letnie risotto ze szparagami i groszkiem

Bo w risotto najważniejszy jest ryż… I kilka innych niuansów, które sprawią, że to danie stanie się czymś więcej niż tylko obiadem. Pamiętając, że jest to jedynie domowe gotowanie (ale prosto z serduszka) wiem, że nie osiągnę kunsztu profesjonalisty, aczkolwiek staram się, by przygotowane dania były z odpowiednich produktów, które nie zakrawają na profanację (mam nadzieję, że mi to wychodzi mniej lub bardziej). Dlatego też w kuchni oprócz wyobraźni, czy finezyjności (jak ja nie lubię tego słowa) ważne są zasady. W tym wypadku zasady nie są po to żeby je łamać, tylko po to, by przestrzegać, bo to są smakowite zasady.

Ryż, nie jaśminowy, nie basmati ani nie daj panie paraboiled, ale iście włoska odmiana Carnaroli lub Arborio, które podczas gotowania chłoną smaki jak gąbka, robią się kremowe na zewnątrz (dziękujemy skrobi, że istnieje), a w środku pozostają nierozgotowane. Przyznam, że portugalski Carolino też zrobi dobrą robotę i  osiągnie dobrą konsystencję oraz wspaniale wchłonie aromaty.

Bulion. Dobry bulion to sekret i każda gospodyni ma swoją ściśle tajną, niczym skład Coca – Coli, recepturę. Jedne robią go na bazie drobiu, inne używają samych warzyw, a jeszcze inne, te zabiegane zalewają po prostu 2 kostki bulionowe wodą i ten proceder wcale nie musi mieć dramatycznego zakończenia. Owszem, uważam, że w restauracyjnych warunkach byłoby to co najmniej niewłaściwe, ale w domu? C’mon  nie zawsze mamy czas i chęci na kilkugodzinne gotowanie bulionu. Kilkakrotnie przygotowywałam już w ten sposób risotto na stancji i też było okej. Wiadomo, że studenckie, szybkie gotowanie rządzi się swoimi prawami. Jedno jest pewne, bulion musi być dobrze doprawiony i intensywny.

Tłuszczyk. Nie bój się tłuszczu. Każdy wie, że przetworzone jedzenie i brak ruchu (w bardzo dużym uproszczeniu) są odpowiedzialne za te nadprogramowe kilogramy. Powinna być oliwa, ale ja na niej nie lubię smażyć, więc używam dobrego oleju (kujawski będzie okej, really) na którym podsmażam cebulę – koniecznie musi być zeszklona cebula zwyczajna, lub szalotka – jak wolisz. Masełko, nie jeden wegetarianin nie jest w stanie przejść na weganizm z jego powodu. A nie jeden weganin śni o nim po nocach. Na szczęście lub nieszczęście ja nie mam tego problemu i dodaję je w trakcie gotowania w celu nadania cudownego, maślanego smaku. Dżizaaaas takkk… Kto by nie dał się pokroić dla masełka…

Wino, nie marki wino. Białe, wytrawne, użyj pół szklanki lub więcej jak lubisz, tylko dobrze odparuj, a resztę zaserwuj w lampce – będzie idealnym zwieńczeniem wieczoru i dodatkiem do risotto.

Parmezan. Bez parmezanu to nie robota. Dziewięć wieków serowarstwa. Kochane Parmigiano Reggiano i koniecznie oryginalne. Wsadziłabym do więzienia wszystkich podróbkowiczów Parmigiano Reggiano. Chcesz mieć pewność, że kupujesz produkt oryginalny? Kupuj z certyfikatem. Na przykład takim jak na załączonym zdjęciu obok – unijny ChNP (Chroniona Nazwa Pochodzenia). O certyfikatach żywności tradycyjnej i regionalnej więcej dowiecie się tu. Może by tak artykuł na ten temat?

Dodatki. Tutaj sprawa jest prosta i sezonowa białe szparagi i zielony groszek.  Taka sezonowa jestem, że dodałam mrożony, bo nie mam świeżego, ale co tu gadać i wydziwiać kiedy i tak jest pysznie.

Serduszko. Musi być serduszko. Risotto to Włochy. Włosi kochają jedzenie. Włosi myślą ciągle o jedzeniu. Włosi są jedzeniem. Bądź jak Włosi. Dodaj serduszko.

