Strach ma wielkie oczy

Bałam się, na prawdę się bałam. Kiedy zwykle mało czego boję się w życiu, oczywiście nie mówię tu o potworach wychodzących spod łóżka, albo tych, które gonią nas podczas nocnej wyprawy do toalety. Tym razem bałam się czegoś zupełnie przyziemnego. Chociaż wiem, że wegańskie i bezglutenowe pieczenie to dla wielu osób wciąż zagadnienie dość paranormalne. Źle i niepewnie czułam się w przygotowywaniu ciast bez jajek, czy bez mąki pszennej, które przecież są bazą dla większości typowych ciast. Długo ten niuans siedział mi gdzieś z tyłu głowy i przeszkadzał w osiągnięciu pewnego komfortu psychicznego w sferze kulinarnej. Szczególnie w kuchni alternatywnej, która tak mnie kręci.

No i tak mną kręciła, że aż pewnego dnia tak zakręciłam się na fejsie wśród kulinarnych wydarzeń Trójmiasta i wkręciło mnie na stronkę wydarzenia „Ola Organic warsztaty kulinarne – ciasta bezglutenowe i wegańskie”. Prosty przekaz dla prostego Wilczaka, a że Wilczak lubi wyzwania, nie ignoruje swoich słabych punktów i nie udaje, że ich nie ma, tylko skutecznie je zwalcza. Więc i tym razem postanowił(a) zwalczyć swój strach przed rzeźbieniem wegańskich (o matko kochana!) ciast z mąk (o zgrozo!) bezglutenowych. I tak oto za pomocą paru kliknięć, dzięki magii internetu Wilczak wkręcił się na super świetne wydarzenie, które skutecznie rozwiązało nieistniejący już dylemat małego Wilczaka.

warsztaty kulinarne

wyglądam na przestraszoną?

Przeczytajcie, a dowiedzie się jak!

Tak było – warsztaty kulinarne

Warsztaty odbyły się w kameralnej kawiarni na Gdańskiej Starówce przyjaznej weganom. Po wejściu do środka pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była witryna z wypasionymi wege ciachami. Na pewno tam wrócę i powiem Wam coś więcej, ale to jest temat na oddzielnego posta. W sumie to powinnam to teraz usunąć i napisać od nowa, ale wolę pisać pod wpływem chwili. Bo powinnam była raczej powiedzieć, że pierwszym, co przykuło moją uwagę nie było jedzonko, tylko uśmiech wspaniałej Oli – sprawczyni całego zamieszania, naszej prowadzącej z ogromną pasją, wiedzą i emanującym ciepłem, które od razu poczułam wchodząc do knajpki. Już wtedy wiedziałam, że to będzie dobrze spędzony czas.

Na początku posłuchaliśmy luźnego aczkolwiek wartościowego wstępu o wegańskich zamiennikach. O mąkach, które będziemy używać, jak je łączyć, co zrobić aby ciasto było zwarte, po prostu taka mała esencja, którą może Wam sprzedać tylko i wyłącznie ktoś zajawkowy, ktoś, kto sam metodą prób i błędów. Poprzez przygotowanie wielu ciach doszedł do pewnych spostrzeżeń i wprawy w temacie.

Ola przedstawiła nam propozycje przepisów, które sami wybieraliśmy i wykonywaliśmy. Jak tylko usłyszałam hasło „Snikers ze słonym karmelem” wiedziałam, że ta receptura jest moja – ciasto połączyło mnie w parę z inną świetną dziewczyną zakręconą na punkcie zdrowego odżywiania. Nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, co jest kolejnym plusem uczestnictwa w tego typu wydarzeniach, zawieranie nowych znajomości, przebywanie wśród różnych ciekawych ludzi, których połączył jeden cel i jedno miejsce (czyli coś, co jest bardzo istotne i wspominałam o tym w innej relacji (klik) ). Mogliśmy wymienić się swoimi myślami, opiniami, poglądami, czy po prostu na luzie spędzić czas, oderwać się od rutyny, chociaż na chwilę. A uwierzcie mi, ci co spędzają czas przy garach wiedzą, że w kuchni na prawdę można się wyżyć i przeżyć swego rodzaju „katharsis”. Bardzo podobało mi się to, że każda osoba była inna – weganie, wegetarianie, osoby jedzące mięso i produkty odzwierzęce, to nie miało znaczenia. Wszyscy bawiliśmy się fenomenalnie nie zważając na jakieś absurdalne podziały, które czasami niestety się tworzą.

warsztaty kulinarne

dream team

Do dyspozycji mieliśmy szeroką gamę różnych tych typowych i mniej typowych półproduktów, od bezglutenowych mąk, poprzez mleka roślinne, oleje, aż po bakalie. Słuchajcie, żadnych jaj, mąki pszennej, cukru, proszku do pieczenia, śmietany – zero!

