Follow Us

Copyright 2017 | Softset

piernikowy mus z aquafaby

Aquafaba to nic innego jak woda pozostająca po odlaniu gotowanej ciecierzycy lub białej fasoli. Do niedawna niby nic, kolejny odpad wylewany do zlewu, ale czy na pewno? Aquafabę odkrył Joël Roessel, francuski kucharz, który szukał alternatyw dla jajek. Produkt ten bardzo szybko przyjął się w blogosferze otwierając wegańskim entuzjastom drzwi do wegańskich majonezów, lodów, czy właśnie musów. Aquafaba stała się na tyle istotna, że w 2015 roku pewien Nowojorski producent wprowadził na rynek wegański majonez z aquafaby, który wygenerował przychód o wartości 8,5 miliona dolarów. Woda z ciecierzycy była pozyskiwana z wytwórni hummusu, gdzie stanowiła ona produkt uboczny, co znacznie obniżyło koszty produkcji. Przykład ten uświadamia, że to, co dla jednych stanowi odpad, dla innych może być podstawą do wytworzenia nowego (i dochodowego) dobra.

Ten przykład w świetle ówczesnych globalnych problemów z nadprodukcją i generowaniem monstrualnych ilości odpadów może sugerować, że czasami, albo nawet częściej, warto zastanowić się, czy to, co z lekkością i bezmyślnością wrzucamy do śmietnika, na prawdę powinno się tam znaleźć. Aquafaba to tylko ciekawostka w obliczu realnych „śmieciowych” problemów, ale może stanowić ona fajny symbol, wykorzystywania czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się bezużyteczne. Szczerze, po jej odkryciu moje życie kulinarne nie zmieniło się w żadnym stopniu, ani na gorsze, ani na lepsze. Traktuję ją jako kulinarną nowinkę, surowiec, z którym można poeksperymentować w wolnej chwili i raz coś wyjdzie, a raz nie. Jest ona stosunkowo nowym odkryciem na kulinarnej arenie, co nie znaczy, że należy ją bagatelizować.

Obserwując wrzawę internetową jaka wybucha raz na jakiś czas na wegańskich forach wzbudza ona emocje i to skrajne. Wiele osób próbowało zrobić z niej majonezy, musy, czy bezy i o ile z dwoma pierwszymi pozycjami problemów i niepowodzeń jest stosunkowo niewiele, beza wciąż stanowi wielkie wyzwanie, którego nie chcę się podejmować, bo i nie czuję takiej potrzeby. Może inaczej podchodzą do tego konserwatyści, weganie, którzy tęsknią za jajecznymi akcentami i próbują wszelkich sposobów w celu odnalezienia jajeczno-wegańskiego spokoju ducha i satysfakcji podniebienia. Nie mniej jednak uważam, że każde ciekawskie jajo (hehe) powinno chociaż raz zmierzyć się z aquafabą, ot tak bez wielkiej filozofii, dla kuchennej zabawy. Może właśnie w postaci eksperymentalnego musu, który okazał się godny tego, aby zawitać na tegorocznej Wigilijnej kolacji jako alternatywny deser. Zachęcam do zabawy 🙂 .

Składniki 3 pucharki

Aquafaba (woda) z 400g słoika ciecierzycy

1 gorzka czekolada

2 łyżki masła/oleju kokosowego

1 łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka kardamonu

szczypta gałki muszkatołowej

sól

opcjonalnie 2 łyżki cukru / ksylitolu / miodu

2 łyżki skrobi ziemniaczanej

powidła śliwkowe

ulubione orzechy

 

Wykonanie

  1. W małym rondelku roztapiamy masło / olej kokosowy wraz z gorzką czekoladą i ewentualnie dosładzamy cukrem / miodem / ksylitolem.
  2. Roztopioną czekoladę schładzamy do temperatury pokojowej, mieszając co chwilę aby nie stężała za mocno.
  3. Do miski wlewamy wodę z ciecierzycy, solimy i miksujemy na wysokich obrotach do uzyskania konsystencji piany z białka kurzego, w międzyczasie dosypujemy porcjami mąkę ziemniaczaną i korzenne przyprawy.
  4. Do ubitej aquafaby małymi porcjami dodajemy lejącą czekoladę wciąż miksując.
  5. Na dnie pucharków układamy powidła śliwkowe, orzechy, a na samej górze ubity mus. Jeśli macie rękaw cukierniczy można go użyć do bardziej estetycznego nałożenia musu. Dekorujemy ulubionymi bakaliami, migdałami, orzechami.
  6. Wkładamy do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.
korzenne brownie z ciecierzycy

Dzisiaj dzielę się przepisem na korzenne, zimowe brownie z ciecierzycy ze specjalną dedykacją dla M. 🙂

 

Składniki na małą blaszkę (najlepiej 28 cm x 15 cm)

słoik ciecierzycy (400g)

8 łyżek mąki owsianej (zmielone płatki osiane)

