Follow Us

Copyright 2017 | Softset

biszkopt bez mąki na śniadanie i nie tylko

Z tym przepisem uwierzycie, że możliwe jest dostosowanie każdego przepisu do Waszych potrzeb i preferencji żywieniowych.

Pozwólcie, że dzisiaj historyjkę opowie Wam Pan Biszkopt. Jestem przekonana, że będzie równie pasjonująca. Jest tylko jedno „ale”. Żeby zaczął gadać musicie najpierw sami sobie go upiec.

Nie bójcie się zagadać, bo chłopak jest na prawdę łatwy. ;P

Przepis poniżej. 🙂

biszkopt bez mąki

Składniki na biszkopt:

5 jajek

5 łyżek mąki jaglanej

4 łyżki mąki kokosowej/płatków kokosowych

pół łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

opcjonalnie: do biszkoptu czekoladowego 1 łyżka kakao

Składniki na sos ananasowy ze zdjęcia:biszkopt bez mąki

1/3 świeżego ananasa

część stała z 1 puszki 400ml mleczka kokosowego

sok z 1/2 limonki

3 cm kłącza imbiru

kilka szczypt kurkumy

opcjonalnie: cukier trzcinowy

Wykonanie biszkoptu

  1. Nastaw piekarnik na 200°C
  2. Białka oddziel od żółtek(pamiętaj, żeby jajka były zimne, prosto z lodówki, piana lepiej się ubije)
  3. Jeśli nie masz mąki jaglanej zmiel w blenderze  albo młynku do kawy 200g (1 torebkę) kaszy.
  4. Do białek dodaj szczyptę soli i ubij na sztywną pianę.
  5. Do ubitej piany dodaj żółtka, mąkę jaglaną i mąkę kokosową lub wiórki zmieszane z proszkiem do pieczenia oraz (opcjonalnie) kakao.
  6. Wymieszaj dokładnie, ale delikatnie.
  7. Powstałą masę wylej do formy lub bezpośrednio na papier do pieczenia.
  8. Jeśli chcesz uzyskać wysoki biszkopt dodaj nieco więcej proszku do pieczenia, uformuj wyższą masę.
  9. Piecz przez około 15 minut.
  10. Biszkoptowi możesz nadać dowolne kształty. Biszkopty ze zdjęcia zostały wycięte wiaderkiem po twarogu w celu otrzymania dużych, okrągłych placuszków, co idealnie sprawdza się na śniadanie.

Wykonanie sosu ananasowego ze zdjęcia

  1. 1/3 ananasa zblenduj ze stałą częścią mleczka kokosowego
  2. Dodaj sok z 1/2 limonki,
  3. W prasce do czosnku wyciśnij około 3 cm kłącza imbiru
  4. Do opcji deserowej ewentualnie cukier trzcinowy
  5. Wymieszaj wszystko, polej nim gotowe piszkopty, udekoruj ulubionymi owocami

Gotowe!

malinowe smoothie bowl

Tęsknię za latem. Szczególnie zatęskniłam w ostatnich dniach, kiedy zmęczona i przepracowana wyczekiwałam weekendu majowego. Ukochanego wolnego wszystkich polaków, polaków grillujących, polaków pijących, polaków imprezujących. A on spłatał nam wszystkim niemałego figla i mimo tego, że słoneczny, był niczym Wielkanoc w marcu – zupełne rozczarowujący, bo zdradliwy i zimny. Skurczybyk.

I wracałam w poniedziałek zmarźnięta do jeszcze zimniejszej Gdyni, w kołyszącej się na tym cholernym wietrze Fieście. Przy maksymalnej prędkości osiemdziesiąt pięć (poza terenem oczywiście) mijałam nie tylko panie grzybiarki bez grzybów w Waćmirku (kto jeździ, ten wie), ale i stragany na starej Berlince z napisem TRUSKAWKI, ZIEMNIAKI I BORÓWKI. I ja się pytam – serio? Truskawki na początku maja, po zarąbiście zimnym kwietniu. Język do d. ucieka, bo się chce bo zimie wszystkiego co jagodowe… Bo banany już gonią w nocnych koszmarach… Bo jabłka przetrenowane od ligola po antonówkę już nudne… Bo na mango na koniec miesiąca brakuje, a tu truskaweczka… Piękna, czerwona.

„- Polska, pani, pewno, nasza uprawiana, w foliji, piętnaście za kilogram.”. Dziękuję ale nie. Jeszcze wolę kupić mrożoną chociażby w markecie. A dlaczego? Otóż sezon na truskawki trwa od czerwca do około połowy lipca. Wtedy i tylko wtedy je kupuję, to samo tyczy się innych sezonowych warzyw i owoców. Chyba, że chcę mieć pokrzywkę, albo wysypkę na plecach, ale jeszcze mnie tak nie pogrzało. W innych okresach czasu na rynku możemy spotkać truskawki hiszpańskie, czy marokańskie, oraz oczywiście szklarniowe, jeśli mamy farta i sprzedawca nas nie blefuje, cwaniak jakiś. Ale tych jest garstka i kosztują krocie.

Ani Hiszpania, ani Maroko to nie pobliskie polskie województwa, z których transport trwałby w porywach kilka godzin do jednego dnia. I tu zaczyna się cała historia, o której można napisać poemat epicki trzynstozgłoskowcem na przykład. Transport takiego produktu, to cały złożony proces logistyczny, który ma na celu dostarczenie nam całego, spełniającego normy owocu.