No to do dzieła, zaczęło się. Krzątanina niczym przed Gwiazdką, każdy mielił, miksował, blendował, ucierał, gotował, lepił, mielił, śmiał się smakował i dobrze się bawił, tak zwyczajnie. Często było słychać tylko takie „mmmmm o matko jakie to dobre”, „jeny ja chcę już to jeść” i tego typu doznania 😀 .

Kiedy nasze arcydzieła były już gotowe, ładnie ustawione oczywiście obcykane, wszyscy z niecierpliwością i ekscytacją dziecka zabrali się do wspólnej degustacji. Ola fajnie to ujęła – „niczym jak na ostatniej wieczerzy”, chociaż ja mam nadzieję, że jednak nie na ostatniej. Powiem Wam, zupełnie szczerze, nie było żadnego ciasta, które by mi nie smakowało, serio, szok, bo to był pierwszy raz. Często podczas imprez, gdzie jest dużo rodzaju ciast, zazwyczaj tych tradycyjnych nie zdarzyło się jeszcze, żeby wszystkie mi smakowały. A tu roszę 5 propozycji i bang. Same sztosyyy! Najchętniej zrobiła bym je teraz wszystkie i zjadła sama po kryjomu. Chociaż nie, podzieliłabym się z Wami, okej.

warsztaty kulinarne

(nie)ostatnia wieczerza

Trzymaj się przepisu, albo nie i fajnie

Podczas przygotowywania słodkości wiedzieliśmy, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie z problemem. W razie wątpliwości był specjalista, który trzymał wszystko w ryzach. Aleksandra świetnie radziła sobie w roli supervisora ogarniającego dziewięć osób zmagających się z ty

mi wszystkimi produktami. Wiecie co było budujące? Dla perfekcjonistów, osób, które chcą zwalczyć idealistyczne podejście (tak, to ja) była to niezła lekcja tego, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z naszą wizją. To jest jak najbardziej normalne i często prowadzi do fajnych zwrotów akcji. Na przykład zupełnie nie wyszedł nam karmel, spalił się i nie rozpuścił do końca. Pomyślałam sobie, kurde schrzaniłam, nie może być, ale Ola normalnie, ze stoickim spokojem powiedziała, że przecież tak bywa, najczęściej wtedy kiedy coś musi wyjść i tyle, nic się nie stało :). Wiecie, bo to jest tak, że pewne oczywistości, które ktoś inny nam uświadomił dopiero wtedy właśnie stają się oczywistymi faktami. Wpadłyśmy wtedy na pomysł, żeby zamiast słonego karmelu przygotować słone masło orzechowe. Chyba nawet pasowało lepiej (i jeszcze było bez cukru), skromnie mówiąc snikers wyszedł nieziemski! Do tego zostało nam tyle masy i spodu, że wyczarowałyśmy jeszcze spontaniczne muffiny, które zostały wciągnięte w sekundę. Można? Można.

warsztaty kulinarne

bo na początku był chaos

„Tam nie może coś nie wyjść.” i rzeczywiście wszystko wyszło, nawet jeśli nie tak jak zamierzaliśmy na początku to i tak efekt końcowy wszystkich par był bajeczny. Kierowanie się przepisem jest ważne, ale to jest tylko (i aż) baza, z której możemy jednak stworzyć coś zupełnie „swojego”, coś unikatowego. I rzeczywiście każdy włożył cząstkę siebie do tych receptur. To tak jak z farszem do ruskich, każdej gospodyni smakuje inaczej.

Wczuj się w klimat i idź na warsztaty

Świetny klimat, cudowny nastrój, przemili uśmiechnięci ludzie, niebiańskie ciasta.Wyobraźcie sobie taki chłodny listopadowy wieczór, ale spędzony w ciepłym miejscu, ukrytym gdzieś na Gdańskiej Starówce. Przyciemnione światło, klimatyczna muzyczka, kumacie, taka mała magia, o której nikt z zewnątrz nie ma pojęcia. Widzicie to? Fajnie jest samemu tworzyć taki klimat.  To wydarzenie dorzucam do kolekcji super wspomnień, których nikt mi nie zabierze. Wart tam być. A do tego spełniać swoją pasję i uczyć się nowych rzeczy. Nie chcecie?

Pewnie że chcecie 🙂

warsztaty kulinarne

dziedzictwo

I jeszcze dostaliśmy piękne certyfikaty, jest namacalny dowód, pamiątka do domowej kolekcji, dam mamie niech będzie dumna.