domowe pomarańczowe batoniki korzenne

Kto mi powie, do jasnej, kiedy przyszedł ten grudzień? Przecież niedawno był 1 listopada. Ja protestuję, nie jestem przygotowana na świąteczny szał, chyba nigdy nie byłam. I jak co roku kombinuję, jakby tu wprowadzić się w nienachalny, subtelny, rozgrzewający Gwiazdkowy klimacik, a nie wkur.. denerwujący, bombardujący z każdej strony, last krysmas aj gejw ju maj hart ol aj łont for krysmas is Marian Carey proszę ucisz się już, komercyjny szał, od którego wręcz uciekam. Uciekam głęboko pod kocyk, albo do kuchni, bo to właśnie w tych miejscach, w domowym zaciszu możemy tworzyć swoją własną, nienarzuconą przez żadnych cwanych marketingowców wizję spędzania, celebrowania czasu przedświątecznego. Słuchajcie, warto ten czas spędzić w kuchni. Od kuchni wszystko się zaczyna, bo co nam po tych wszystkich lampeczkach i bombeczkach, kiedy nie ma zapachu świąt w domu?

Czym dla Was pachną święta? Dla mnie mają całą gamę zapachów, od słodkich, po wytrawne, ale na początek wybrałam połączenie pomarańczy i przyprawy piernikowej. Dlatego ostatnio wyczarowałam coś bardzo świątecznego i praktycznego zarazem. Domowe pomarańczowe batoniki korzenne, które okazały się być wspaniałym preludium Mikołajowym. Te batony to kawałek świątecznego grudnia, który możecie zabrać ze sobą na uczelnię, do pracy, spałaszować stojąc w korku podczas godzin szczytu, kiedy w samochodowym radio leci to całe Last Christmas, lub podarować je komuś bliskiemu w ramach Mikołajkowego drobnego upominku i sprawić uśmiech na jego twarzy. Wiecie, że nawet najdrobniejsze, ale własnoręczne podarki są najbardziej wartościowe? A najbardziej te zdrowe, bo oprócz samego fizycznego prezentu zawierają garść poświęconego czasu, pół kostki pamięci oraz szczyptę troski i zaangażowania.

Klimat Świąteczny jest ukryty w najdrobniejszych szczegółach, nie tylko w galerii handlowej. 🙂

Zachęcam Was bardzo mocno do wykonania własnych batoników i wymyślenia ciekawych opakowań.

Składniki (na około 8 batoników)

  • 1 szklanka daktyli
  • 2 łyżki siemienia lnianego mielonego
  • 3 łyżki mąki jaglanej
  • 3 łyżki mąki ryżowej
  • 2 łyżki płatków migdałów
  • 2 łyżki orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki miodu/syropu z agawy lub innego dowolnego słodziwa
  • Skórka otarta z 1 „bio” pomarańczy
  • Sok z połowy pomarańczy
  • 4-5 goździków
  • 4-5 ziarenek ziela angielskiego (lub kilka szczypt już zmielonego ziela)
  • 1/3 łyżeczki cynamonu
  • 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/3 łyżeczki imbiru
  • kilka szczypt soli himalajskiej
  • opcjonalnie połowa tabliczki gorzkiej czekolady min. 70% zawartości kakao

Wykonanie

Daktyle wkładamy do większej miski, zalewamy ciepłą wodą (około 250 ml) i moczymy do chwili aż zmiękną. Nie wylewajcie wody, później zblendujemy ją razem z daktylami na gładką masę, ale najpierw zetrzemy skórkę z pomarańczy na tarce.

Uwaga ważne! Konieczne jest wcześniejsze wyparzenie wrzątkiem i umycie pomarańczy szczoteczką pod ciepłą wodą. Najlepiej, żeby była to pomarańcza z etykietą „bio” z ekologicznych upraw, gdyż tylko skórka z cytrusów posiadających to oznaczenie nadaje się do spożycia wg wytycznych UE. Jak wiemy egzotyczne owoce transportowane są z daleka, co niestety wymaga odpowiedniej konserwacji za pomocą środków chemicznych, tak aby przetrwały tysiące kilometrów w kontenerach i dotarły do nas niezepsute.  Dlatego musimy postarać się o to aby z ich powierzchni zmyć jak najdokładniej chemikalia. Jest taki grzybobójczy związek, bardzo szkodliwy dla organizmu, o dźwięcznej nazwie imazalil, którego jednak nie da się całkowicie usunąć z powierzchni pomarańczy, dlatego tak istotne jest używanie skórki z pomarańczy niepryskanej. Jeśli macie dostęp do produktu gotowego, bio skórki paczkowanej – super, jeden problem z głowy (można taką nabyć w internetowych sklepach ze zdrową żywnością). Jeśli nie chcecie w ogóle dawać skórki, możecie wycisnąć sok z całej pomarańczy, aromat będzie jednak mniej intensywny niż w przypadku użycia skórki. Wybór należy do każdego z nas. 🙂

