Follow Us

Copyright 2017 | Softset

kokosowo-pomidorowy dal z soczewicy

Namaste. Tyle ile gospodyń w Indiach tyle przepisów na dal, czyli indyjską potrawkę ze strączków (głównie z soczewicy lub grochu). Można przygotować go z wieloma wariacjami, z jarmużem, szpinakiem, dynią, czy bakłażanem, co może całkiem fajnie uzupełnić tą potrawę, aczkolwiek jestem propagatorem prostych i klasycznych rozwiązań jeśli są one rzeczywiście satysfakcjonujące. I tak też jest z poniższą wersją dala bez zbędnych dodatków, która w moim, moich bliskich oraz gości z OchAch i WCS dostała zielone światło.  Jest to niewątpliwie jedna z moich stałych i ulubionych pozycji obiadowych nie tylko ze względów czysto konsumpcyjnych, ale i procesu przygotowywania. Zważając na fakt, iż jest to danie jednogarnkowe, oznacza to tylko jedno: mało brudnych naczyń i uniknięcie doprowadzenia kuchni do stanu gorszego niż Ganges, co jest niepodważalnym argumentem optującym za przygotowywaniem tej potrawy przynajmniej raz w tygodniu.

Uwierzcie mi na słowo, że dal może nieźle rozhulać Wasze fantazje i wariacje związane z kuchnią orientalną, która wciąż u niektórych budzi niechęć.

Dal jest swego rodzaju ogniwem przełamującym lody z kuchnią indyjską, której z tego co słyszę wiele osób się boi, lub uważa się za zbyt słabych kucharzy na spotkanie z Indiami, jakoby była ona działem fizyki kwantowej, a to przecież tylko (i aż) kuchnia – eksperymentowanie, doświadczanie przyjemności, poznawanie, odkrywanie zmysłowe, podróżowanie ale też błądzenie, co jest ( super) naturalną rzeczą. Sama kiedyś miewałam kompleksy związane z przygotowywaniem innych potraw niż polskie, „bo może robię coś nie tak jak się powinno, bo nigdy tam nie byłam” – i co z tego? I to, z tego, że sami siebie ograniczamy i wprowadzamy w kompleksy. Kulinarnych kompleksów się pozbyłam, ale za to dużo więcej czytam, doświadczam i poznaję, a najwyżej raz na jakiś czas popełnię jakąś profanację – i co z tego, jak wyjdzie coś dobrego? 🙂 

Jeśli do potraw indyjskich zabieracie się, cytując klasyka, „jak pies do jeża”, a myśl o zmieszaniu więcej niż czterech rodzajów przypraw ze sobą (włączając sól, pierz,paprykę mieloną) przyprawia Was o dreszcze i powoduje wyrzut kortyzolu (tzw. hormonu stresu) to niewątpliwie powinniście ugotować sobie dala. Niech będzie on brudziem z kuchnią indyjską – inspirującą, efektowną, szybką, aromatyczną i pobudzająca zmysły.

A może nawet podwójnym brudziem z kuchnią indyjską i wegańską.

Składniki na 4-5 porcji:

1 paczka czerwonej soczewicy

4 pomidory świeże bez skórki lub 1 puszka pomidorów

1 puszka mleczka kokosowego (o składzie: ekstrakt z kokosa 80% + woda, innych mleczek nie polecam)

1 biała cebula

3 cebule dymki

2 ząbki czosnku

olej kokosowy nierafinowany

olej rzepakowy

3-4 liście kafiru (suszone liście limonki do kupienia w internecie, działach typu kuchnie świata, działach z produktami azjatyckimi)

1-2 łyżki ciemnego sosu sojowego

3-4 łyżki wiórek kokosowych+ wiórki do ozdoby

ok. 1,5 litra wody

świeża kolendra do ozdoby

mieszanka przypraw:

3-4 łyżeczki curry

1 1/2 łyżeczki kurkumy

1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki kuminu

1 łyżeczka słodkiej papryki

kilka szczypt chilli

sól, pieprz wedle uznania

opcjonalnie trochę syropu z daktyli/agawy/cukru brązowego jeśli dal będzie zbyt goryczkowy od curry i kurkumy.

