Słodko-słony fistaszkowiec z masłem orzechowym

Pierwowzorem i inspiracją do powstania tego ciasta był Snickers z przepisu Oli Raduły (Ola Organic), który poznałam podczas warsztatów z pieczenia wegańskich ciast (klik) . Jak widać nauka nie idzie w las, oczywiście nie chwaląc się (hehe), wykombinowałam coś na prawdę pysznego, zdrowego i pożywnego. To ciasto jest bombą kaloryczną, jednak są to kalorie w pełni wartościowe, a nie puste tak jak w przypadku konwencjonalnych ciast. Na dowód czego po zjedzeniu jednego kawałka poczujesz się po prostu najedzony, a chęć na słodkie mija, a nie się wzmaga. Kiedy zaserwowałam to ciasto w niedzielę w ramach poobiedniego deseru do kawy wszyscy zjedli tylko po małym kawałku ponieważ było ono tak sycące. Następnego dnia zastąpiło ono moje drugie śniadanie, szaleństwo co? Ciasto na drugie śniadanie, kto to słyszał. A jednak dzięki bogatemu spodowi, treściwej masie z kaszy jaglanej i mleka kokosowego oraz masłu orzechowemu jeden mały kawałek może dodać kopa na długi czas. Co jest niezwykle istotne podczas mroźnych grudniowych dni aby nasze brzuchy miały dobrej jakości paliwo do wytworzenia energii i ciepełka 🙂 . Musicie koniecznie go spróbować. Dodając korzenne przyprawy nadacie mu akcentu zimowego, świątecznego. Dodatkowo zachęcam Was do kupienia paczki niesolonych orzeszków ziemnych i samemu wykonać 100% masło orzechowe, które jest banalnie proste i szybie, jednak wymaga dostępu do blendera lub młynka kawowego o dużej mocy, jak większość moich przepisów. Dzięki temu unikniecie spożywania zupełnie niepotrzebnych dodatków do żywności w postaci oleju palmowego, syropu glukozowego czy cukru, które kryją się w dostępnych na półkach sklepowych tańszych masłach orzechowych o słabej jakości, często mają one mniej niż 70% orzeszków. Zawsze czytajcie składy, resztę wskazówek znajdziecie poniżej w przepisie. Do dzieła!

Popołudniowa kawa z kawałkiem ciasta nigdy wcześniej nie była tak smakowita… 🙂

fistaszkowiec z masłem orzechowym

Składniki na blaszkę 30×25 cm

Spód:

  • 3 łyżki mąki ryżowej
  • 3 łyżki mąki kokosowej
  • 2 łyżki siemienia lnianego mielonego
  • 1 łyżka ziaren siemienia lnianego
  • 4 łyżki fistaszków (orzeszków ziemnych)
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • około 150-200 ml wody

Krem jaglany:

  • 200 g / 2 torebki kaszy jaglanej
  • 400 ml puszka mleczka kokosowego (stała, gęsta część)
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • 4 łyżki ksylitolu
  • kilka szczypt gałki muszkatołowej
  • 1 łyżka skrobi ziemniaczanej

Warstwa masła orzechowego (składniki na domowe masło orzechowe):

  • 1 szklanka fistaszków
  • 1 łyżka oleju rzepakowego
  • parę szczypt soli himalajskiej
  • gałka muszkatołowa
  • imbir mielony

Polewa:

  • 1 czekolada (wedle uznania mleczna lub gorzka)
  • 3-4 łyżki masła orzechowego (najlepiej domowe)
  • parę szczypt soli himalajskiej do posypania

Wykonanie

Spód

Piekarnik rozgrzewamy do 180°C. Wszystkie sypkie produkty wkładamy do miski, dodajemy olej kokosowy i wodę. Następnie dokładnie mieszamy, jeśli masa jest zbyt sucha wlewamy więcej wody i blendujemy na gładką masę, która powinna być gliniasta i zwarta, aczkolwiek lekko wilgotna. Ciastem wyklejamy dno blaszki, ugniatamy, tak by tworzyło jednolitą warstwę. Pieczemy prze około 10-15 minut, do momentu, aż spód będzie zwarty, lekko zarumieniony, ale niezupełnie twardy. Odstawiamy do wystygnięcia. W międzyczasie oczywiście przygotowujemy resztę części ciasta.