2 banany

garść daktyli + opcjonalnie 2 łyżki miodu

4 łyżki kakao

skórka pomarańczowa z 1/2 pomarańczy

1/2 szklanki oleju

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki kardamonu

1/2 łyżeczki esencji waniliowej

szczypta pieprzu

szczypta soli

 

Wykonanie

  1. Do dużej miski wkładamy pokrojone banany, olej, namoczone wcześniej daktyle w jednej szklance wody (wody nie wylewamy), miód, przyprawy, esencję waniliową i blendujemy dokładnie dosypując w międzyczasie kakao.
  2. Ciecierzycę, mąkę owsianą, skórkę pomarańczową i wodę z daktyli blendujemy w oddzielnej misce na gładką dość suchą masę, gdyby masa była jednak zbyt sucha można dolać więcej wody.
  3. Obie masy mieszamy dokładnie łyżką, następnie wylewamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, lub nasmarowaną olejem. Na koniec dekorujemy ulubionymi orzechami.
  4. Pieczemy przez 40-45 minut w 140°C.
Mocno paprykowa pasta do chleba i nie tylko

Pasta do chleba jako wegetariańsko – wegańskie zbawienie porannego posiłku. Tak brzmiałby temat mojej rozprawki na maturze, gdybym mogła pisać o czym chcę. Ale nie mogłam,więc mam bloga.

Mówiąc, że pasty do chleba są świetnym rozwiązaniem na uniknięcie śniadaniowej monotonii nie jest wielkim odkryciem. Ale to prawda, ponieważ bardzo łatwo popaść w owsiankowy, kanapkowoserowy czy jajecznicowy wir. W internecie roi się od różnych połączeń smakowych, tych bardziej klasycznych jak i fensi, ekstrawaganckich tzw. innowacji rynkowych, udawane paprykarze, smalce bez smalcu (kocham! zrobiłam przepis, wstawię, ale nie pod tą nazwą). Z resztą wcale nie mam takich ambicji, by coś odkrywać, ale bardziej dzielić się tym, co na co dzień hobbystycznie robię. Czasem bardziej regularnie, a zazwyczaj mniej, ale taki mam już klimat. Także po raz kolejny, po kolejnej przerwie (czasem mam wrażenie, że tych przerw w blogowaniu jest więcej niż przepisów), wrzucam (jak prawie zawsze) skromny, łatwy, budżetowy przepis. Bez żadnych glonów nori zbieranych podczas pierwszej niedzieli miesiąca, bez drobin meteorytu znalezionym na Atacamie, czy bez księżycowego pyłu. Po prostu smaczna pasta z papryki, która jeszcze w pamiętnych Radomicach zwojowała niejedno śniadanie.

Kupnych past do chleba nie lubię z kilku powodów. Po pierwsze cena tych z interesującym i tzw. „dobrym” składem powala na kolana, szczególnie biednych „loł budżet” studentów (here I am!). Po drugie decydując się na zakup w marketach zawsze bierzesz kota w worku. Wiele razy pasta zakupiona w jakimś niemieckim markecie lądowała niestety w koszu na śmieci aniżeli na chlebie, ponieważ jej smak okazywał się najzwyczajniej ochydny. Czasami zastanawiam się, czy producenci wege jedzenia próbują swoich produktów przed wprowadzeniem ich na rynek, serio. Oczywiście inną sprawą są zakupy na ryneczkach, gdzie zazwyczaj każdy może spróbować produktu przed zakupem. Jednak w wielu przypadkach kupowanie „słoiczków” regularnie i niedajpanieboże robienie z nich zapasów na zimę mocno nadwyręża budżet (patrz punkt punkt pierwszy), szczególnie jeśli zainteresowany lubi grubo posmarowane, he he. A tak ogólnie rzecz ujmując, robienie pasty jest jedną z najprzyjemniejszych czynności w kuchni, więc po co pozbywać się tej prozaicznej rozrywki. No chyba, że ktoś ewidentnie nie jest zainteresowany, nie lubi i nie chce gotować. Ale chyba taka osoba nie czytała by właśnie tego posta, prawda?

Skoro znalazł się już ktoś zainteresowany, polecam uzbroić się w solidny, lub mniej solidny blender (no ale minimum 600 W ok?), kilka słoików, dobry nastrój i łyżkę do próbowania, bo bez tego ani rusz. Dodam, że paprykowe smarowidełko smakuje pysznie z białym serem na domowym żytnim chlebie, pasuje do frytek, pieczonych batatów, czy jako imprezowy dip do przekąsek.

P.S. Piesek radomickich gości w kadrze dla atencji.