Przygotowanie:

W dużym garnku rozgrzewamy olej rzepakowy, cebule drobno kroimy, podsmażamy na małym ogniu około 15 minut do całkowitego zeszklenia mieszając co jakiś czas. W międzyczasie dorzucamy liście kafiru, posiekany czosnek i wiórki kokosowe, a pod koniec duszenia pomidory.

W czajniku zagotowujemy około 1-1,5 litra wody. Kiedy cebula będzie wyraźnie zeszklona i zacznie gęstnieć  wsypujemy wcześniej opłukaną soczewicę, mieszamy, zalewamy gorącą wodą. Całość gotujemy około 20 minut do momentu, w którym soczewica zacznie robić się wyraźnie kremowa.

W trakcie gotowania dorzucamy mieszankę przypraw, sól i pieprz wedle uznania (uwaga: nie przesadzajcie z solą gdyż curry, mieszanka masala jak i sos sojowy też są słone), 1-2 łyżki oleju kokosowego dla wzmocnienia kokosowego smaku i sos sojowy.

Na sam koniec wlewamy mleczko kokosowe, wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy jeszcze przez 3-4 minuty. Dala najlepiej nakładać chochlą do głębokich talerzy, przyozdabiamy kleksem z mleczka kokosowego, szczyptą wiórek i świeżą kolendrą. Można go również delikatnie skropić sokiem z limonki.

Smacznego!

P.s. Dala często podaję z dodatkami takimi jak chlebek naan, pieczona kukurydza (przepis tutaj), czy aromatyczny ryż lub kasza bulgur. Będzie pysznie!

#SmakujTrójmiasto Asian Edition – warto smakować
smakuj trójmiasto

wystawcy

„Smakuj Trójmiasto” to jeden z głośniejszych cykli wydarzeń kulinarnych na terenie Gdańska. Odbywają się one w miejscu, które istnieje od momentu, kiedy zaczęłam studia w Trójmieście i tym samym mam do niego niemały sentyment. Mowa oczywiście o sławnym Starym Maneżu – uważam, że jest to fantastyczny punkt nie tylko ze względu na dużą, dobrze zagospodarowaną przestrzeń, ale też świeże, nowoczesne wnętrze, które jest idealnym tłem do tego typu eventów. W pewnym momencie trwania imprezy Maneż, mimo swojej okazałości, serialnie pękał w szwach do tego stopnia, że nie lada wyzwaniem było wciągnięcie zupki PHO bez wylewania jej sobie na buty ponieważ ludzie byli wszędzieeeee! A może to tylko moja zgrabność słonia w składzie porcelany nie pozwoliła mi tak kulturalnie zjeść sobie w tłumie? Niektórym się to udawało – tu duże gratulacje za refleks w poszukiwaniu wolnego miejsca przy stoliku i omijaniu labiryntu ludzi 🙂 .

Stwierdziłam, że na takie imprezki będę chodzić wraz z jej rozpoczęciem, a nie w godzinach szczytu, czyli w tym wypadku mniej więcej o piętnastej, kiedy to każdy myśli co by tu opierdzielić na obiad. Tylko co wtedy, kiedy każdy będzie chciał przyjść tak na początku? Jedno jest pewne – „Smakuj Trójmiasto” to gorący punkt w kalendarium kulinarnego Trójmiasta, ludzie chcą wychodzić z domu, chcą fajnie spędzać wolny czas, chcą próbować niecodziennych smaków, chcą być częścią takich inicjatyw i to mnie niezmiernie cieszy.

„Smakuj Trójmiasto” jest pomysłem, któremu szczególnie kibicuję ze względu na to, że wspiera lokalnych przedsiębiorców – daje możliwość

chiny

chińskie akcenty

pobliskim restauracjom, manufakturom, wytwórcom etc. na to aby przybliżyć uczestnikom swoją działalność, produkt, a często nawet filozofię i przekazać ogrom wiedzy – to wszystko w jednym miejscu, w jednym czasie. Fizycznie nigdzie indziej nie mielibyśmy możliwości tak szerokiego rozeznania się w temacie niż na festiwalu, gdzie wszystko mamy podane kompleksowo. Według mnie jest to dobra, uczciwa i nienachalna reklama, ponieważ to my sami decydując się na zakup wejściówki i uczestnictwo w imprezie chcemy ich poznać.