Mając na uwadze fakt, jak krótko wytrzymują takie wodniste sezonowe owoce w naszych lodówkach, często włącza nam się kreatywność i na letnie obiadki serwujemy słodkie pyszności jak makarony, pierogi z owocami, deserowe koktalje, czy kompoty, aby wygrać kupiony w nadmiarze (!) produkt. Produkt, o który walczą z nami mikroorganizmy (głównie pleśnie) uwielbiające soczyste malinki, czy truskawki. Dodatkowo wewnątrz każdego takiego owocu zachodzą liczne przemiany biochemiczne, które również prowadzą do dojrzewania, przejrzewania i w rezultacie psucia. Dlatego właśnie, taki zagraniczny owoc niestety nie dojrzewa w słońcu słonecznej Espanii, a w kontenerze pod warstwą tzw. „chemii”.

A jak smakuje taki zakazany owoc poza sezonem? Wodnisty, twardy i papierowy, jednym słowem smakuje jak rozczarowanie. Można wrzucić go do jednego worka z Wielkanocą w marcu, zimnym weekendem majowym i rodzynkami w serniku.

Nie, dziękuję.

Dlaczego mrożone owoce są lepszą alternatywą dla tych dziwnych poza sezonem?

Zamrażanie polega na obniżeniu temperatury produktu do -18°C w celu zahamowania procesów chemicznych i biologicznych. Gwarantuje nam to właściwe utrwalenie owocu i sprawia, że możemy zajadajć się zmiksowanymi i zamrożonymi w lipcu truskawkami na przykład podczas jesiennej chandry, pod kocysiem z netflixem. Jest to najmniej inwazyjna metoda utrwalania żywności, szczególnie produktów roślinnych, ponieważ nie wpływa ona w znacznym stopniu na utratę cennych składników odżywczych takich jak witaminy, czy barwniki, które już podczas stosowania metod polegających na użyciu wyższej temperatury rozpadają się. Nie chcę wchodzić w głębszą analizę, taka jak śmierć komórkowa, aktywność wody itp. bo to katorga, ale wnioski z tego krótkiego wywodu są dwa:

Idę po mrożone z zeszłego roku, albo wybiegam w przyszłość i mrożę sam na czarną godzinę. A dwa to cierpliwość – czekam i kupuję je w odpowiednim dla danego produktu czasie.

Jak zrobić pyszne malinowe smoothie bowl w 5 minut nawet poza sezonem poniżej 🙂

malinowe smoothie bowl

Składniki na około 3 miseczki (po 250 ml)

2 garści świeżych (sezonowych!) lub mrożonych malin / truskawek

1 banan

3 łyżki płatków owsianych

2 szklanki mleka kokosowego (lub innego)

1 łyżka oleju kokosowego nierafinowanego

szczypta soli

Wykonanie

  1. Wszystkie składniki wkładamy do blendera i miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.
  2. Dla lepszego „instagramowego” efektu ozdabiamy nasze smoothie użytymi składnikami, które możemy zostawić w niewielkiej ilości przed zbelndowaniem. Technika dowolna!

Gotowe!

Kremowy sos do makaronu bez śmietany

Kremowy sos do makaronu bez śmietany. Czy to możliwe? No jasne że tak. Sosy, szczególnie te kremowe, śmietankowe, najbardziej kuszące to temat rzeka – morze wyrzutów sumienia i fale tęsknoty jeśli wykluczasz produkty mleczne, gluten lub po prostu dbasz o to, by każdy posiłek był wartościowy dla organizmu. Krótko mówiąc – mówisz powiedzieć baj, baj sosie beszamelowy na mące pszennej, masełku i mleku, arrivederci sosie śmietanowy na kremówce.  I co dalej? I bardzo dobrze, ja nie tęsknię i Ty też nie będziesz.

Kiedy najpierw świadomie zrezygnowałam z mięsa zwierząt rzeźnych i drobiu, wiedziałam, że przygoda smaków dopiero się zaczyna. Będąc na diecie tradycyjnej nie dałam szansy swoim kubkom smakowym ujawnić potencjału, jaki w nich drzemał. Teraz wiem, że bogactwo składników, ich kombinacji, połączeń, techniki przetworzenia może wykorzystać na nieskończenie wiele sposobów. I oto jeden z nich – kremowy sos do makaronu, bez śmietany, bez masła, bez mącznej zaklepki.

W zamian za wyżej wymienione składniki otrzymujemy odżywczą bombę – między innymi kombinację białka roślinnego, potasu, czy kwasu foliowego, które dostarcza nam czerwona soczewica – główny składnik sosu. Strączek ten w duecie z batatem, który jest sekretem otrzymania kremowej konsystencji sosu (dzięki skrobii) zrobili, że tak powiem „robotę”zarówno smakowo, jakościowo jak i pod względem struktury. Myślałam, że taki efekt można otrzymać używając tylko szalenie drogich namoczonych nerkowców, mleczek kokosowych, czy śmietanek sojowych wątłej jakości (no i soja nie dla każdego). Teraz wiem, że do klasycznego sosu śmietanowego, czy beszamelu nie wrócę. A nawet jak na półce zabraknie mi mleczka kokosowego, nie będę płakać nad rozlanym mlekiem, bo mam ten niezawodny przepis.

Do powstania tego przepisu zainspirował mnie mój „stary”. Stary miłośnik makaronu i sosu śmietanowego, którego nawyki żywieniowe próbuję nakierować na zdrowsze tory. I Jemu też dedykuję ten przepis, bo powiedział, że się oszukał i smakowało, mimo tego, że było zdrowe. Aż się łezka w oku kręci.

