Follow Us

Copyright 2017 | Softset

wegańska zapiekanka pasterska „shepherd’s pie”

Siedzę zwinięta w kulkę przed moim domkiem w radomickim siedlisku popijając waniliowego rooibosa, do którego powinnam dolać rumu – byłoby idealnie. Tak, zawsze jakieś „ale”. Opatulona moim ulubionym miodowym swetrem, na stopach grube skarpety w skandynawskie wzory, dwudziesty ósmy sierpnia, zegar wskazuje godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy, nie zauważyłam nawet, że już zaszło słońce. Na szczęście pogoda jest jeszcze przychylna i pozwala mi spędzić ostatnie sierpniowe wieczory w tym miejscu na zewnątrz, choć w powietrzu czuć już rześkość i chłód, który po tegorocznych upałach zaczął przypominać o swojej obecności. Jesień nadchodzi. Powoli nastrajam się i aklimatyzuję do długich, nostalgicznych wieczorów. Zupełnie nie mam nic przeciwko nim, a nawet więcej – tęskniłam. Kocham jesień, chyba najbardziej ze wszystkich pór roku. Kocham ją taką jaka jest w swojej okazałości, bez względu na słotę, błoto i wilgoć. Prawdziwa miłość.

Skoro już napisałam taki wprowadzający w nastrój jesienny wstęp, należy pójść krok na przód i przedstawić danie, które perfekcyjnie wpasowuje się w koncepcję jesiennego posiłku, tzw. „comfort foood”. Comfort food’em nazywa się dania, które wzbudzają w nas nostalgię, są niejako sentymentalne, przywołują wspomnienia lub są po prostu sycące, kaloryczne i sprawiają, że w brzuszku robi się cieplej, a na buźce pojawia się uśmiech. Danie po którym czujemy siębardzo najedzeni i bardzo szczęśliwi – taka właśnie jest moja zapiekanka pasterska. Może znajdzie się ktoś, kto dałby mi po uszach za określenie wegańskiej zapiekanki z soczewicą mianem zapiekanki pasterskiej, bo wiecie PROFANACJA. Zamiast mielonej wołowiny – zielona soczewica, bez sosu Worcestershire – bo zawiera anchois, bez groszku – uznałam, że dodatkowy strączek mógłby być niezłym wyzwaniem dla naszych jelit – if you know what I mean…

Ale jak zwykle chrzanić konwenanse i tak jest przepyszna!

Oto wegańska zapiekanka pasterska.

Składniki na duże naczynie żaroodporne

1 paczka zielonej soczewicy

6 marchewek

1 por

3 ząbki czosnku

4 łyżki koncentratu pomidorowego

3/4 szklanki czerwonego wytrawnego wina

10 średniej wielkości ziemniaków

1/2 szklanki mleka roślinnego

2 łyżki oleju kokosowego / masła

gałka muszkatołowa

tymianek suszony + opcjonalnie świeży

rozmaryn suszony

ziele angielskie

liście laurowe

sól

pieprz

olej

Wykonanie

Purée

Ziemniaki obieramy, kroimy w ćwiartki i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. Gdy ziemniaki będą ugotowane, odlewamy wodę, dodajemy 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, mleko roślinne oraz olej kokosowy lub masło i bardzo dokładnie ugniatamy tłuczkiem do ziemniaków.

Farsz

W międzyczasie gotujemy soczewicę z kilkoma liśćmi laurowymi i ziarnami ziela angielskiego (ich dodatek do gotowania strączków redukuje nielubiane właściwości wzdymające) według instrukcji podanej na opakowaniu. Jasną część pora kroimy w cienkie krążki, marchew obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Na dużej i najlepiej głębokiej patelni (w ostateczności może być garnek) rozgrzewamy olej, po czym wrzucamy por, posiekany czosnek i marchewkę -dusimy przez około 10 minut co jakiś czas mieszając. Następnie dokładamy ugotowaną soczewicę i koncentrat pomidorowy. Na koniec solimy, pieprzymy, dodajemy 1 łyżeczkę tymianku, 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej oraz dolewamy wino. Farsz smażymy jeszcze przez 5-7 minut bez przykrycia co jakiś czas mieszając.

Na koniec

Naczynie żaroodporne olejujemy. Na dnie wykładamy 1/3 purée, tak by tworzyło zwarty spód. Następnie układamy farsz z soczewicą lekko przygniatając je łyżką,co spowoduje, że zapiekanka będzie zwarta. Na górę wykładamy resztę purée ziemniaczanego, w którym tworzymy wzorki widelcem (jak na załączonym zdjęciu). Całość posypujemy tymiankiem, rozmarynem i szczyptą gałki muszkatołowej. Pieczemy w 180° C przez około 40 minut do zarumienienia się zapiekanki. Serwujemy przyozdobioną świeżymi ziołami. Gotowe!

Zapiekankę można podawać z ulubionym sosem pomidorowym lub keczupem, ale jak dla mnie tworzy ona kompozycję, która nie wymaga dodatków, no może oprócz michy zieleniny :).