Składniki (na kilka słoików, napełnicie na oko 😉 )

5 dużych papryk

3-4 średnie marchewki

1 puszka ciecierzycy

2 cebule

4 ząbki czosnku

olej

3 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

sól, pieprz

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy w pióra, rozgrzewamy olej w garnku, następnie wsypujemy łyżeczkę soli, podsmażamy ją pod przykryciem do zeszklenia.
  2. Marchewki obieramy, kroimy w cienkie plasterki.
  3. Papryki oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w paski, czosnek siekamy drobno. Tak przygotowane warzywa dorzucamy do cebuli i dusimy pod przykryciem przez około 40 minut, co jakiś czas mieszając, do momentu, aż papryka będzie się rozpadać, pod koniec gotowania można zdjąć przykrywkę i odparować wodę, jeśli papryka puści jej za dużo.
  4. W międzyczasie wsypujemy paprykę mieloną. Na koniec dodajemy ciecierzycę (bez wody) i blendujemy wszystko około 4-5 minut na wysokich obrotach bardzo dokładnie do uzyskania gładkiej konsystencji pasty. Dosalamy i pieprzymy do smaku.
  5. Przekładamy do wyparzonych słoików, można zapasteryzować i zatrzymać na później.
  6. Otwartą trzymamy w lodówce do 4 dni.

 

 

ulubiona sałatka z pieczonym burakiem

Nie ma nic złego w inspirowaniu się innymi, szczególnie jeśli chodzi o przepisy kulinarne. Pod warunkiem, że jesteś szczery i nie przywłaszczasz sobie z premedytacją i pełną świadomością cudzego przepisu jako własna unikalna receptura. Pewnie, nigdy nie ma pewności, czy ktoś wcześniej już tego nie wymyślił, nie skomponował, ale to nie o to chodzi. Chodzi o bycie fair wobec siebie i innych. Szczerze, to głównie wobec siebie, bo ja bym chyba nie usnęła dzisiaj ze świadomością, że podzieliłam się z Wami przepisem, który ewidentnie był inspirowany recepturą z pewnej mądrej książki i nie nadmieniła autora. Nadmienię, że warto też kształtować swój własny styl. Styl robienia zdjęć, propozycje podania, opisy etc. Takie wieczorne, luźne przemyślenia które wpadły mi ostatnio, z chyba najintensywniejszego blogowo okresu do tej pory (który ciągle trwa i mam nadzieję, że potrwa jeszcze).

Oryginalny przepis na nią znalazłam w książce pt. „Jaglany Detoks”, a w zasadzie był to buraczany słoik zdrowia. W takiej postaci podzielił się nim autor, guru kaszy jaglanej – Marek Zaremba. Ja tylko w niewielkiej części zmodyfikowałam go poprzez dodatek kompozycji prażonych ziaren oraz rucoli. No i zmieniłam propozycję podania – jako chaotyczna kompozycja wymieszana w misce, a nie pod postacią warstwowo ułożonych składników w lunchowym słoiczku jak proponuje autor. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z jego dziełami „Jaglany Detoks” oraz „Jaglany Detoks. Kolejny krok”, gdyż jest ona wartościową lekturą dla osób, które pragną jeść bardziej świadomie, czy myślą o przeprowadzeniu właśnie jaglanego detoksu. Może napiszę kiedyś ich recenzję? Dobry pomysł?

Sałatka z pieczonego buraka gości na stole minimum raz w tygodniu ze względu na genialne połączenie smaków, na jej efektowność, świeżość, obłędny wygląd, zapach, właściwości prozdrowotne oraz na fakt, że przygotowywanie jej zwyczajnie sprawia mi frajdę. Wypróbujcie, na jednym razie się nie skończy. Obiecuję.

strona autora: http://gotujzdrowo.com/

Składniki

1 saszetka / 100g kaszy jaglanej

1 średniej wielkości burak

3 twarde jabłka

1/3 szklanki pestek dyni

1/3 łyżki sezamu

1/3 łyżki siemienia lnianego

1/2 łyżki nasion słonecznika

garść rucoli

sól, pieprz wedle smaku

Dressing

1 łyżka miodu (najlepiej lejącego)/ syropu z agawy

sok z 1/2 cytryny

1 łyżka wody

3 łyżki wysokojakościowego oleju (najlepiej rzepakowy tłoczony na zimno, ale kujawski też będzie ok)

Wykonanie

Kaszę gotujemy według przepisu. Nie mieszamy jej w trakcie gotowania, bo zrobi się brejowata, a nam zależy na uzyskaniu w miarę możliwości sypkiej kaszy, może być nawet lekko twardawa. Buraka obieramy, kroimy w kostkę, układamy na blaszce wyłożonej papierem, polewamy oliwą, lekko solimy. Pieczemy pod przykryciem do miękkości w 180°C przez około 25 minut. Jabłka obieramy, oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w kostkę. Ziarna (oprócz siemienia lnianego) prażymy przez kilka (4-5) minut na patelni utrzymując mały gaz, co jakiś czas mieszamy je drewnianą łyżką.

W małej szklance łączymy składniki na dressing – miód/syrop z agawy, sok z cytryny, wodę i olej.