Przepyszny, kremowy sos do makaronu bez śmietany poniżej 🙂

kremowy sos do makaronu bez śmietany

Składniki na mały garnek sosu

1 szklanka czerwonej soczewicy

1 mały batat / jeśli nie masz batata weź zwykłego ziemniaka

1/2 białej cebuli

2 ząbki czosnku / 2 łyżeczki czosnku granulowanego

2 łyżeczki curry

1 łyżeczka kurkumy

Parę (3-4) szczypt gałki muszkatołowej

opcjonalne inne przyprawy: szczypta chilli / 1/2 łyżeczki papryki wędzonej

sól, pieprz

2 łyżeczki soku z cytryny

1/3 do 1/2 szklanki oliwy z oliwek

olej rzepakowy / kokosowy do smażenia

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy, podsmażamy na rozgrzanym oleju.
  2. Po chwili dodajemy obranego ze skórki, pokrojonego w kostkę batata. Dusimy tak składniki przez około 10 minut.
  3. Dodajemy soczewicę, mieszamy i dusimy kolejne 5 minut.
  4. Wlewamy 3-3,5 szklanki wody, dodajemy przyprawy.
  5. Gotujemy przez około 15-20 minut, co jakiś czas mieszając, aż soczewica wchłonie wodę i zrobi się lekko „ciapkowata”.
  6. Następnie, stopniowo dodając oliwę i sok z cytryny blendujemy na gładką,kremową masę na najwyższych obrotach blendera (około 4 minuty).
  7. W razie potrzeby doprawiamy, wedle gustu.
  8. Sos idealnie komponuje się z takimi dodatkami jak: suszone pomidory, brokuły al dente, szpinak, cukinia, czarne oliwki, czy świeże zioła – kolendra, bazylia, oregano.

Gotowe!

pasta z pieczonego czosnku i batata

Dzisiaj krótki, prosty i pyszny wstęp. Co do pyszności to ma ono znaczenie ambiwalentne. Po pierwsze, pysznię się ja, chełpię wręcz tym przepisem, ponieważ dawno nie zrobiłam czegoś tak niebanalnego i prostego zarazem. Od dawna czekałam, aż przyjdzie mi do głowy w końcu taki świeży pomysł jak ten. Po drugie, pyszna jest pasta sama w sobie. Jej składniki idealnie współgrają, tworząc smak, do którego, chce się wracać.

Pieczony czosnek jest sekretem i nieodłącznym elementem tej pasty, którego nie da się zastąpić, tak jak witaminy B12 w diecie wegańskiej ;). Dodatkowo ta pasta udowadnia, że cynamon nie musi być tylko oczywistym dodatkiem do owsianki, czy pieczonych jabłek. Ponadto idealnie komponuje się on z wytrawnymi dodatkami, balansuje słodycz batata i jest tzw. „śrubą” całej kombinacji. Nie zapominajcie proszę o wysokiej jakości oliwie, która będzie idealnym nośnikiem wszystkich smaków oraz nada kremowej konsystencji, co podczas rozsmarowywania pasty na świeżym, razowym chlebie będzie przyprawiać wszystkich kulinarnych fetyszystów o dreszcze…

Niezwykła pasta z pieczonego czosnku i batata poniżej 🙂

Składniki na mały słoiczek

1 mały batat (około 150-200g)

5 ząbków czosnku

oliwa z oliwek

szczypta cynamonu

szczypta pieprzu cayenne

rozmaryn (suszony lub świeży)

sól, pieprz

 

Wykonanie

  1. Piekarnik nastawiamy na 180-200 °C. Przygotowujemy folię aluminiową i małe naczynie żaroodporne.
  2. Batata obieramy, kroimy w cienkie paski/kostkę – im drobniej pokrojony, tym szybciej się upiecze.
  3. Ząbki czosnku obieramy z łupin (tip: aby łupiny łatwiej odchodziły ząbki należy rozgnieść za pomocą szerokiego noża).
  4. Słodkiego ziemniaka i czosnek układamy na folii aluminiowej, solimy, pieprzymy, dokładamy kilka listków rozmarynu, polewamy oliwą z oliwek, szczelnie zawijamy i układamy w naczyniu żaroodpornym lub na blaszce. Pieczemy około 35-40 minut, do momentu aż bataty i czosnek zmiękną, czosnek powinien być mocno przyrumieniony.
  5. Upieczone składniki blendujemy na gładką masę wraz ze szczyptą (lub dwiema) cynamonu oraz szczyptą pieprzu cayenne. Można dodać więcej oliwy, doprawić solą i pieprzem wedle uznania.

Gotowe!

 

Mocno paprykowa pasta do chleba i nie tylko

Pasta do chleba jako wegetariańsko – wegańskie zbawienie porannego posiłku. Tak brzmiałby temat mojej rozprawki na maturze, gdybym mogła pisać o czym chcę. Ale nie mogłam,więc mam bloga.

