Kocham ją za piękne kształty, ciepły kolor skórki, za bogate wnętrze, za smak i za to, że nawet najbardziej ponury październikowy dzień dzięki niej staje się weselszy, jakiś taki łatwiejszy do zniesienia. I wcale nie mówię tu o żadnej ludzkiej kobitce, bo w sumie lubię facetów. Nasze jesienne słonko – dynia, jeden z powodów dla którego nie narzekam na tą porę roku. Dla mnie, pod postacią kremowej, pomarańczowej zupy jest najbardziej rozgrzewająca i zbawienna. Wiecie jak to jest, po całym dniu walki z pierwszymi zimnymi, żywiołami, które czyhają poza ścianami naszych wyposażonych w centralne ogrzewanie (THANKS GOD) grajdołków, jedyne o czym marzę to dorzucenie do pieca (czyt. brzucha, żołądka) trochę opału, bo robi się srogo. Mi nawet CO już nie wystarcza, więc dogrzewam się od środka. Niech ten dyniowy krem będzie i Waszym opałem na niesprzyjające dni.

Rozgrzewający krem z dyni olbrzymiej

dynia

Składniki (na około 3-4 porcje)

1 kg dyni (surowej, obranej, pokrojonej w kawałki)

400g ziemniaków (ok. 3-4 duże)

2 cebule

2 ząbki czosnku

250 ml mleka kokosowego (gęsta część)

olej

2 – 2 1/2 szklanki wody (można więcej – w zależności jak gęsty krem lubicie)

pół łyżeczki gałki muszkatołowej

1 łyżeczka kurkumy

kmin rzymski (parę szczypt do smaku)

pieprz Cayenne (ostrożnie z ilością, pali!)

2 listki laurowe

3-4 ziarenka ziela angielskiego

wędzona papryka (opcjonalnie)

pestki dyni do ozdoby

sól

pieprz

Wykonanie

Obraną ze skórki, wydrążoną i pokrojoną w kawałki dynię pieczemy na blaszce wyłożonej pergaminem w piekarniku rozgrzanym do 180-200°C przez około 20 minut, do zmięknięcia. Obieramy i kroimy resztę składników, czyli cebulę, czosnek i ziemniaki.

W średnim garnku (3-4 l) rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę do zeszklenia co jakiś czas mieszając. Pod koniec smażenia dodajemy czosnek, następnie wlewamy wodę, dorzucamy ziemniaki, liście laurowe, ziele angielskie i sól. Kiedy ziemniaki już zmiękną czas na najważniejszy ruch – do gara wrzucamy upieczoną, słodziutką dynię. Nie zapominamy o wlaniu mleczka kokosowego, ale jakoś wolę zrobić to po zblendowaniu ostygniętej zupy. Ja nie wyciągam ani ziarenek ziela, ani listków laurowych – blenduję je razem z resztą składników.

Nasz krem doprawiamy wyżej wymienionymi przyprawami, z doświadczenia radzę kierować się raczej własnymi preferencjami niż podanymi przeze mnie ilościami przypraw, ale jedno jest pewne – uważajmy, żeby nie przedobrzyć z ich ilością, przecież nie chcemy zabić smaku dyni tylko go wzbogacić :).

Podajemy na gorąco z pestkami dyni, wędzoną papryką i mleczkiem kokosowym zastępującym śmietankę.

Róbcie koniecznie póki trwa sezon!

zupa krem z dyni