Smacznego!

kokosowo-pomidorowy dal z soczewicy

Namaste. Tyle ile gospodyń w Indiach tyle przepisów na dal, czyli indyjską potrawkę ze strączków (głównie z soczewicy lub grochu). Można przygotować go z wieloma wariacjami, z jarmużem, szpinakiem, dynią, czy bakłażanem, co może całkiem fajnie uzupełnić tą potrawę, aczkolwiek jestem propagatorem prostych i klasycznych rozwiązań jeśli są one rzeczywiście satysfakcjonujące. I tak też jest z poniższą wersją dala bez zbędnych dodatków, która w moim, moich bliskich oraz gości z OchAch i WCS dostała zielone światło.  Jest to niewątpliwie jedna z moich stałych i ulubionych pozycji obiadowych nie tylko ze względów czysto konsumpcyjnych, ale i procesu przygotowywania. Zważając na fakt, iż jest to danie jednogarnkowe, oznacza to tylko jedno: mało brudnych naczyń i uniknięcie doprowadzenia kuchni do stanu gorszego niż Ganges, co jest niepodważalnym argumentem optującym za przygotowywaniem tej potrawy przynajmniej raz w tygodniu.

Uwierzcie mi na słowo, że dal może nieźle rozhulać Wasze fantazje i wariacje związane z kuchnią orientalną, która wciąż u niektórych budzi niechęć.

Dal jest swego rodzaju ogniwem przełamującym lody z kuchnią indyjską, której z tego co słyszę wiele osób się boi, lub uważa się za zbyt słabych kucharzy na spotkanie z Indiami, jakoby była ona działem fizyki kwantowej, a to przecież tylko (i aż) kuchnia – eksperymentowanie, doświadczanie przyjemności, poznawanie, odkrywanie zmysłowe, podróżowanie ale też błądzenie, co jest ( super) naturalną rzeczą. Sama kiedyś miewałam kompleksy związane z przygotowywaniem innych potraw niż polskie, „bo może robię coś nie tak jak się powinno, bo nigdy tam nie byłam” – i co z tego? I to, z tego, że sami siebie ograniczamy i wprowadzamy w kompleksy. Kulinarnych kompleksów się pozbyłam, ale za to dużo więcej czytam, doświadczam i poznaję, a najwyżej raz na jakiś czas popełnię jakąś profanację – i co z tego, jak wyjdzie coś dobrego? 🙂 

Jeśli do potraw indyjskich zabieracie się, cytując klasyka, „jak pies do jeża”, a myśl o zmieszaniu więcej niż czterech rodzajów przypraw ze sobą (włączając sól, pierz,paprykę mieloną) przyprawia Was o dreszcze i powoduje wyrzut kortyzolu (tzw. hormonu stresu) to niewątpliwie powinniście ugotować sobie dala. Niech będzie on brudziem z kuchnią indyjską – inspirującą, efektowną, szybką, aromatyczną i pobudzająca zmysły.

A może nawet podwójnym brudziem z kuchnią indyjską i wegańską.

Składniki na 4-5 porcji:

1 paczka czerwonej soczewicy

4 pomidory świeże bez skórki lub 1 puszka pomidorów

1 puszka mleczka kokosowego (o składzie: ekstrakt z kokosa 80% + woda, innych mleczek nie polecam)

1 biała cebula

3 cebule dymki

2 ząbki czosnku

olej kokosowy nierafinowany

olej rzepakowy

3-4 liście kafiru (suszone liście limonki do kupienia w internecie, działach typu kuchnie świata, działach z produktami azjatyckimi)

1-2 łyżki ciemnego sosu sojowego

3-4 łyżki wiórek kokosowych+ wiórki do ozdoby

ok. 1,5 litra wody

świeża kolendra do ozdoby

mieszanka przypraw:

3-4 łyżeczki curry

1 1/2 łyżeczki kurkumy

1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki kuminu

1 łyżeczka słodkiej papryki

kilka szczypt chilli

sól, pieprz wedle uznania

opcjonalnie trochę syropu z daktyli/agawy/cukru brązowego jeśli dal będzie zbyt goryczkowy od curry i kurkumy.

Przygotowanie:

W dużym garnku rozgrzewamy olej rzepakowy, cebule drobno kroimy, podsmażamy na małym ogniu około 15 minut do całkowitego zeszklenia mieszając co jakiś czas. W międzyczasie dorzucamy liście kafiru, posiekany czosnek i wiórki kokosowe, a pod koniec duszenia pomidory.

W czajniku zagotowujemy około 1-1,5 litra wody. Kiedy cebula będzie wyraźnie zeszklona i zacznie gęstnieć  wsypujemy wcześniej opłukaną soczewicę, mieszamy, zalewamy gorącą wodą. Całość gotujemy około 20 minut do momentu, w którym soczewica zacznie robić się wyraźnie kremowa.

W trakcie gotowania dorzucamy mieszankę przypraw, sól i pieprz wedle uznania (uwaga: nie przesadzajcie z solą gdyż curry, mieszanka masala jak i sos sojowy też są słone), 1-2 łyżki oleju kokosowego dla wzmocnienia kokosowego smaku i sos sojowy.

Na sam koniec wlewamy mleczko kokosowe, wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy jeszcze przez 3-4 minuty. Dala najlepiej nakładać chochlą do głębokich talerzy, przyozdabiamy kleksem z mleczka kokosowego, szczyptą wiórek i świeżą kolendrą. Można go również delikatnie skropić sokiem z limonki.

Smacznego!

P.s. Dala często podaję z dodatkami takimi jak chlebek naan, pieczona kukurydza (przepis tutaj), czy aromatyczny ryż lub kasza bulgur. Będzie pysznie!