Mówiąc, że pasty do chleba są świetnym rozwiązaniem na uniknięcie śniadaniowej monotonii nie jest wielkim odkryciem. Ale to prawda, ponieważ bardzo łatwo popaść w owsiankowy, kanapkowoserowy czy jajecznicowy wir. W internecie roi się od różnych połączeń smakowych, tych bardziej klasycznych jak i fensi, ekstrawaganckich tzw. innowacji rynkowych, udawane paprykarze, smalce bez smalcu (kocham! zrobiłam przepis, wstawię, ale nie pod tą nazwą). Z resztą wcale nie mam takich ambicji, by coś odkrywać, ale bardziej dzielić się tym, co na co dzień hobbystycznie robię. Czasem bardziej regularnie, a zazwyczaj mniej, ale taki mam już klimat. Także po raz kolejny, po kolejnej przerwie (czasem mam wrażenie, że tych przerw w blogowaniu jest więcej niż przepisów), wrzucam (jak prawie zawsze) skromny, łatwy, budżetowy przepis. Bez żadnych glonów nori zbieranych podczas pierwszej niedzieli miesiąca, bez drobin meteorytu znalezionym na Atacamie, czy bez księżycowego pyłu. Po prostu smaczna pasta z papryki, która jeszcze w pamiętnych Radomicach zwojowała niejedno śniadanie.

Kupnych past do chleba nie lubię z kilku powodów. Po pierwsze cena tych z interesującym i tzw. „dobrym” składem powala na kolana, szczególnie biednych „loł budżet” studentów (here I am!). Po drugie decydując się na zakup w marketach zawsze bierzesz kota w worku. Wiele razy pasta zakupiona w jakimś niemieckim markecie lądowała niestety w koszu na śmieci aniżeli na chlebie, ponieważ jej smak okazywał się najzwyczajniej ochydny. Czasami zastanawiam się, czy producenci wege jedzenia próbują swoich produktów przed wprowadzeniem ich na rynek, serio. Oczywiście inną sprawą są zakupy na ryneczkach, gdzie zazwyczaj każdy może spróbować produktu przed zakupem. Jednak w wielu przypadkach kupowanie „słoiczków” regularnie i niedajpanieboże robienie z nich zapasów na zimę mocno nadwyręża budżet (patrz punkt punkt pierwszy), szczególnie jeśli zainteresowany lubi grubo posmarowane, he he. A tak ogólnie rzecz ujmując, robienie pasty jest jedną z najprzyjemniejszych czynności w kuchni, więc po co pozbywać się tej prozaicznej rozrywki. No chyba, że ktoś ewidentnie nie jest zainteresowany, nie lubi i nie chce gotować. Ale chyba taka osoba nie czytała by właśnie tego posta, prawda?

Skoro znalazł się już ktoś zainteresowany, polecam uzbroić się w solidny, lub mniej solidny blender (no ale minimum 600 W ok?), kilka słoików, dobry nastrój i łyżkę do próbowania, bo bez tego ani rusz. Dodam, że paprykowe smarowidełko smakuje pysznie z białym serem na domowym żytnim chlebie, pasuje do frytek, pieczonych batatów, czy jako imprezowy dip do przekąsek.

P.S. Piesek radomickich gości w kadrze dla atencji.

Składniki (na kilka słoików, napełnicie na oko 😉 )

5 dużych papryk

3-4 średnie marchewki

1 puszka ciecierzycy

2 cebule

4 ząbki czosnku

olej

3 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

sól, pieprz

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy w pióra, rozgrzewamy olej w garnku, następnie wsypujemy łyżeczkę soli, podsmażamy ją pod przykryciem do zeszklenia.
  2. Marchewki obieramy, kroimy w cienkie plasterki.
  3. Papryki oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w paski, czosnek siekamy drobno. Tak przygotowane warzywa dorzucamy do cebuli i dusimy pod przykryciem przez około 40 minut, co jakiś czas mieszając, do momentu, aż papryka będzie się rozpadać, pod koniec gotowania można zdjąć przykrywkę i odparować wodę, jeśli papryka puści jej za dużo.
  4. W międzyczasie wsypujemy paprykę mieloną. Na koniec dodajemy ciecierzycę (bez wody) i blendujemy wszystko około 4-5 minut na wysokich obrotach bardzo dokładnie do uzyskania gładkiej konsystencji pasty. Dosalamy i pieprzymy do smaku.
  5. Przekładamy do wyparzonych słoików, można zapasteryzować i zatrzymać na później.
  6. Otwartą trzymamy w lodówce do 4 dni.

 

 

wegańska zapiekanka pasterska

Siedzę zwinięta w kulkę przed moim domkiem w radomickim siedlisku popijając waniliowego rooibosa, do którego powinnam dolać rumu – byłoby idealnie. Tak, zawsze jakieś „ale”. Opatulona moim ulubionym miodowym swetrem, na stopach grube skarpety w skandynawskie wzory, dwudziesty ósmy sierpnia, zegar wskazuje godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy, nie zauważyłam nawet, że już zaszło słońce. Na szczęście pogoda jest jeszcze przychylna i pozwala mi spędzić ostatnie sierpniowe wieczory w tym miejscu na zewnątrz, choć w powietrzu czuć już rześkość i chłód, który po tegorocznych upałach zaczął przypominać o swojej obecności. Jesień nadchodzi. Powoli nastrajam się i aklimatyzuję do długich, nostalgicznych wieczorów. Zupełnie nie mam nic przeciwko nim, a nawet więcej – tęskniłam. Kocham jesień, chyba najbardziej ze wszystkich pór roku. Kocham ją taką jaka jest w swojej okazałości, bez względu na słotę, błoto i wilgoć. Prawdziwa miłość.