Krem jaglany

Kaszę jaglaną gotujemy na mleku roślinnym lub wodzie, radzę lekko ją rozgotować, wtedy zblenduje się na gładszy krem. Następnie dodajemy do niej gęstą część mleczka kokosowego, łyżkę oleju kokosowego, ksylitol lub inne ulubione słodziwo, gałkę muszkatołową oraz łyżkę skrobi (dzięki niej krem będzie zwarty). Wszystko blendujemy, radzę uzbroić się w cierpliwość i dość długo miksować składniki, aby masa była jednolita i bardzo kremowa, wtedy będzie na prawdę pyszna.

Masło orzechowe

Jeśli nie macie odpowiednio silnego blendera lub młynka do kawy możecie użyć gotowego masła orzechowego ze słoika, jednak pamiętajcie by wybierać produkty, które w składzie zawierają same orzeszki, ewentualnie olej (ale nie palmowy!) i sól. Niestety na rynku większość maseł orzechowych pozostawia wiele do życzenia i są napakowane wieloma zbędnymi substancjami dlatego ja zawsze mam w szafce paczkę niesolonych fistaszków, z których blenduję domowe masełko. Nic prostszego, wystarczy tylko zmielić orzeszki z dodatkiem łyżki oleju rzepakowego w blenderze kielichowym, młynku do kawy, lub zwykłym blenderem ręcznym. W zależności od mocy blendera należy blendować około 5-10 minut do uzyskania konsystencji masła. Zachęcam Was wszystkich do robienia domowego produktu, jest o niebo lepszy niż ten kupny.

Polewa

W kąpieli wodnej z odrobiną mleka roślinnego lub wody rozpuszczamy czekoladę, którą na końcu polewamy ciasto. Dokładamy parę łyżek masła orzechowego, aby stworzyć mozaiki i ciekawy wygląd ciacha.

 

Ostygnięty spód smarujemy warstwą masła orzechowego, posypujemy całość paroma szczyptami gałki muszkatołowej i imbiru, które podrasują naszego fistaszkowca. Następnie wylewamy krem jaglany, a na samym końcu polewamy płynną czekoladą i dodatkowym masłem orzechowym, na wierz sypiemy orzeszki do ozdoby i posypujemy szczyptą soli himalajskiej. Teraz czas na leżakowanie, niestety ciacho musi przespać się parę godzin w lodówce, aby było idealnej konsystencji i łatwe do krojenia. Jak ja dałam radę wytrzymać to Wy też. 😉

Gotowe! Wiecie co? To wcale nie jest takie ciężkie jak się wydaje! No i ten smak… Bajka.

fistaszkowiec z masłem orzechowym

szybka sałatka z brokułem i batatem najlepsza na wszystko

Co przychodzi Wam do głowy kiedy słyszycie hasło „sałatka”? Warzywna z całym słoikiem kieleckiego czy tam pomorskiego? Tuńczyk z ryżem, ananasem i kukurydzą, plus oczywiście słoik majonezu? Czy może jeszcze inne klasyki, które jak wszyscy doskonale wiemy są najczęstszym powodem niestrawności i złego samopoczucia na dzień po dobrej imprezie (hehe, jeśli wiesz co mam na myśli). I pewnie byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie mały fakt, że od imprezowych sałatek jednak kaca się nie ma, nazywajmy rzeczy po imieniu (a piątek, piąteczek i „łykend” za pasem). Do czego zmierzam? A no do tego, że każdy mit ma w sobie małe ziarenko prawdy. Przecież w tak starym, wyświechtanym jak świat żarciku o szkodliwych sałatkach na zakrapianych spotkaniach musi coś być. Dlaczego nie zrzucamy wszystkiego na schabowe, albo mielone tylko akurat na groszek w jarzynowej? No właśnie. Ja często tak mam, że nasza ulubiona, przejedzona i zmechacona jak stary sweter za trzy dychy na promo z „Haędemu” krajowa warzywna po prostu leży mi godzinami na żołądku i ni ciula nie pomagają wtedy żadne herbatki ziołowe, kadzidełka, nacieranie brzucha błotem, tańce plemienne czy inne szamańskie rytuały. Po prostu jest dla mnie zbyt ciężka i strawienie jej zajmuje długie godziny – życie, nie ma „letko”. Dlatego właśnie kombinuję z różnymi innymi, bardziej przyjaznymi dla układu trawiennego kompozycjami, które zarówno są sycące i łatwostrawne, a po ich zjedzeniu brzuch wygląda raczej normalnie a nie jak przy dwudziestomiesięcznej słoniowej ciąży (nie chcę obrazić słoni, tylko nadać dramatyzmu sytuacji). 