Składniki na dużą patelnię

250 g ryżu  Carnaroli, Arborio lub Carolino

1 pęczek białych szparagów (umyte, ubrane ze skórki, pokrojone)

1 opakowanie (450 g) groszku mrożonego (rozmrożonego 😉 )

1 cebula biała

pół szklanki wytrawnego białego wina

1 l bulionu warzywnego (leniuszki mogą zrobić go z kostki)

olej

sól, pieprz

parmezan

1 łyżka masła (opcjonalnie)

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej, smażymy drobno posiekaną cebulę, którą podsmażamy. Następnie wsypujemy surowy ryż i mieszamy przez chwilę, tak by ryż wchłoną trochę oleju. Dolewamy wino, które redukujemy (odparowujemy, tak by pozostał jedynie aromat). Całość podlewamy bulionem (około 1 szklanka / chochla na „podlanie”) i mieszamy na małym ogniu aż do wchłonięcia płynu przez ryż – czynność powtarzamy kilkukrotnie do prawie całkowitego zużycia bulionu – zostawiamy około 1 chochli płynu, którą wykorzystamy pod koniec gotowania. Jeśli ryż zrobił się już wystarczająco miękki i kremowy dodajemy masło, obrane ze skórki i pokrojone szparagi oraz rozmrożony groszek, podlewamy resztą bulionu i znowu mieszamy do chwili aż szparagi oraz groszek zmiękną. Doprawiamy solą i pieprzem wedle uznania. Przed podaniem posypujemy hojnie lub mniej hojnie parmezanem dobrej jakości.

 

Uwaga! Najlepiej smakuje z białym, schłodzonym winem wytrawnym. Może być to, które użyliście do podlania risotto.

Smacznego!

 

 

deserowe ciasteczka owsiane

Chyba zrobiłam ciastka, które są spełnieniem marzeń wszystkich bezglutenowców, bezlaktozowców, bezcukrowców, bezjajowców i tym podobnych – wiecie o co chodzi.  Jestem przekonana, że typowi zjadacze chleba, glutenu, słodyczy, czy kiełbaski również nie będą zawiedzeni. Te ciasteczka zadowolą po prostu każdego (jakkolwiek by to nie brzmiało). I jakby tego było mało to osiągnięcie takiego efektu wcale nie kosztowało mnie ogromnych nakładów pracy ani czasu, bo z nim ostatnio jest ciężko. Poniższy przepis podobnie jak reszta jest po prostu ekspresowy i prosty jak obsługa cepa, a przy tym zwyczajnie smaczny i na pewno zdrowszy niż ciacha z mark etu.

Może nie jest to jakieś odkrycie, banan i masło orzechowe – wielkie mi halo, ale są pyszne i można nimi nie tylko zaspokoić głód na słodkie, ale też nieźle podjeść, gdy nie bardzo mamy możliwości na spożycie konkretnego posiłku, na przykład w podróży. Serio, sprawdziłam to będąc ostatnio na majówkowym wypadzie w górach. Przekąska idealnie sprawdziła się na dzikim szlaku, gdzie o budzie z zapieksą, czy innym hot – dogiem można zapomnieć, a no i gdy nie bardzo chcemy stołować się w tego typu „lokalach”, czy wpierniczać snikersy. Jedno takie ciasteczko, no może dwa i strzał energetyczny zagwarantowany :).

Polecam, sprawdziłam – Jerzy Zięba.

Eee Marcelina Wilczak raczej, sorki.

ciastka, ciasteczka, deser, czekolada, płatki owsiane, owsiane ciastka, wegańskie, wegan, vegan, fit, zdrowe, bez glutenu, bezglutenowe, glutenfree

Składniki na około 10 ciastek :

1,5 szklanki płatków owsianych

2 duże banany

1 tabliczka gorzkiej czekolady (zawartość kakao min. 70%)

5-6 łyżek masła orzechowego

1 szklanka mleka roślinnego / wody

opcjonalnie dodatkowa słodkość 😛 – ksylitol, erytrol, syrop z agawy etc. (ty

lko dla wybitnych słodziaków)