Azjatycka edycja jest szczególnie ciekawa ze względu na szansę poznania egzotycznych, orientalnych składników, potraw, z którymi na co dzień nie mamy do czynienia, nie mamy możliwości kupić, których troszeczkę się cykamy i jesteśmy sceptycznie nastawieni, a z resztą i tak nie bardzo wiemy jak je łączyć i od której strony je w ogóle ugryźć. Czymś, co bardzo cenię jest możliwość spróbowania niemal wszystkiego przed zakupem – podczas tej edycji skosztowałam wielu nieznanych mi do tej pory smaków – nieznanych, bo czasem po prostu, po ludzku boję się i nie chcę wydawać dwudziestu lub więcej Polskich Złotych na egzotyczny owoc o dziwnej nazwie, którego ani smaku, ani konsystencji nie znam. Pamiętam jak z dobrych dwanaście lat temu za horrendalną sumę kupiłyśmy z mamą kokosa i nawet nie wiedziałyśmy jak go otworzyć ani co z nim zrobić, a kiedy w końcu po długim czasie zdobyłyśmy się na odwagę okazał się być zepsuty i okropny. Teraz wprost za nim szaleję, bo umiem go otwierać i wiem jak go wykorzystać.

Wracając do festiwalu, dzięki wystawcom „Owoce Do Biura” miałam okazję spróbować tamaryndowca indyjskiego, kumkwatu i piatji (smoczy owoc) po raz pierwszy – szczególnie zasmakował mi kumkwat i tamaryndowiec – na pewno je kupię. Zjadłam ciekawą w smaku anyżową zupę Pho od „Vegan Port”, indyjskie pierożki samosa, oryginalny hinduski chlebek naan, kupiłam nieziemsko pyszne kimchi ukiszone przez „Zakwasownię”, które właśnie wyjadam ze słoika (wiadomo, że prosto ze słoja najlepiej smakuje), dorwałam pyszne suszone owoce, świeże zioła (jeszcze trafiłam na promkę 3 w cenie 2, ponieważ Panie się już zwijały).

tamarynd

tamarynd

kimchi

kimchi

zupa Pho

zupa Pho

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Smakuj Trójmiasto” to nie tylko jedna wielka gastrofaza i latanie od stoiska do stoiska. Podczas trwania imprezy odbywają się również tematyczne warsztaty, prelekcje, występy, z których każdy może wynieść nie tylko łup konkursowy, ale i dawkę wiedzy, czy inspiracji. Uważam, że jest to wspaniałe urozmaicenie ponieważ lubię wychodzić z takich miejsc nie tylko bogatsza o parę centymetrów w pasie ale i dozę ciekawych, przydatnych informacji. 🙂

egzotyczne owoce

suszone owoce m.in. papaja, kakao, kiwi, mango

 

Co tu dużo gadać – lubię taki klimat, bazarowy, targowy, gdzie mam bezpośredni kontakt ze sprzedawcą, z drugim człowiekiem, kocham cieszyć oko tymi wszystkimi pięknymi wystawami, potrawami, lubię patrzeć na ludzi przygotowujących potrawy. Uważam, że takie inicjatywy są potrzebne, że trzeba wychodzić z domu, poszerzać horyzonty, zawierać znajomości poprzez bezpośredni kontakt, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać i być wśród ludzi! Bardzo szybko wczuwam się w rytm i pozytywną, przyjazną atmosferę, wsiąkam dobrą energię jak gąbka. Wtedy wracam do domu zadowolona i… spłukana! Ale czy to na prawdę najważniejsze? Kolekcjonowanie dobrych momentów, spełnianie swojej pasji, to są rzeczy ważne, bezcenne i cieszę się, że mam możliwość aby tak sądzić i to robić.

Do zobaczenia podczas kolejnych edycji Smakuj Trójmiasto!

 

 

 

smakuj trójmiasto

tłumy w „godzinach szczytu”