Skoro już napisałam taki wprowadzający w nastrój jesienny wstęp, należy pójść krok na przód i przedstawić danie, które perfekcyjnie wpasowuje się w koncepcję jesiennego posiłku, tzw. „comfort foood”. Comfort food’em nazywa się dania, które wzbudzają w nas nostalgię, są niejako sentymentalne, przywołują wspomnienia lub są po prostu sycące, kaloryczne i sprawiają, że w brzuszku robi się cieplej, a na buźce pojawia się uśmiech. Danie po którym czujemy siębardzo najedzeni i bardzo szczęśliwi – taka właśnie jest moja zapiekanka pasterska. Może znajdzie się ktoś, kto dałby mi po uszach za określenie wegańskiej zapiekanki z soczewicą mianem zapiekanki pasterskiej, bo wiecie PROFANACJA. Zamiast mielonej wołowiny – zielona soczewica, bez sosu Worcestershire – bo zawiera anchois, bez groszku – uznałam, że dodatkowy strączek mógłby być niezłym wyzwaniem dla naszych jelit – if you know what I mean…

Ale jak zwykle chrzanić konwenanse i tak jest przepyszna!

Oto wegańska zapiekanka pasterska.

Składniki na duże naczynie żaroodporne

1 paczka zielonej soczewicy

6 marchewek

1 por

3 ząbki czosnku

4 łyżki koncentratu pomidorowego

3/4 szklanki czerwonego wytrawnego wina

10 średniej wielkości ziemniaków

1/2 szklanki mleka roślinnego

2 łyżki oleju kokosowego / masła

gałka muszkatołowa

tymianek suszony + opcjonalnie świeży

rozmaryn suszony

ziele angielskie

liście laurowe

sól

pieprz

olej

Wykonanie

Purée

Ziemniaki obieramy, kroimy w ćwiartki i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. Gdy ziemniaki będą ugotowane, odlewamy wodę, dodajemy 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, mleko roślinne oraz olej kokosowy lub masło i bardzo dokładnie ugniatamy tłuczkiem do ziemniaków.

Farsz

W międzyczasie gotujemy soczewicę z kilkoma liśćmi laurowymi i ziarnami ziela angielskiego (ich dodatek do gotowania strączków redukuje nielubiane właściwości wzdymające) według instrukcji podanej na opakowaniu. Jasną część pora kroimy w cienkie krążki, marchew obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Na dużej i najlepiej głębokiej patelni (w ostateczności może być garnek) rozgrzewamy olej, po czym wrzucamy por, posiekany czosnek i marchewkę -dusimy przez około 10 minut co jakiś czas mieszając. Następnie dokładamy ugotowaną soczewicę i koncentrat pomidorowy. Na koniec solimy, pieprzymy, dodajemy 1 łyżeczkę tymianku, 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej oraz dolewamy wino. Farsz smażymy jeszcze przez 5-7 minut bez przykrycia co jakiś czas mieszając.

Na koniec

Naczynie żaroodporne olejujemy. Na dnie wykładamy 1/3 purée, tak by tworzyło zwarty spód. Następnie układamy farsz z soczewicą lekko przygniatając je łyżką,co spowoduje, że zapiekanka będzie zwarta. Na górę wykładamy resztę purée ziemniaczanego, w którym tworzymy wzorki widelcem (jak na załączonym zdjęciu). Całość posypujemy tymiankiem, rozmarynem i szczyptą gałki muszkatołowej. Pieczemy w 180° C przez około 40 minut do zarumienienia się zapiekanki. Serwujemy przyozdobioną świeżymi ziołami. Gotowe!

Zapiekankę można podawać z ulubionym sosem pomidorowym lub keczupem, ale jak dla mnie tworzy ona kompozycję, która nie wymaga dodatków, no może oprócz michy zieleniny :).

Smacznego!

mielone kotlety jaglane z marchwią

Może wydawać się to nieco monotematyczne, że każdy mój przepis sygnowany jest terminem „łatwy” i/lub „szybki”, ale nic nie poradzę na to, że znaczna większość receptur jakie tu się pojawiają taka rzeczywiście jest,bez ściemy. Dzielę się zatem kolejnym przepisem będącym kwintesencją prostej, domowej kuchni roślinnej – mielone kotlety jaglane.

Przyznam, że zawsze robię je z głowy, ale wczoraj postanowiłam w końcu spisać mój skład. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że te kotlety nie są żadnym wielkim odkryciem. Żadnym z przełomowych dań zmieniającym oblicze wegetarianizmu, czy weganizmu jak na przykład beza z aquafaby, nerkownik albo twarożek słonecznikowy… może nawet wydają się być daniem nieco banalnym i oklepanym? Jednak jedno jest pewne – są po prostu pyszne i urzekają prostą. Prostotę (dobrze wykonaną prostotę) cenię bardziej od pretensjonalnej finezyjności i niewytłumaczonego silenia się na wyrafinowane dania, które koniec końców mogą okazać się jednym wielkim rozczarowaniem – tutaj często balansuje się na granicy kiczu i przekombinowania.