Wystudzoną kaszę, buraka, jabłka oraz mieszankę ziaren (zostawcie garstkę do posypania gotowej sałatki z wierzchu) wrzucamy do miski, zalewamy dressingiem – mieszamy dokładnie, dosalamy i dopieprzamy wedle gustu. Na końcu dodajemy rucolę – mieszamy jeszcze raz, ale bardzo delikatnie, aby nie uszkodzić liści. Obłędna sałatka z pieczonym burakiem gotowa!

 

 

 

wegańska zapiekanka pasterska

Siedzę zwinięta w kulkę przed moim domkiem w radomickim siedlisku popijając waniliowego rooibosa, do którego powinnam dolać rumu – byłoby idealnie. Tak, zawsze jakieś „ale”. Opatulona moim ulubionym miodowym swetrem, na stopach grube skarpety w skandynawskie wzory, dwudziesty ósmy sierpnia, zegar wskazuje godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy, nie zauważyłam nawet, że już zaszło słońce. Na szczęście pogoda jest jeszcze przychylna i pozwala mi spędzić ostatnie sierpniowe wieczory w tym miejscu na zewnątrz, choć w powietrzu czuć już rześkość i chłód, który po tegorocznych upałach zaczął przypominać o swojej obecności. Jesień nadchodzi. Powoli nastrajam się i aklimatyzuję do długich, nostalgicznych wieczorów. Zupełnie nie mam nic przeciwko nim, a nawet więcej – tęskniłam. Kocham jesień, chyba najbardziej ze wszystkich pór roku. Kocham ją taką jaka jest w swojej okazałości, bez względu na słotę, błoto i wilgoć. Prawdziwa miłość.

Skoro już napisałam taki wprowadzający w nastrój jesienny wstęp, należy pójść krok na przód i przedstawić danie, które perfekcyjnie wpasowuje się w koncepcję jesiennego posiłku, tzw. „comfort foood”. Comfort food’em nazywa się dania, które wzbudzają w nas nostalgię, są niejako sentymentalne, przywołują wspomnienia lub są po prostu sycące, kaloryczne i sprawiają, że w brzuszku robi się cieplej, a na buźce pojawia się uśmiech. Danie po którym czujemy siębardzo najedzeni i bardzo szczęśliwi – taka właśnie jest moja zapiekanka pasterska. Może znajdzie się ktoś, kto dałby mi po uszach za określenie wegańskiej zapiekanki z soczewicą mianem zapiekanki pasterskiej, bo wiecie PROFANACJA. Zamiast mielonej wołowiny – zielona soczewica, bez sosu Worcestershire – bo zawiera anchois, bez groszku – uznałam, że dodatkowy strączek mógłby być niezłym wyzwaniem dla naszych jelit – if you know what I mean…

Ale jak zwykle chrzanić konwenanse i tak jest przepyszna!

Oto wegańska zapiekanka pasterska.

Składniki na duże naczynie żaroodporne

1 paczka zielonej soczewicy

6 marchewek

1 por

3 ząbki czosnku

4 łyżki koncentratu pomidorowego

3/4 szklanki czerwonego wytrawnego wina

10 średniej wielkości ziemniaków

1/2 szklanki mleka roślinnego

2 łyżki oleju kokosowego / masła

gałka muszkatołowa

tymianek suszony + opcjonalnie świeży

rozmaryn suszony

ziele angielskie

liście laurowe

sól

pieprz

olej

Wykonanie

Purée

Ziemniaki obieramy, kroimy w ćwiartki i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. Gdy ziemniaki będą ugotowane, odlewamy wodę, dodajemy 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, mleko roślinne oraz olej kokosowy lub masło i bardzo dokładnie ugniatamy tłuczkiem do ziemniaków.

Farsz

W międzyczasie gotujemy soczewicę z kilkoma liśćmi laurowymi i ziarnami ziela angielskiego (ich dodatek do gotowania strączków redukuje nielubiane właściwości wzdymające) według instrukcji podanej na opakowaniu. Jasną część pora kroimy w cienkie krążki, marchew obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Na dużej i najlepiej głębokiej patelni (w ostateczności może być garnek) rozgrzewamy olej, po czym wrzucamy por, posiekany czosnek i marchewkę -dusimy przez około 10 minut co jakiś czas mieszając. Następnie dokładamy ugotowaną soczewicę i koncentrat pomidorowy. Na koniec solimy, pieprzymy, dodajemy 1 łyżeczkę tymianku, 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej oraz dolewamy wino. Farsz smażymy jeszcze przez 5-7 minut bez przykrycia co jakiś czas mieszając.

