ulubiona sałatka z pieczonym burakiem inspirowana „Jaglanym Detoksem” Marka Zaremby

Nie ma nic złego w inspirowaniu się innymi, szczególnie jeśli chodzi o przepisy kulinarne. Pod warunkiem, że jesteś szczery i nie przywłaszczasz sobie z premedytacją i pełną świadomością cudzego przepisu jako własna unikalna receptura. Pewnie, nigdy nie ma pewności, czy ktoś wcześniej już tego nie wymyślił, nie skomponował, ale to nie o to chodzi. Chodzi o bycie fair wobec siebie i innych. Szczerze, to głównie wobec siebie, bo ja bym chyba nie usnęła dzisiaj ze świadomością, że podzieliłam się z Wami przepisem, który ewidentnie był inspirowany recepturą z pewnej mądrej książki i nie nadmieniła autora. Nadmienię, że warto też kształtować swój własny styl. Styl robienia zdjęć, propozycje podania, opisy etc. Takie wieczorne, luźne przemyślenia które wpadły mi ostatnio, z chyba najintensywniejszego blogowo okresu do tej pory (który ciągle trwa i mam nadzieję, że potrwa jeszcze).

Oryginalny przepis na nią znalazłam w książce pt. „Jaglany Detoks”, a w zasadzie był to buraczany słoik zdrowia. W takiej postaci podzielił się nim autor, guru kaszy jaglanej – Marek Zaremba. Ja tylko w niewielkiej części zmodyfikowałam go poprzez dodatek kompozycji prażonych ziaren oraz rucoli. No i zmieniłam propozycję podania – jako chaotyczna kompozycja wymieszana w misce, a nie pod postacią warstwowo ułożonych składników w lunchowym słoiczku jak proponuje autor. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z jego dziełami „Jaglany Detoks” oraz „Jaglany Detoks. Kolejny krok”, gdyż jest ona wartościową lekturą dla osób, które pragną jeść bardziej świadomie, czy myślą o przeprowadzeniu właśnie jaglanego detoksu. Może napiszę kiedyś ich recenzję? Dobry pomysł?

Sałatka z pieczonego buraka gości na stole minimum raz w tygodniu ze względu na genialne połączenie smaków, na jej efektowność, świeżość, obłędny wygląd, zapach, właściwości prozdrowotne oraz na fakt, że przygotowywanie jej zwyczajnie sprawia mi frajdę. Wypróbujcie, na jednym razie się nie skończy. Obiecuję.

strona autora: http://gotujzdrowo.com/

Składniki

1 saszetka / 100g kaszy jaglanej

1 średniej wielkości burak

3 twarde jabłka

1/3 szklanki pestek dyni

1/3 łyżki sezamu

1/3 łyżki siemienia lnianego

1/2 łyżki nasion słonecznika

garść rucoli

sól, pieprz wedle smaku

Dressing

1 łyżka miodu (najlepiej lejącego)/ syropu z agawy

sok z 1/2 cytryny

1 łyżka wody

3 łyżki wysokojakościowego oleju (najlepiej rzepakowy tłoczony na zimno, ale kujawski też będzie ok)

Wykonanie

Kaszę gotujemy według przepisu. Nie mieszamy jej w trakcie gotowania, bo zrobi się brejowata, a nam zależy na uzyskaniu w miarę możliwości sypkiej kaszy, może być nawet lekko twardawa. Buraka obieramy, kroimy w kostkę, układamy na blaszce wyłożonej papierem, polewamy oliwą, lekko solimy. Pieczemy pod przykryciem do miękkości w 180°C przez około 25 minut. Jabłka obieramy, oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w kostkę. Ziarna (oprócz siemienia lnianego) prażymy przez kilka (4-5) minut na patelni utrzymując mały gaz, co jakiś czas mieszamy je drewnianą łyżką.

W małej szklance łączymy składniki na dressing – miód/syrop z agawy, sok z cytryny, wodę i olej.