Wiecie jak to jest kiedy człowiek się stara, szuka czegoś kunsztownego, nad wyraz oryginalnego, wymyśla na siłę, bo na insta koniecznie musi być ładne jedzonko, bo chce się wykazać, ma ambicje, to nic z tego nie będzie, czapa. Miałam tak ostatnio z takim jednym przepisem, drogi, trudny, „wiecie czego” nie urywał no i właśnie czapa. A  ja wychodzę do Was z przepisem sprawdzonym, banalnym w przygotowaniu, zrobionym z łatwo dostępnych produktów, które niemniej jednak są świeże, ciekawe i oryginalne w smaku, a do tego super zdrowe i kolorowe – o kolorki w tym pochmurnym okresie musimy dbać! Tak jak wspominałam w hummusowym poście (o tutaj).

Ta sałatka z brokułem i batatem, jest moim i będzie Twoim nowym hitem! Serio mówię, a przygotowałam ich już dosyć sporo jak na swoje krótkie 21 letnie życie. Zabieram ją w pudełku na uczelnię, wcinam na śniadanie, na kolację, kiedy dopadnie mnie mini głodek, albo ten większy. Robię jeśli mam niezapowiedzianych gości, bo jest szybka i łatwa (ostatnio z jarzynówką paprałam się chyba z półtora godziny przed „Wszystkich Świętych” – nigdy więcej). Oczywiście stworzona na tak zwanym momencie z tego co akurat było pod ręką – mój klucz do udanego dania. Bardziej chyba wychodzi mi spontaniczne działanie niż zaplanowane, nie czuć wtedy presji.

Dlatego tu i teraz ZACHĘCAM wszystkich miłośników sałatek klasycznych, majonezu i kurczaka, hejterów sałatek, hejterów warzyw, a w szczególności batatów oraz tych którzy w sałatkach i lunch box’ach są zakochani, do wypróbowania tego przepisu, bo wyrwie Was z klapek. Dziękuję. Koniec.

Składniki na miskę sałatki

1 brokuł (ok. 500g)

1 duży batat, bądź 2 mniejsze (ok. 400g)

1 woreczek / 100 g / ok. pół szklanki kaszy jaglanej

1/2 dużej puszki kukurydzy lub 1 mała

3 łyżki słonecznika

1 mała czerwona cebula

Mały pęczek kolendry

3-4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

2-3 łyżki octu winnego

Pieprz mielony i gruboziarnisty (ten drugi możesz pominąć, jeśli nie masz)

Sól

sałatka z brokułem i batatem

Sałatka z brokułem i batatem

Wykonanie

Na małym gazie, w osolonej wodzie gotujemy kaszę jaglaną (pod przykryciem, nie mieszamy podczas gotowania). Brokuła dzielimy na małe różyczki, batata obieramy, i kroimy w dość drobną kostkę. Pamiętajcie aby opłukać je wodą! Tak przygotowane, lekko osolone warzywa gotujemy pod przykryciem na parze – pierwsze wrzucamy bataty, a po 5ciu minutach dodajemy brokuła, następnie czekamy do chwili aż oba składniki zmiękną (około 10 minut). Cebulę obieramy, kroimy na cienkie krążki, które moczymy w occie winnym w celu nasiąknięcia aromatem – mówię Wam to jest sekret tej sałatki 🙂 . Słonecznik prażymy na patelni, lepiej nie ustawiać dużego gazu, co jakiś czas mieszamy, uważajcie aby wychwycić ten moment, w którym ziarna są pięknie złociste, a nie ciemnobrązowe, lub już nawet czarne, czuć wtedy smak spalenizny. Teraz komponujemy sałatkę. Ostudzoną kaszę mieszamy z olejem, pieprzem, kolendrą, kukurydzą i cebulą, dodajemy chłodnego batata i brokuł, następnie posypujemy całość prażonym słonecznikiem i pieprzem gruboziarnistym, jeśli sałatka wydaje się Wam za sucha dolejcie więcej oleju. Wasza szybka sałatka z brokułem i batatem jest już gotowa. Widelce w dłoń.