Na koniec

Naczynie żaroodporne olejujemy. Na dnie wykładamy 1/3 purée, tak by tworzyło zwarty spód. Następnie układamy farsz z soczewicą lekko przygniatając je łyżką,co spowoduje, że zapiekanka będzie zwarta. Na górę wykładamy resztę purée ziemniaczanego, w którym tworzymy wzorki widelcem (jak na załączonym zdjęciu). Całość posypujemy tymiankiem, rozmarynem i szczyptą gałki muszkatołowej. Pieczemy w 180° C przez około 40 minut do zarumienienia się zapiekanki. Serwujemy przyozdobioną świeżymi ziołami. Gotowe!

Zapiekankę można podawać z ulubionym sosem pomidorowym lub keczupem, ale jak dla mnie tworzy ona kompozycję, która nie wymaga dodatków, no może oprócz michy zieleniny :).

Smacznego!

mielone kotlety jaglane z marchwią

Może wydawać się to nieco monotematyczne, że każdy mój przepis sygnowany jest terminem „łatwy” i/lub „szybki”, ale nic nie poradzę na to, że znaczna większość receptur jakie tu się pojawiają taka rzeczywiście jest,bez ściemy. Dzielę się zatem kolejnym przepisem będącym kwintesencją prostej, domowej kuchni roślinnej – mielone kotlety jaglane.

Przyznam, że zawsze robię je z głowy, ale wczoraj postanowiłam w końcu spisać mój skład. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że te kotlety nie są żadnym wielkim odkryciem. Żadnym z przełomowych dań zmieniającym oblicze wegetarianizmu, czy weganizmu jak na przykład beza z aquafaby, nerkownik albo twarożek słonecznikowy… może nawet wydają się być daniem nieco banalnym i oklepanym? Jednak jedno jest pewne – są po prostu pyszne i urzekają prostą. Prostotę (dobrze wykonaną prostotę) cenię bardziej od pretensjonalnej finezyjności i niewytłumaczonego silenia się na wyrafinowane dania, które koniec końców mogą okazać się jednym wielkim rozczarowaniem – tutaj często balansuje się na granicy kiczu i przekombinowania.

Tym daniem nikt się jeszcze nie rozczarował. Na dowód tego, powiem tylko, że wczoraj zaserwowałam je gościom OchAch i WCS z dodatkiem pieczonych ziemniaczków, sałaty z pomidorem oraz sosem koperkowo-czosnkowym. Wszystko zniknęło z półmisków zanim zdążyłam wypowiedzieć „konstantynopolitańczykowianeczka”, co jest chyba najbardziej satysfakcjonującym zwieńczeniem kolacji dla każdej gospodyni. A przynajmniej dla mnie, bo jak to mówi się w moim domu „wszystko trzeba zjadać”, a jak smakuje to już w ogóle grzech zostawiać… 🙂

Składniki na około 12 sztuk

400 g kaszy jaglanej

ok. 6-7 upieczonych marchewek

4 duże cebule

4 posiekane drobno ząbki czosnku

4-5 łyżek siemienia lnianego

2 łyżeczki curry

2 łyżeczki papryki słodkiej mielonej

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżka musztardy francuskiej

sól, pieprz

nasiona słonecznika

Wykonanie

Marchewki obrać, pokroić w słupki i upiec do miękkości (około 25 min w 200 C). Cebulę pokroić drobno, zeszklić na oleju. W międzyczasie ugotować kaszę ( 1 część kaszy na 2 części wody), jak się rozgotuje nic nie szkodzi w tym wypadku. Przygotować dużą miskę, do której wrzucamy upieczoną marchew, cebulę i jaglankę oraz resztę składników, czyli ząbki czosnku, siemię lniane, przyprawy, musztardę, sos sojowy. Wszystko miksujemy blenderem ręcznym na gładką masę. To nie mięsko, więc na luziku można próbować masę na kotlety podczas wyrabiania i wedle smaku dosolić, czy dopieprzyć. Kiedy uzyskamy całkiem jednolitą (jak się trafi kawałek marchewki to system nie upadnie) i zwartą masę formujemy kotlety, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Polecam przygotować sobie miskę z wodą, w której można zwilżać dłonie. Gdy kotlety będą wyrabiane mokrymi rękami łatwiej uformują się i nie będą tak podatne na przyklejanie się do skóry rąk. Pisałam już o tym przy okazji posta z wegeburgerem. Na koniec kotleciki posypujemy ziarnami słonecznika, które następnie delikatnie wgniatamy, aby lepiej przywierały. Kotlety pieczemy w 180 C przez około 45 minut. Gotowe!

mielone kotlety jaglane

łatwe i szybkie owsiane babeczki

Owsiane babeczki bez mąki pszennej, bez jajek, bez masła – powoli zaczynam czuć się w temacie swobodnie i rozumieć sens tego kierunku, którym coraz chętniej zmierzam z wielu względów.