Piekarnik nagrzewamy do około 160 – 170 C. Ważne jest aby nie była to zbyt wysoka temperatura, ponieważ ciacha się szybko zjarają. Musicie kontrolować sytuację na bieżąco ;). Płatki owsiane wsypujemy do miski i zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ok. 1 szklanki) w celu ich rozmiękczenia. Następnie dodajemy pokrojone banany i rozgniatamy tak oba składniki widelcem do powstania papki – mniej lub bardziej jednorodnej, jest to bez znaczenia. Kolejnym krokiem jest posiekanie na drobne kawałki czekolady, którą dorzucamy do masy ciasteczkowej oraz dodatek masła orzechowego. Słodziaki oczywiście dodają jeszcze dodatkową słodkość jeśli trzeba, w końcu ma smakować, a ja nie lubię się męczyć podczas jedzenia :P. Zawartość miski dokładnie mieszamy. Generalnie konsystencja powinna być gęstsza od masy na placki ziemniaczane – dość zwarta i nierozlewająca się po blasze podczas formowania. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, na którą wykładamy łyżką masę i formujemy okrągłe ciasteczka. Ciacha pieczemy około 15 minut. Będzie pysznie, obiecuję. 🙂

 

Pieczona dynia faszerowana jarmużową jaglanką

Zawsze wiedziałam, że dynia posiada bogate wnętrze (poniżej niepodważalny dowód). Do tego ma tak wszechstronne zastosowanie, sami przyznajcie. Bo jak tu jej nie kochać, skoro może być wszystkim – nawet jadalnym naczyniem.

Znacie zasadę synergii? To wtedy, kiedy 2+2=5. Obie składowe, czyli w tym wypadku pieczona dynia i nadzienie, osobno smakują dobrze, ale po połączeniu sił wracają ze zdwojoną siłą, stają się k o m p l e t n ą bombą smaku. Wszyscy znamy i lubimy faszerowane cukinie, papryki, czy ziemniaki, ale to jest n a j l e p s z e nadziane warzywo z n a j l e p s z y m farszem, jakie dotąd jadłam – przebija wszystkie poprzednie. Przepis broni się sam. Bez zbędnej gadki. Sprawdźcie sami.

pieczona dynia faszerowana

Pieczona dynia faszerowana

Składniki na 2 średnie dynie hokkaido (po około 1,5 kg każda, lub 3 mniejsze)

Dynie:

2-3 ząbki czosnku

rozmaryn

ulubiony olej (np. rzepakowy)

Farsz:

około 1 szklanki kaszy jaglanej (200g/2 woreczki)

3 duże liście jarmużu (około 200g)

1/2 słoika suszonych pomidorów (około 150g)

1 łyżeczka (lub więcej) przyprawy Garam Masala, ewentualnie innej ulubionej arabskiej mieszanki

1 łyżeczka słodkiej papryki

szczypta pieprzu cayenne

parę szczypt gałki muszkatołowej

sok z niecałej połowy cytryny

prażone pestki dyni do ozdoby

sól

pieprz

olej rzepakowy do smażenia (możecie wlać nieco więcej niż zwykle, nie chcemy, by farsz był za suchy)

Wykonanie

Dynie:pieczona dynia

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C. Dynie myjemy, obcinamy „kapelusik”, dużą łyżką wydrążamy łykowatą część i pestki. Oczyszczone dynki układamy wraz z obciętymi, górnymi częściami na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Od środka smarujemy je przeciśniętym przez praskę czosnkiem wraz z ulubionym olejem, posypujemy solą, pieprzem i rozmarynem. Pieczemy przez około 20-25 minut – do miękkości miąższu. Pamiętajmy, że dynie hokkaido są takie super, że nie trzeba obierać ich ze skórki! 🙂

 

 

 

Farsz:

farsz

Kaszę jaglaną gotujemy (nie mieszamy podczas gotowania, aby nie zrobiła się ciapka) przez około 10 minut do całkowitego wchłonięcia wody. Na patelni rozgrzewamy olej rzepakowy, smażymy posiekany jarmuż przez około 10 minut do miękkości, najlepiej smażyć pod przykrywką, aby nie uciekła zbyt duża ilość wody. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojone pomidory oraz ugotowaną kaszę jaglaną, przyprawiamy, dodajemy sok z cytryny i mieszamy dokładnie wszystkie składniki. Nasz farsz jest już gotowy.