Smacznego i na zdrowie!

sałatka z brokułem i batatem

Pieczona dynia faszerowana jarmużową jaglanką

Zawsze wiedziałam, że dynia posiada bogate wnętrze (poniżej niepodważalny dowód). Do tego ma tak wszechstronne zastosowanie, sami przyznajcie. Bo jak tu jej nie kochać, skoro może być wszystkim – nawet jadalnym naczyniem.

Znacie zasadę synergii? To wtedy, kiedy 2+2=5. Obie składowe, czyli w tym wypadku pieczona dynia i nadzienie, osobno smakują dobrze, ale po połączeniu sił wracają ze zdwojoną siłą, stają się k o m p l e t n ą bombą smaku. Wszyscy znamy i lubimy faszerowane cukinie, papryki, czy ziemniaki, ale to jest n a j l e p s z e nadziane warzywo z n a j l e p s z y m farszem, jakie dotąd jadłam – przebija wszystkie poprzednie. Przepis broni się sam. Bez zbędnej gadki. Sprawdźcie sami.

pieczona dynia faszerowana

Pieczona dynia faszerowana

Składniki na 2 średnie dynie hokkaido (po około 1,5 kg każda, lub 3 mniejsze)

Dynie:

2-3 ząbki czosnku

rozmaryn

ulubiony olej (np. rzepakowy)

Farsz:

około 1 szklanki kaszy jaglanej (200g/2 woreczki)

3 duże liście jarmużu (około 200g)

1/2 słoika suszonych pomidorów (około 150g)

1 łyżeczka (lub więcej) przyprawy Garam Masala, ewentualnie innej ulubionej arabskiej mieszanki

1 łyżeczka słodkiej papryki

szczypta pieprzu cayenne

parę szczypt gałki muszkatołowej

sok z niecałej połowy cytryny

prażone pestki dyni do ozdoby

sól

pieprz

olej rzepakowy do smażenia (możecie wlać nieco więcej niż zwykle, nie chcemy, by farsz był za suchy)

Wykonanie

Dynie:pieczona dynia

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C. Dynie myjemy, obcinamy „kapelusik”, dużą łyżką wydrążamy łykowatą część i pestki. Oczyszczone dynki układamy wraz z obciętymi, górnymi częściami na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Od środka smarujemy je przeciśniętym przez praskę czosnkiem wraz z ulubionym olejem, posypujemy solą, pieprzem i rozmarynem. Pieczemy przez około 20-25 minut – do miękkości miąższu. Pamiętajmy, że dynie hokkaido są takie super, że nie trzeba obierać ich ze skórki! 🙂

 

 

 

Farsz:

farsz

Kaszę jaglaną gotujemy (nie mieszamy podczas gotowania, aby nie zrobiła się ciapka) przez około 10 minut do całkowitego wchłonięcia wody. Na patelni rozgrzewamy olej rzepakowy, smażymy posiekany jarmuż przez około 10 minut do miękkości, najlepiej smażyć pod przykrywką, aby nie uciekła zbyt duża ilość wody. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojone pomidory oraz ugotowaną kaszę jaglaną, przyprawiamy, dodajemy sok z cytryny i mieszamy dokładnie wszystkie składniki. Nasz farsz jest już gotowy.

Nadziewamy upieczone, jeszcze ciepłe dynie. Posypujemy pestkami, zakładamy kapelusik i zabieramy się do pałaszowania. 🙂

 

Malinowa tarta z kremem czekoladowo jaglanym

 Jestem łasuchem, kompletnym Kubusiem Puchatkiem. Dlatego nie wyobrażam sobie, gdyby pierwszym wpisem (szooook, pierwszy wpis, mam tremę!) byłoby coś innego niż słodyczek :). Słodyczek, a właściwie ciasto dość alternatywne i budzące pewną konsternację, ale główna degustatorka (czyt. królik doświadczalny) moich roślinnych wariactw i nadworny „masterczef” – MAMA dała zielone światło tej oto malinowej tarcie, na totalnie nietypowym kruchym spodzie z przepysznym jaglanym kremem – zero jajek, zero masła, zero białego cukru i do tego bez pieczenia – szok co? Oby Was to nie zniechęciło, o nie, wręcz przeciwnie zachęcam wszystkich do kombinowania ze zdrowymi deserami czyniąc je bardziej odżywczymi. Niech ta tarta będzie jedną z inspiracji, których tutaj nie zabraknie, obiecuję. Zjadłam pół blaszki sama i nawet nie miałam wyrzutów sumienia – czy powinnam?