Pamiętam kiedy jeszcze sama zadawałam sobie pytanie „ale po co kombinować i piec w ten sposób?”. Zupełnie nie pojmowałam w jakim celu powstają tego typu „przekombinowane” przepisy. Później poznałam pojęcie weganizmu, celiakii, alergii, nietolerancji, chorób autoimmunologicznych, a przygotowując posiłki dla wielu różnych osób odwiedzających OchAch i WCS zobaczyłam jak powszechne jest zjawisko wykluczania pewnych produktów z diety (i wcale nie z wyboru, lecz z konieczności dyktowanej zdrowiem). Zjawisko, bo nie chcę używać słowa problemem i z góry napiętnować, czy oceniać, gdyż mając odpowiednie narzędzia w postaci sprawdzonych przepisów oraz chęć i trochę determinacji okazuje się, że coś, co kiedyś rzeczywiście byłoby przeszkodą, na dzień dzisiejszy jest dla mnie zupełnie do zrobienia – i to całkiem sprawnie i szybko.

Być może ten prosty przepis okaże się przydatny w sytuacji, kiedy będziecie chcieli wykonać miły gest i wywołać uśmiech na twarzy osoby, która z różnych powodów wykluczająca jaja, nabiał, czy pszenicę w swojej diecie niekoniecznie dobrowolnie. Z autopsji powiem, że mi się udało,uczucie jest niezwykle budujące dla obu stron :). Zachęcam i polecam!

Składniki na 12 babeczek

3 dojrzałe banany

10 łyżek mąki owsianej = zmielonych płatków owsianych

3 łyżki mąki ziemniaczanej

4 łyżki oleju

2 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka gałki muszkatołowej

1 łyżeczka soli

1/2 łyżeczki pieprzu

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wykonanie

Banany blendujemy z olejem na gładką masę. Do mokrych składników dodajemy przyprawy i resztę składników sypkich. Całość mieszamy do uzyskania gęstej, jednolitej konsystencji. Gotowe ciasto nakładamy łyżką do papilotek  do ok. 3/4 wysokości – najlepiej zaopatrzyć się w silikonowe papilotki, od których upieczone babeczki bardzo łatwo odchodzą. Pieczemy przez 30 minut w 180°C, lub do suchego patyczka. Gotowe!

letnie risotto ze szparagami i groszkiem

Bo w risotto najważniejszy jest ryż… I kilka innych niuansów, które sprawią, że to danie stanie się czymś więcej niż tylko obiadem. Pamiętając, że jest to jedynie domowe gotowanie (ale prosto z serduszka) wiem, że nie osiągnę kunsztu profesjonalisty, aczkolwiek staram się, by przygotowane dania były z odpowiednich produktów, które nie zakrawają na profanację (mam nadzieję, że mi to wychodzi mniej lub bardziej). Dlatego też w kuchni oprócz wyobraźni, czy finezyjności (jak ja nie lubię tego słowa) ważne są zasady. W tym wypadku zasady nie są po to żeby je łamać, tylko po to, by przestrzegać, bo to są smakowite zasady.

Ryż, nie jaśminowy, nie basmati ani nie daj panie paraboiled, ale iście włoska odmiana Carnaroli lub Arborio, które podczas gotowania chłoną smaki jak gąbka, robią się kremowe na zewnątrz (dziękujemy skrobi, że istnieje), a w środku pozostają nierozgotowane. Przyznam, że portugalski Carolino też zrobi dobrą robotę i  osiągnie dobrą konsystencję oraz wspaniale wchłonie aromaty.

Bulion. Dobry bulion to sekret i każda gospodyni ma swoją ściśle tajną, niczym skład Coca – Coli, recepturę. Jedne robią go na bazie drobiu, inne używają samych warzyw, a jeszcze inne, te zabiegane zalewają po prostu 2 kostki bulionowe wodą i ten proceder wcale nie musi mieć dramatycznego zakończenia. Owszem, uważam, że w restauracyjnych warunkach byłoby to co najmniej niewłaściwe, ale w domu? C’mon  nie zawsze mamy czas i chęci na kilkugodzinne gotowanie bulionu. Kilkakrotnie przygotowywałam już w ten sposób risotto na stancji i też było okej. Wiadomo, że studenckie, szybkie gotowanie rządzi się swoimi prawami. Jedno jest pewne, bulion musi być dobrze doprawiony i intensywny.

Tłuszczyk. Nie bój się tłuszczu. Każdy wie, że przetworzone jedzenie i brak ruchu (w bardzo dużym uproszczeniu) są odpowiedzialne za te nadprogramowe kilogramy. Powinna być oliwa, ale ja na niej nie lubię smażyć, więc używam dobrego oleju (kujawski będzie okej, really) na którym podsmażam cebulę – koniecznie musi być zeszklona cebula zwyczajna, lub szalotka – jak wolisz. Masełko, nie jeden wegetarianin nie jest w stanie przejść na weganizm z jego powodu. A nie jeden weganin śni o nim po nocach. Na szczęście lub nieszczęście ja nie mam tego problemu i dodaję je w trakcie gotowania w celu nadania cudownego, maślanego smaku. Dżizaaaas takkk… Kto by nie dał się pokroić dla masełka…

Wino, nie marki wino. Białe, wytrawne, użyj pół szklanki lub więcej jak lubisz, tylko dobrze odparuj, a resztę zaserwuj w lampce – będzie idealnym zwieńczeniem wieczoru i dodatkiem do risotto.

