rękawiczkach) bardzo dokładnie i skrupulatnie kapustę, tak aby każdy kawałeczek miał styczność z pastą. Tak przygotowaną kimchi zamykamy szczelnie w słoikach, jednak nie napełniając „na full”, bo pracująca kimchi wydziela dużo soków, które mogą wykipieć spod nakrętki, i pozostawiamy w temperaturze pokojowej na około 2-3 doby, po czym przetrzymujemy ją w lodówce.

Kimchi można spożywać jako dodatek do potraw, lub wcinać prosto ze słoika widelcem. Mam szczerą chęć wrzucić tu niebawem jakiś przepis z wykorzystaniem kimchi jako baza do potrawy.

Źródła:

  1. UNESCO 2018, [dostęp 25.04.2018], http://www.unesco.org/archives/
  2. Kim D.W. i in., 2017, Effects of different salt treatments on the fermentation metabolites and bacterial profiles of kimchi, Journal of Food Science, Vol. 82, Nr. 5, 1125-1130
  3. Kim E. K. i in., 2011, Fermented kimchi reduces body weight and improves metabolic parameters in overweight and obese patients, Nutr Res, Vol. 31, Nr. 6, 436
  4. An S. Y. i in. 2013, Beneficial effects of fresh and fermented kimchi in prediabetic individuals. Ann Nutr Metab, Vol. 63, Nr. 2, 9-111
  5. Choi I. H. i. in, 2013, Kimchi, a fermented vegetable, improves serum lipid profiles in healthy young adults: randomized clinical trial, J Med Food, Vol. 16, Nr. 3, 9-223.
  6. Jung S. J., Kim M. J., Chae S.W., 2016, Quality and functional characteristics of kimchi made with organically cultivated young Chinese cabbage (olgari-baechu), Journal of Ethnic Foods, Vol. 3, Nr. 2, 150-158