Składniki (na blachę o średnicy 30 cm)

kruche ciasto  

1 szklanka mąki jaglanej

¾ szklanki mielonych migdałów

¾ szklanki mąki kokosowej

2 duże łyżki kakao

2 banany

100g daktyli

krem

1 tabliczka gorzkiej czekolady (minimum 70% kakao)

80g daktyli

1 szklanka kaszy jaglanej

2-3 łyżki ksylitolu

1/3 szklanki mleka roślinnego

3 łyżki skrobi ziemniaczanej

1 śmietanfix (skrobia+glukoza, można pominąć)

Parę szczypt chili (w zależności od tego jak bardzo jesteście wrażliwi na ostry smak)

1 słoiczek dżemu malinowego (użyłam domowego dżemu z mojego przepisu)

Maliny do dekoracji

Liście świeżej mięty (opcjonalnie)

Wykonanie

Kruche ciasto

Daktyle zalać gorącą wodą i pozostawić do zmięknięcia (zarówno te na ciasto jak i na krem).

Do dużej miski wsypujemy migdały, mąkę kokosową, mąkę jaglaną oraz kakao. Zawartość miski mieszamy dokładnie, tak aby całość przybrała czekoladowy kolor kakao.

Kiedy daktyle zmiękną, blendujemy je na gładką masę wraz z obranymi i pokrojonymi bananami, następnie łączymy z suchą zawartością miski.

Ugniatamy nasze ciasto do uzyskania gliniastej konsystencji (jeśli masa jest zbyt sucha można dodać więcej bananów, lub ostrożnie dolać niewielką ilość wody, czy mleka roślinnego).

Formę do tarty o średnicy 30 cm wylepiamy ciastem zaczynając od boków, a następnie dno.

Możecie spróbować podpiec ciasto przez parę minut w 180°C jeśli macie wątpliwości co do tego, czy będzie ono zwięzłe, ale wtedy może ono stwardnieć na tyle, że ciężko będzie się kroić (ale łatwiej jeść, jak pizzę :P). Eksperymentujcie i nie bójcie się ryzyka!

Krem

Na małym gazie, pod przykryciem gotujemy kaszę jaglaną  w proporcji 1:2 na wodzie, lub mleku roślinnym przez około 15-20 minut (polecam delikatnie rozgotować kaszę, tak by krem łatwiej się blendował, dzięki temu unikniemy niechcianych grudek). Następnie pozostawiamy do ostygnięcia.

Rozgotowaną kaszę i daktyle blendujemy na bardzo gładką masę.

W rondelku, na małym gazie, podgrzewamy 1/3 szklanki mleka roślinnego, rozpuszczamy w nim 2 łyżki ksylitolu oraz drobno połamaną czekoladę cały czas mieszając aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Pozostawiamy  do przestygnięcia.

Zblendowaną kaszę z daktylami łączymy z roztopioną masą czekoladową, następnie miksujemy dodając w trakcie śmietanfix oraz skrobię ziemniaczaną. Nasz krem jest już gotowy.

Spód tarty hojnie smarujemy dżemem malinowym, wylewamy krem, posypujemy chili, a na koniec dekorujemy malinami i (opcjonalnie) liśćmi świeżej mięty. Wkładamy do lodówki.

Teraz tylko musimy przez dłuższą chwilę uzbroić się w cierpliwość, aby dać szansę kremowi porządnie się ściąć pod wpływem niskiej temperatury (łatwiej będzie się wtedy kroić).

Tartę przechowujemy w lodówce. Najlepiej będzie jeśli zjecie ją w przeciągu dwóch, maksymalnie trzech dni, ale jestem przekonana, że z tym nie będzie najmniejszego problemu.

Dobrej zabawy i smacznego!

P.S. Nie zapomnijcie oblizać łyżki i miski po kremie!