Parmezan. Bez parmezanu to nie robota. Dziewięć wieków serowarstwa. Kochane Parmigiano Reggiano i koniecznie oryginalne. Wsadziłabym do więzienia wszystkich podróbkowiczów Parmigiano Reggiano. Chcesz mieć pewność, że kupujesz produkt oryginalny? Kupuj z certyfikatem. Na przykład takim jak na załączonym zdjęciu obok – unijny ChNP (Chroniona Nazwa Pochodzenia). O certyfikatach żywności tradycyjnej i regionalnej więcej dowiecie się tu. Może by tak artykuł na ten temat?

Dodatki. Tutaj sprawa jest prosta i sezonowa białe szparagi i zielony groszek.  Taka sezonowa jestem, że dodałam mrożony, bo nie mam świeżego, ale co tu gadać i wydziwiać kiedy i tak jest pysznie.

Serduszko. Musi być serduszko. Risotto to Włochy. Włosi kochają jedzenie. Włosi myślą ciągle o jedzeniu. Włosi są jedzeniem. Bądź jak Włosi. Dodaj serduszko.

Składniki na dużą patelnię

250 g ryżu  Carnaroli, Arborio lub Carolino

1 pęczek białych szparagów (umyte, ubrane ze skórki, pokrojone)

1 opakowanie (450 g) groszku mrożonego (rozmrożonego 😉 )

1 cebula biała

pół szklanki wytrawnego białego wina

1 l bulionu warzywnego (leniuszki mogą zrobić go z kostki)

olej

sól, pieprz

parmezan

1 łyżka masła (opcjonalnie)

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej, smażymy drobno posiekaną cebulę, którą podsmażamy. Następnie wsypujemy surowy ryż i mieszamy przez chwilę, tak by ryż wchłoną trochę oleju. Dolewamy wino, które redukujemy (odparowujemy, tak by pozostał jedynie aromat). Całość podlewamy bulionem (około 1 szklanka / chochla na „podlanie”) i mieszamy na małym ogniu aż do wchłonięcia płynu przez ryż – czynność powtarzamy kilkukrotnie do prawie całkowitego zużycia bulionu – zostawiamy około 1 chochli płynu, którą wykorzystamy pod koniec gotowania. Jeśli ryż zrobił się już wystarczająco miękki i kremowy dodajemy masło, obrane ze skórki i pokrojone szparagi oraz rozmrożony groszek, podlewamy resztą bulionu i znowu mieszamy do chwili aż szparagi oraz groszek zmiękną. Doprawiamy solą i pieprzem wedle uznania. Przed podaniem posypujemy hojnie lub mniej hojnie parmezanem dobrej jakości.

 

Uwaga! Najlepiej smakuje z białym, schłodzonym winem wytrawnym. Może być to, które użyliście do podlania risotto.

Smacznego!

 

 

deserowe ciasteczka owsiane

Chyba zrobiłam ciastka, które są spełnieniem marzeń wszystkich bezglutenowców, bezlaktozowców, bezcukrowców, bezjajowców i tym podobnych – wiecie o co chodzi.  Jestem przekonana, że typowi zjadacze chleba, glutenu, słodyczy, czy kiełbaski również nie będą zawiedzeni. Te ciasteczka zadowolą po prostu każdego (jakkolwiek by to nie brzmiało). I jakby tego było mało to osiągnięcie takiego efektu wcale nie kosztowało mnie ogromnych nakładów pracy ani czasu, bo z nim ostatnio jest ciężko. Poniższy przepis podobnie jak reszta jest po prostu ekspresowy i prosty jak obsługa cepa, a przy tym zwyczajnie smaczny i na pewno zdrowszy niż ciacha z mark etu.

Może nie jest to jakieś odkrycie, banan i masło orzechowe – wielkie mi halo, ale są pyszne i można nimi nie tylko zaspokoić głód na słodkie, ale też nieźle podjeść, gdy nie bardzo mamy możliwości na spożycie konkretnego posiłku, na przykład w podróży. Serio, sprawdziłam to będąc ostatnio na majówkowym wypadzie w górach. Przekąska idealnie sprawdziła się na dzikim szlaku, gdzie o budzie z zapieksą, czy innym hot – dogiem można zapomnieć, a no i gdy nie bardzo chcemy stołować się w tego typu „lokalach”, czy wpierniczać snikersy. Jedno takie ciasteczko, no może dwa i strzał energetyczny zagwarantowany :).

Polecam, sprawdziłam – Jerzy Zięba.

Eee Marcelina Wilczak raczej, sorki.