Wystudzoną kaszę, buraka, jabłka oraz mieszankę ziaren (zostawcie garstkę do posypania gotowej sałatki z wierzchu) wrzucamy do miski, zalewamy dressingiem – mieszamy dokładnie, dosalamy i dopieprzamy wedle gustu. Na końcu dodajemy rucolę – mieszamy jeszcze raz, ale bardzo delikatnie, aby nie uszkodzić liści. Obłędna sałatka z pieczonym burakiem gotowa!

 

 

 

Hummus party – kolorowe pasty z grochu

Nawet nie zauważyłam kiedy piękna złota jesień przerodziła się w zimną, wilgotną, wietrzną i w ogóle nieprzyjemną szarugę. Ten tragiczny czas, w którym wstaję rano – jest ciemno, wracam do domu późnym popołudniem – jest ciemno, nastał i nie mogę go powstrzymać. Jedyne co pozostaje to zahibernować się gdzieś pod trzema kołdrami, pięcioma kocami na jakieś 4-5 miesięcy i przeczekać ten okres do momentu, w którym życie i kolory wrócą… Co za brednie, co to za depresyjne nastawienie? Nie ze mną te numery, trzeba wstać i walczyć, a ja z chandrą lubię walczyć w kuchni, bo to jest walka, w której z reguły jestem na wygranej pozycji. Z szarościami, które toleruję jedynie w swojej szafie, a nie w otaczającym świecie najczęściej radzę sobie tak – ja to nazywam „koloroterapią”. I proszę mnie nie wyzywać teraz od żadnych wariatek, znachorów czy szamańskich wiedźm, ale to działa i nikt mi nie powie, że otaczające barwy nie mają wpływu na nasz nastrój, bo ja na przykład nie potrafiłabym zasnąć w sypialni o wściekle czerwonych ścianach. 

Podczas depresyjnych dni warto trochę pokolorować talerz i fajnie wpłynąć na swój nastrój. Nie wiem co Wy uważacie, ale myślę, że te kolorki są urocze i zachęcające – ich zaletą jest to, że smakują tak samo dobrze jak wyglądają (mam nadzieję, że wyglądają). Do przygotowania szczególnie zachęcam hummusowych świrów, którzy objedli się już tradycyjną wersją pasty. A dla tych, którzy nigdy jej nie jedli polecam przyrządzić małą porcję na spróbowanie, bo smak jest dość intensywny i zupełnie odmienny niż znamy z tradycyjnych polskich dań, w końcu kuchnia arabska jest dość (nawet bardzo) daleka od naszej, prawda?  Jednak jak już wiecie z poprzedniego postu #SmakujTrójmiasto uważam, że warto otwierać się na nowe doznania kulinarne, dawać szansę swoim zmysłom i dojrzewać do pewnych smaków. Także niczego się nie bać i próbować! Przepis jest banalnie łatwy 🙂

Składniki (na 1 miseczkę każdego z kolorów)

Baza do wszystkich past:

1 szklanka wymoczonego, ugotowanego grochu łuskanego

1 duża łyżka tahini (pasta sezamowa)

1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

1 ząbek czosnku

sok z ćwiartki limonki

sól

pieprz

oliwa z oliwek

Składniki do poszczególnych kolorów:

Zielony:

1 łyżeczka sproszkowanego młodego jęczmienia

Garść jarmużu, lub szpinaku

Parę listków mięty/pietruszki/kolendry (opcjonalnie)

 

 

Żółty:

1 łyżeczka curry

1 łyżeczka kurkumy

 

 

 

Różowy:

Ćwiartka pieczonego buraka (lub więcej jeśli lubicie dominujący buraczany smak)

 

 

 

 

Wykonanie:

Groch moczymy przez parę godzin, najlepiej przez noc w wodzie, następnie gotujemy do miękkości (WSKAZÓWKA: jeśli nie lubicie bawić się z moczeniem i chcecie mieć swój hummus „na już” możecie użyć ciecierzycę z puszki, która po odlaniu od razu nadaje się do przerobienia). Wszystkie bazowe składniki oraz naturalne barwniki do uzyskania wybranego kolorku blendujemy na gładką masę, przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i.. gotowe! Pyszna prościzna!

Podajemy na kanapce, z chrupkimi warzywami, jako dodatek do burgerów, placków, naleśników, bądź jemy prosto z michy 🙂