Nadziewamy upieczone, jeszcze ciepłe dynie. Posypujemy pestkami, zakładamy kapelusik i zabieramy się do pałaszowania. 🙂

 

Krem z pieczonej papryki – Kremove Paprykove Love

Kochani! Blog ruszył z kopyta! W prawdzie miałam przygotowane coś dopiero na jutro, bo w ogóle nie spodziewałam się takiego wspaniałego odzewu. Szok, szok, szok. Nie zamierzam odpuszczać, widzę, że mam dla kogo działać! Dziękuję i kłaniam się niziutko, czekam na Wasze refleksje, komentarze, bo tak na prawdę to Wy jesteście najważniejsi, ja tu tylko sprzątam! Wróć! Gotuję! A Wy razem ze mną. Sio do kuchni, teraz będziemy (znów) blendować. Lubicie?

Wprawdzie jestem tu dosłownie parę chwil, ale kto przejrzał Wilczaka, choć pobieżnie, zapewne zdążył zauważyć, że moim ulubionym narzędziem pracy (oprócz lapka oczywiście) jest blender. Uwielbiam idealnie kremowe potrawy – sosy a’la beszamel, puree, a szczególnie zupy krem. Robię je na masową skalę i ze wszystkiego jadalnego (i roślinnego) co wpadnie mi w łapki.

Jakiś czas temu usłyszałam od jednego z moich kumpli, że takie zupy są nudne, bo nie widać w misce żadnych składników, dostajemy tylko jednolitą masę. Przez chwilę zrobiło mi się nawet smutno, prawie jak wtedy, kiedy słyszę, że „ZUPA TO NIE OBIAD”. Nie no spoko, szanuję – jesteśmy różni, mamy różne preferencje i to jest fajne, ale mam kompletnie odmienne zdanie. Uważam właśnie, że są bardzo zaskakujące i tajemnicze. Bo zobaczcie, dopóki takiego kremu nie spróbujemy, to tak na prawdę możemy jedynie domniemać z czego powstał. A Wy co myślicie? Krem, czy zwykła zupa, a może zupa to nie obiad?

Dla mnie krem to idealny obiad – ciepły, sycący, odżywczy, dodający energii, mogę tak wymieniać długo, ale chcę już przejść do sedna sprawy, więc tu i teraz dzielę się moim odkryciem. Pieczona papryka – jesień w gębie pełną parą. Ja się zabujałam – po prostu paprykove love. Dzisiaj to normalnie wszystko i wszystkich kocham. Ciekawe co będzie się działo w Walentynki, ha! A teraz patrzcie i korzystajcie!

Składniki (na około 4 porcje)

5 średnich papryk (czerwone + żółte)

1 średnia cebula

2 duże pomidory

1 szklanka wody (opcjonalnie, jeśli krem będzie dla Was zbyt gęsty)

2 ząbki czosnku

sól

pieprz

wędzona papryka

kurkuma

olej

Przygotowanie

Piekarnik rozgrzać do 180°C. Papryki myjemy, oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy na pół, układamy na blasze wyłożonej brązowym pergaminem – pieczemy przez około 40 minut (można przykryć folią aluminiową).

Po upieczeniu, gdy chcemy zdjąć paprykową skórkę (nie wszyscy ją dobrze trawią), umieszczamy je w plastikowym pudełku z wieczkiem na około 15 minut. Po tym czasie skórka powinna samoistnie oddzielić się od miąższu, wystarczy wtedy zdjąć ją delikatnie nożykiem, a nawet wystarczy palcami.

Kroimy drobno cebulę, podsmażamy ją na oleju w garnku, w którym będziemy robić zupę (bez sensu jest dodatkowo brudzić patelnię i później męczyć się ze zmywaniem, ułatwiajmy sobie życie). Umyte i obrane ze skóry pomidory kroimy drobno, dodajemy do garnka ze zeszkloną cebulką – dusimy przez około 5-7 minut, następnie dorzucamy upieczone papryki i dusimy jeszcze przez około 10 minut (można podlać trochę wodą, ale zarówno pomidory jak i papryka puszczają jej dużo podczas obróbki), w tym czasie dorzucamy posiekany czosnek, doprawiamy solą i pieprzem, następnie blendujemy – w zależności od tego jaki sprzęt posiadacie, czekamy z blendowaniem do ostygnięcia lub robimy to na ciepło. Ja zazwyczaj radzę chwilę poczekać, żeby nie narażać sprzętu na niszczenie pod wpływem wysokiej temperatury.

Serwujemy z dodatkiem kurkumy, wędzonej papryki i pieprzu grubo młotkowanego.

P.S. Róbcie dopóki paprykę mamy swoją, polską i w dobrej cenie 🙂 – sezonowe najlepsze!