 

Składniki na około 10 ciastek :

1,5 szklanki płatków owsianych

2 duże banany

1 tabliczka gorzkiej czekolady (zawartość kakao min. 70%)

5-6 łyżek masła orzechowego

1 szklanka mleka roślinnego / wody

opcjonalnie dodatkowa słodkość 😛 – ksylitol, erytrol, syrop z agawy etc. (tylko dla wybitnych słodziaków)

Piekarnik nagrzewamy do około 160 – 170 C. Ważne jest aby nie była to zbyt wysoka temperatura, ponieważ ciacha się szybko zjarają. Musicie kontrolować sytuację na bieżąco ;). Płatki owsiane wsypujemy do miski i zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ok. 1 szklanki) w celu ich rozmiękczenia. Następnie dodajemy pokrojone banany i rozgniatamy tak oba składniki widelcem do powstania papki – mniej lub bardziej jednorodnej, jest to bez znaczenia. Kolejnym krokiem jest posiekanie na drobne kawałki czekolady, którą dorzucamy do masy ciasteczkowej oraz dodatek masła orzechowego. Słodziaki oczywiście dodają jeszcze dodatkową słodkość jeśli trzeba, w końcu ma smakować, a ja nie lubię się męczyć podczas jedzenia :P. Zawartość miski dokładnie mieszamy. Generalnie konsystencja powinna być gęstsza od masy na placki ziemniaczane – dość zwarta i nierozlewająca się po blasze podczas formowania. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, na którą wykładamy łyżką masę i formujemy okrągłe ciasteczka. Ciacha pieczemy około 15 minut. Będzie pysznie, obiecuję. 🙂

 

Pieczona dynia faszerowana jarmużową jaglanką

Zawsze wiedziałam, że dynia posiada bogate wnętrze (poniżej niepodważalny dowód). Do tego ma tak wszechstronne zastosowanie, sami przyznajcie. Bo jak tu jej nie kochać, skoro może być wszystkim – nawet jadalnym naczyniem.

Znacie zasadę synergii? To wtedy, kiedy 2+2=5. Obie składowe, czyli w tym wypadku pieczona dynia i nadzienie, osobno smakują dobrze, ale po połączeniu sił wracają ze zdwojoną siłą, stają się k o m p l e t n ą bombą smaku. Wszyscy znamy i lubimy faszerowane cukinie, papryki, czy ziemniaki, ale to jest n a j l e p s z e nadziane warzywo z n a j l e p s z y m farszem, jakie dotąd jadłam – przebija wszystkie poprzednie. Przepis broni się sam. Bez zbędnej gadki. Sprawdźcie sami.

pieczona dynia faszerowana

Pieczona dynia faszerowana

Składniki na 2 średnie dynie hokkaido (po około 1,5 kg każda, lub 3 mniejsze)

Dynie:

2-3 ząbki czosnku

rozmaryn

ulubiony olej (np. rzepakowy)

Farsz:

około 1 szklanki kaszy jaglanej (200g/2 woreczki)

3 duże liście jarmużu (około 200g)

1/2 słoika suszonych pomidorów (około 150g)

1 łyżeczka (lub więcej) przyprawy Garam Masala, ewentualnie innej ulubionej arabskiej mieszanki

1 łyżeczka słodkiej papryki

szczypta pieprzu cayenne

parę szczypt gałki muszkatołowej

sok z niecałej połowy cytryny

prażone pestki dyni do ozdoby

sól

pieprz

olej rzepakowy do smażenia (możecie wlać nieco więcej niż zwykle, nie chcemy, by farsz był za suchy)

Wykonanie

Dynie:pieczona dynia

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C. Dynie myjemy, obcinamy „kapelusik”, dużą łyżką wydrążamy łykowatą część i pestki. Oczyszczone dynki układamy wraz z obciętymi, górnymi częściami na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Od środka smarujemy je przeciśniętym przez praskę czosnkiem wraz z ulubionym olejem, posypujemy solą, pieprzem i rozmarynem. Pieczemy przez około 20-25 minut – do miękkości miąższu. Pamiętajmy, że dynie hokkaido są takie super, że nie trzeba obierać ich ze skórki! 🙂

 

 

 

Farsz:

farsz

Kaszę jaglaną gotujemy (nie mieszamy podczas gotowania, aby nie zrobiła się ciapka) przez około 10 minut do całkowitego wchłonięcia wody. Na patelni rozgrzewamy olej rzepakowy, smażymy posiekany jarmuż przez około 10 minut do miękkości, najlepiej smażyć pod przykrywką, aby nie uciekła zbyt duża ilość wody. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojone pomidory oraz ugotowaną kaszę jaglaną, przyprawiamy, dodajemy sok z cytryny i mieszamy dokładnie wszystkie składniki. Nasz farsz jest już gotowy.

Nadziewamy upieczone, jeszcze ciepłe dynie. Posypujemy pestkami, zakładamy kapelusik i zabieramy się do pałaszowania. 🙂