Tym daniem nikt się jeszcze nie rozczarował. Na dowód tego, powiem tylko, że wczoraj zaserwowałam je gościom OchAch i WCS z dodatkiem pieczonych ziemniaczków, sałaty z pomidorem oraz sosem koperkowo-czosnkowym. Wszystko zniknęło z półmisków zanim zdążyłam wypowiedzieć „konstantynopolitańczykowianeczka”, co jest chyba najbardziej satysfakcjonującym zwieńczeniem kolacji dla każdej gospodyni. A przynajmniej dla mnie, bo jak to mówi się w moim domu „wszystko trzeba zjadać”, a jak smakuje to już w ogóle grzech zostawiać… 🙂

Składniki na około 12 sztuk

400 g kaszy jaglanej

ok. 6-7 upieczonych marchewek

4 duże cebule

4 posiekane drobno ząbki czosnku

4-5 łyżek siemienia lnianego

2 łyżeczki curry

2 łyżeczki papryki słodkiej mielonej

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżka musztardy francuskiej

sól, pieprz

nasiona słonecznika

Wykonanie

Marchewki obrać, pokroić w słupki i upiec do miękkości (około 25 min w 200 C). Cebulę pokroić drobno, zeszklić na oleju. W międzyczasie ugotować kaszę ( 1 część kaszy na 2 części wody), jak się rozgotuje nic nie szkodzi w tym wypadku. Przygotować dużą miskę, do której wrzucamy upieczoną marchew, cebulę i jaglankę oraz resztę składników, czyli ząbki czosnku, siemię lniane, przyprawy, musztardę, sos sojowy. Wszystko miksujemy blenderem ręcznym na gładką masę. To nie mięsko, więc na luziku można próbować masę na kotlety podczas wyrabiania i wedle smaku dosolić, czy dopieprzyć. Kiedy uzyskamy całkiem jednolitą (jak się trafi kawałek marchewki to system nie upadnie) i zwartą masę formujemy kotlety, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Polecam przygotować sobie miskę z wodą, w której można zwilżać dłonie. Gdy kotlety będą wyrabiane mokrymi rękami łatwiej uformują się i nie będą tak podatne na przyklejanie się do skóry rąk. Pisałam już o tym przy okazji posta z wegeburgerem. Na koniec kotleciki posypujemy ziarnami słonecznika, które następnie delikatnie wgniatamy, aby lepiej przywierały. Kotlety pieczemy w 180 C przez około 45 minut. Gotowe!

mielone kotlety jaglane

łatwe i szybkie owsiane babeczki

Owsiane babeczki bez mąki pszennej, bez jajek, bez masła – powoli zaczynam czuć się w temacie swobodnie i rozumieć sens tego kierunku, którym coraz chętniej zmierzam z wielu względów.

Pamiętam kiedy jeszcze sama zadawałam sobie pytanie „ale po co kombinować i piec w ten sposób?”. Zupełnie nie pojmowałam w jakim celu powstają tego typu „przekombinowane” przepisy. Później poznałam pojęcie weganizmu, celiakii, alergii, nietolerancji, chorób autoimmunologicznych, a przygotowując posiłki dla wielu różnych osób odwiedzających OchAch i WCS zobaczyłam jak powszechne jest zjawisko wykluczania pewnych produktów z diety (i wcale nie z wyboru, lecz z konieczności dyktowanej zdrowiem). Zjawisko, bo nie chcę używać słowa problemem i z góry napiętnować, czy oceniać, gdyż mając odpowiednie narzędzia w postaci sprawdzonych przepisów oraz chęć i trochę determinacji okazuje się, że coś, co kiedyś rzeczywiście byłoby przeszkodą, na dzień dzisiejszy jest dla mnie zupełnie do zrobienia – i to całkiem sprawnie i szybko.

Być może ten prosty przepis okaże się przydatny w sytuacji, kiedy będziecie chcieli wykonać miły gest i wywołać uśmiech na twarzy osoby, która z różnych powodów wykluczająca jaja, nabiał, czy pszenicę w swojej diecie niekoniecznie dobrowolnie. Z autopsji powiem, że mi się udało,uczucie jest niezwykle budujące dla obu stron :). Zachęcam i polecam!

Składniki na 12 babeczek

3 dojrzałe banany

10 łyżek mąki owsianej = zmielonych płatków owsianych

3 łyżki mąki ziemniaczanej

4 łyżki oleju

2 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka gałki muszkatołowej

1 łyżeczka soli

1/2 łyżeczki pieprzu

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wykonanie

Banany blendujemy z olejem na gładką masę. Do mokrych składników dodajemy przyprawy i resztę składników sypkich. Całość mieszamy do uzyskania gęstej, jednolitej konsystencji. Gotowe ciasto nakładamy łyżką do papilotek  do ok. 3/4 wysokości – najlepiej zaopatrzyć się w silikonowe papilotki, od których upieczone babeczki bardzo łatwo odchodzą. Pieczemy przez 30 minut w 180°C, lub do suchego patyczka. Gotowe!

letnie risotto ze szparagami i groszkiem

Bo w risotto najważniejszy jest ryż… I kilka innych niuansów, które sprawią, że to danie stanie się czymś więcej niż tylko obiadem. Pamiętając, że jest to jedynie domowe gotowanie (ale prosto z serduszka) wiem, że nie osiągnę kunsztu profesjonalisty, aczkolwiek staram się, by przygotowane dania były z odpowiednich produktów, które nie zakrawają na profanację (mam nadzieję, że mi to wychodzi mniej lub bardziej). Dlatego też w kuchni oprócz wyobraźni, czy finezyjności (jak ja nie lubię tego słowa) ważne są zasady. W tym wypadku zasady nie są po to żeby je łamać, tylko po to, by przestrzegać, bo to są smakowite zasady.

Ryż, nie jaśminowy, nie basmati ani nie daj panie paraboiled, ale iście włoska odmiana Carnaroli lub Arborio, które podczas gotowania chłoną smaki jak gąbka, robią się kremowe na zewnątrz (dziękujemy skrobi, że istnieje), a w środku pozostają nierozgotowane. Przyznam, że portugalski Carolino też zrobi dobrą robotę i  osiągnie dobrą konsystencję oraz wspaniale wchłonie aromaty.