Do zmiksowanej, gładkiej masy daktylowej dodajemy startą skórkę oraz świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. Następnie dosypujemy mąki, mielony len, dodajemy płatki migdałowe, pokruszone orzechy włoskie i drobno posiekaną czekoladę. Goździki i ziele angielskie ucieramy w moździerzu, łączymy z resztą korzennych przypraw i dorzucamy do miski. Wszystko dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej, dość zwartej konsystencji, jeśli masa wydaje się Wam zbyt twarda i niepodatna polecam dolać dodatkowo wody. Jeśli uważacie, że ciasto jest wystarczająco słodkie od daktyli nie musicie dosładzać. Ilość dodanego słodziwa jest zawsze kwestią względna, ja dodałam dodatkowo łyżkę miodu ze względu na goryczkowaty posmak korzennych dodatków.

masa daktylowa

Masę wylewamy na blaszkę wyłożoną pergaminem tworząc prostokąt o około 1,5 cm grubości jak na załączonym zdjęciu. Pieczemy w 180°C przez około 20 minut. Uwaga, żeby nie zjarać spodu! Po ostygnięciu kroimy w prostokąty i domowe pomarańczowe batoniki korzenne gotowe!

Smacznego i wesołych Mikołajek!

Z przytupem wchodzimy w Gwiazdkowy czas!

szybka sałatka z brokułem i batatem najlepsza na wszystko

Co przychodzi Wam do głowy kiedy słyszycie hasło „sałatka”? Warzywna z całym słoikiem kieleckiego czy tam pomorskiego? Tuńczyk z ryżem, ananasem i kukurydzą, plus oczywiście słoik majonezu? Czy może jeszcze inne klasyki, które jak wszyscy doskonale wiemy są najczęstszym powodem niestrawności i złego samopoczucia na dzień po dobrej imprezie (hehe, jeśli wiesz co mam na myśli). I pewnie byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie mały fakt, że od imprezowych sałatek jednak kaca się nie ma, nazywajmy rzeczy po imieniu (a piątek, piąteczek i „łykend” za pasem). Do czego zmierzam? A no do tego, że każdy mit ma w sobie małe ziarenko prawdy. Przecież w tak starym, wyświechtanym jak świat żarciku o szkodliwych sałatkach na zakrapianych spotkaniach musi coś być. Dlaczego nie zrzucamy wszystkiego na schabowe, albo mielone tylko akurat na groszek w jarzynowej? No właśnie. Ja często tak mam, że nasza ulubiona, przejedzona i zmechacona jak stary sweter za trzy dychy na promo z „Haędemu” krajowa warzywna po prostu leży mi godzinami na żołądku i ni ciula nie pomagają wtedy żadne herbatki ziołowe, kadzidełka, nacieranie brzucha błotem, tańce plemienne czy inne szamańskie rytuały. Po prostu jest dla mnie zbyt ciężka i strawienie jej zajmuje długie godziny – życie, nie ma „letko”. Dlatego właśnie kombinuję z różnymi innymi, bardziej przyjaznymi dla układu trawiennego kompozycjami, które zarówno są sycące i łatwostrawne, a po ich zjedzeniu brzuch wygląda raczej normalnie a nie jak przy dwudziestomiesięcznej słoniowej ciąży (nie chcę obrazić słoni, tylko nadać dramatyzmu sytuacji). 

Wiecie jak to jest kiedy człowiek się stara, szuka czegoś kunsztownego, nad wyraz oryginalnego, wymyśla na siłę, bo na insta koniecznie musi być ładne jedzonko, bo chce się wykazać, ma ambicje, to nic z tego nie będzie, czapa. Miałam tak ostatnio z takim jednym przepisem, drogi, trudny, „wiecie czego” nie urywał no i właśnie czapa. A  ja wychodzę do Was z przepisem sprawdzonym, banalnym w przygotowaniu, zrobionym z łatwo dostępnych produktów, które niemniej jednak są świeże, ciekawe i oryginalne w smaku, a do tego super zdrowe i kolorowe – o kolorki w tym pochmurnym okresie musimy dbać! Tak jak wspominałam w hummusowym poście (o tutaj).