Bulion. Dobry bulion to sekret i każda gospodyni ma swoją ściśle tajną, niczym skład Coca – Coli, recepturę. Jedne robią go na bazie drobiu, inne używają samych warzyw, a jeszcze inne, te zabiegane zalewają po prostu 2 kostki bulionowe wodą i ten proceder wcale nie musi mieć dramatycznego zakończenia. Owszem, uważam, że w restauracyjnych warunkach byłoby to co najmniej niewłaściwe, ale w domu? C’mon  nie zawsze mamy czas i chęci na kilkugodzinne gotowanie bulionu. Kilkakrotnie przygotowywałam już w ten sposób risotto na stancji i też było okej. Wiadomo, że studenckie, szybkie gotowanie rządzi się swoimi prawami. Jedno jest pewne, bulion musi być dobrze doprawiony i intensywny.

Tłuszczyk. Nie bój się tłuszczu. Każdy wie, że przetworzone jedzenie i brak ruchu (w bardzo dużym uproszczeniu) są odpowiedzialne za te nadprogramowe kilogramy. Powinna być oliwa, ale ja na niej nie lubię smażyć, więc używam dobrego oleju (kujawski będzie okej, really) na którym podsmażam cebulę – koniecznie musi być zeszklona cebula zwyczajna, lub szalotka – jak wolisz. Masełko, nie jeden wegetarianin nie jest w stanie przejść na weganizm z jego powodu. A nie jeden weganin śni o nim po nocach. Na szczęście lub nieszczęście ja nie mam tego problemu i dodaję je w trakcie gotowania w celu nadania cudownego, maślanego smaku. Dżizaaaas takkk… Kto by nie dał się pokroić dla masełka…

Wino, nie marki wino. Białe, wytrawne, użyj pół szklanki lub więcej jak lubisz, tylko dobrze odparuj, a resztę zaserwuj w lampce – będzie idealnym zwieńczeniem wieczoru i dodatkiem do risotto.

Parmezan. Bez parmezanu to nie robota. Dziewięć wieków serowarstwa. Kochane Parmigiano Reggiano i koniecznie oryginalne. Wsadziłabym do więzienia wszystkich podróbkowiczów Parmigiano Reggiano. Chcesz mieć pewność, że kupujesz produkt oryginalny? Kupuj z certyfikatem. Na przykład takim jak na załączonym zdjęciu obok – unijny ChNP (Chroniona Nazwa Pochodzenia). O certyfikatach żywności tradycyjnej i regionalnej więcej dowiecie się tu. Może by tak artykuł na ten temat?

Dodatki. Tutaj sprawa jest prosta i sezonowa białe szparagi i zielony groszek.  Taka sezonowa jestem, że dodałam mrożony, bo nie mam świeżego, ale co tu gadać i wydziwiać kiedy i tak jest pysznie.

Serduszko. Musi być serduszko. Risotto to Włochy. Włosi kochają jedzenie. Włosi myślą ciągle o jedzeniu. Włosi są jedzeniem. Bądź jak Włosi. Dodaj serduszko.

Składniki na dużą patelnię

250 g ryżu  Carnaroli, Arborio lub Carolino

1 pęczek białych szparagów (umyte, ubrane ze skórki, pokrojone)

1 opakowanie (450 g) groszku mrożonego (rozmrożonego 😉 )

1 cebula biała

pół szklanki wytrawnego białego wina

1 l bulionu warzywnego (leniuszki mogą zrobić go z kostki)

olej

sól, pieprz

parmezan

1 łyżka masła (opcjonalnie)

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej, smażymy drobno posiekaną cebulę, którą podsmażamy. Następnie wsypujemy surowy ryż i mieszamy przez chwilę, tak by ryż wchłoną trochę oleju. Dolewamy wino, które redukujemy (odparowujemy, tak by pozostał jedynie aromat). Całość podlewamy bulionem (około 1 szklanka / chochla na „podlanie”) i mieszamy na małym ogniu aż do wchłonięcia płynu przez ryż – czynność powtarzamy kilkukrotnie do prawie całkowitego zużycia bulionu – zostawiamy około 1 chochli płynu, którą wykorzystamy pod koniec gotowania. Jeśli ryż zrobił się już wystarczająco miękki i kremowy dodajemy masło, obrane ze skórki i pokrojone szparagi oraz rozmrożony groszek, podlewamy resztą bulionu i znowu mieszamy do chwili aż szparagi oraz groszek zmiękną. Doprawiamy solą i pieprzem wedle uznania. Przed podaniem posypujemy hojnie lub mniej hojnie parmezanem dobrej jakości.

 

Uwaga! Najlepiej smakuje z białym, schłodzonym winem wytrawnym. Może być to, które użyliście do podlania risotto.

Smacznego!

 

 

domowe batony pomarańczowo- korzenne

Kto mi powie, do jasnej, kiedy przyszedł ten grudzień? Przecież niedawno był 1 listopada. Ja protestuję, nie jestem przygotowana na świąteczny szał, chyba nigdy nie byłam. I jak co roku kombinuję, jakby tu wprowadzić się w nienachalny, subtelny, rozgrzewający Gwiazdkowy klimacik, a nie wkur.. denerwujący, bombardujący z każdej strony, last krysmas aj gejw ju maj hart ol aj łont for krysmas is Marian Carey proszę ucisz się już, komercyjny szał, od którego wręcz uciekam. Uciekam głęboko pod kocyk, albo do kuchni, bo to właśnie w tych miejscach, w domowym zaciszu możemy tworzyć swoją własną, nienarzuconą przez żadnych cwanych marketingowców wizję spędzania, celebrowania czasu przedświątecznego. Słuchajcie, warto ten czas spędzić w kuchni. Od kuchni wszystko się zaczyna, bo co nam po tych wszystkich lampeczkach i bombeczkach, kiedy nie ma zapachu świąt w domu?

Czym dla Was pachną święta? Dla mnie mają całą gamę zapachów, od słodkich, po wytrawne, ale na początek wybrałam połączenie pomarańczy i przyprawy piernikowej. Dlatego ostatnio wyczarowałam coś bardzo świątecznego i praktycznego zarazem. Domowe pomarańczowe batoniki korzenne, które okazały się być wspaniałym preludium Mikołajowym. Te batony to kawałek świątecznego grudnia, który możecie zabrać ze sobą na uczelnię, do pracy, spałaszować stojąc w korku podczas godzin szczytu, kiedy w samochodowym radio leci to całe Last Christmas, lub podarować je komuś bliskiemu w ramach Mikołajkowego drobnego upominku i sprawić uśmiech na jego twarzy. Wiecie, że nawet najdrobniejsze, ale własnoręczne podarki są najbardziej wartościowe? A najbardziej te zdrowe, bo oprócz samego fizycznego prezentu zawierają garść poświęconego czasu, pół kostki pamięci oraz szczyptę troski i zaangażowania.

Klimat Świąteczny jest ukryty w najdrobniejszych szczegółach, nie tylko w galerii handlowej. 🙂

Zachęcam Was bardzo mocno do wykonania własnych batoników i wymyślenia ciekawych opakowań.

Składniki (na około 8 batoników)

  • 1 szklanka daktyli
  • 2 łyżki siemienia lnianego mielonego
  • 3 łyżki mąki jaglanej
  • 3 łyżki mąki ryżowej
  • 2 łyżki płatków migdałów
  • 2 łyżki orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki miodu/syropu z agawy lub innego dowolnego słodziwa
  • Skórka otarta z 1 „bio” pomarańczy
  • Sok z połowy pomarańczy
  • 4-5 goździków
  • 4-5 ziarenek ziela angielskiego (lub kilka szczypt już zmielonego ziela)
  • 1/3 łyżeczki cynamonu
  • 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/3 łyżeczki imbiru
  • kilka szczypt soli himalajskiej
  • opcjonalnie połowa tabliczki gorzkiej czekolady min. 70% zawartości kakao

Wykonanie

Daktyle wkładamy do większej miski, zalewamy ciepłą wodą (około 250 ml) i moczymy do chwili aż zmiękną. Nie wylewajcie wody, później zblendujemy ją razem z daktylami na gładką masę, ale najpierw zetrzemy skórkę z pomarańczy na tarce.

Uwaga ważne! Konieczne jest wcześniejsze wyparzenie wrzątkiem i umycie pomarańczy szczoteczką pod ciepłą wodą. Najlepiej, żeby była to pomarańcza z etykietą „bio” z ekologicznych upraw, gdyż tylko skórka z cytrusów posiadających to oznaczenie nadaje się do spożycia wg wytycznych UE. Jak wiemy egzotyczne owoce transportowane są z daleka, co niestety wymaga odpowiedniej konserwacji za pomocą środków chemicznych, tak aby przetrwały tysiące kilometrów w kontenerach i dotarły do nas niezepsute.  Dlatego musimy postarać się o to aby z ich powierzchni zmyć jak najdokładniej chemikalia. Jest taki grzybobójczy związek, bardzo szkodliwy dla organizmu, o dźwięcznej nazwie imazalil, którego jednak nie da się całkowicie usunąć z powierzchni pomarańczy, dlatego tak istotne jest używanie skórki z pomarańczy niepryskanej. Jeśli macie dostęp do produktu gotowego, bio skórki paczkowanej – super, jeden problem z głowy (można taką nabyć w internetowych sklepach ze zdrową żywnością). Jeśli nie chcecie w ogóle dawać skórki, możecie wycisnąć sok z całej pomarańczy, aromat będzie jednak mniej intensywny niż w przypadku użycia skórki. Wybór należy do każdego z nas. 🙂

Do zmiksowanej, gładkiej masy daktylowej dodajemy startą skórkę oraz świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. Następnie dosypujemy mąki, mielony len, dodajemy płatki migdałowe, pokruszone orzechy włoskie i drobno posiekaną czekoladę. Goździki i ziele angielskie ucieramy w moździerzu, łączymy z resztą korzennych przypraw i dorzucamy do miski. Wszystko dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej, dość zwartej konsystencji, jeśli masa wydaje się Wam zbyt twarda i niepodatna polecam dolać dodatkowo wody. Jeśli uważacie, że ciasto jest wystarczająco słodkie od daktyli nie musicie dosładzać. Ilość dodanego słodziwa jest zawsze kwestią względna, ja dodałam dodatkowo łyżkę miodu ze względu na goryczkowaty posmak korzennych dodatków.

masa daktylowa

Masę wylewamy na blaszkę wyłożoną pergaminem tworząc prostokąt o około 1,5 cm grubości jak na załączonym zdjęciu. Pieczemy w 180°C przez około 20 minut. Uwaga, żeby nie zjarać spodu! Po ostygnięciu kroimy w prostokąty i domowe pomarańczowe batoniki korzenne gotowe!

Smacznego i wesołych Mikołajek!

Z przytupem wchodzimy w Gwiazdkowy czas!