Ta sałatka z brokułem i batatem, jest moim i będzie Twoim nowym hitem! Serio mówię, a przygotowałam ich już dosyć sporo jak na swoje krótkie 21 letnie życie. Zabieram ją w pudełku na uczelnię, wcinam na śniadanie, na kolację, kiedy dopadnie mnie mini głodek, albo ten większy. Robię jeśli mam niezapowiedzianych gości, bo jest szybka i łatwa (ostatnio z jarzynówką paprałam się chyba z półtora godziny przed „Wszystkich Świętych” – nigdy więcej). Oczywiście stworzona na tak zwanym momencie z tego co akurat było pod ręką – mój klucz do udanego dania. Bardziej chyba wychodzi mi spontaniczne działanie niż zaplanowane, nie czuć wtedy presji.

Dlatego tu i teraz ZACHĘCAM wszystkich miłośników sałatek klasycznych, majonezu i kurczaka, hejterów sałatek, hejterów warzyw, a w szczególności batatów oraz tych którzy w sałatkach i lunch box’ach są zakochani, do wypróbowania tego przepisu, bo wyrwie Was z klapek. Dziękuję. Koniec.

Składniki na miskę sałatki

1 brokuł (ok. 500g)

1 duży batat, bądź 2 mniejsze (ok. 400g)

1 woreczek / 100 g / ok. pół szklanki kaszy jaglanej

1/2 dużej puszki kukurydzy lub 1 mała

3 łyżki słonecznika

1 mała czerwona cebula

Mały pęczek kolendry

3-4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

2-3 łyżki octu winnego

Pieprz mielony i gruboziarnisty (ten drugi możesz pominąć, jeśli nie masz)

Sól

sałatka z brokułem i batatem

Sałatka z brokułem i batatem

Wykonanie

Na małym gazie, w osolonej wodzie gotujemy kaszę jaglaną (pod przykryciem, nie mieszamy podczas gotowania). Brokuła dzielimy na małe różyczki, batata obieramy, i kroimy w dość drobną kostkę. Pamiętajcie aby opłukać je wodą! Tak przygotowane, lekko osolone warzywa gotujemy pod przykryciem na parze – pierwsze wrzucamy bataty, a po 5ciu minutach dodajemy brokuła, następnie czekamy do chwili aż oba składniki zmiękną (około 10 minut). Cebulę obieramy, kroimy na cienkie krążki, które moczymy w occie winnym w celu nasiąknięcia aromatem – mówię Wam to jest sekret tej sałatki 🙂 . Słonecznik prażymy na patelni, lepiej nie ustawiać dużego gazu, co jakiś czas mieszamy, uważajcie aby wychwycić ten moment, w którym ziarna są pięknie złociste, a nie ciemnobrązowe, lub już nawet czarne, czuć wtedy smak spalenizny. Teraz komponujemy sałatkę. Ostudzoną kaszę mieszamy z olejem, pieprzem, kolendrą, kukurydzą i cebulą, dodajemy chłodnego batata i brokuł, następnie posypujemy całość prażonym słonecznikiem i pieprzem gruboziarnistym, jeśli sałatka wydaje się Wam za sucha dolejcie więcej oleju. Wasza szybka sałatka z brokułem i batatem jest już gotowa. Widelce w dłoń.

Smacznego i na zdrowie!

sałatka z brokułem i batatem

Hummus party – kolorowa pasta z grochu

Nawet nie zauważyłam kiedy piękna złota jesień przerodziła się w zimną, wilgotną, wietrzną i w ogóle nieprzyjemną szarugę. Ten tragiczny czas, w którym wstaję rano – jest ciemno, wracam do domu późnym popołudniem – jest ciemno, nastał i nie mogę go powstrzymać. Jedyne co pozostaje to zahibernować się gdzieś pod trzema kołdrami, pięcioma kocami na jakieś 4-5 miesięcy i przeczekać ten okres do momentu, w którym życie i kolory wrócą… Co za brednie, co to za depresyjne nastawienie? Nie ze mną te numery, trzeba wstać i walczyć, a ja z chandrą lubię walczyć w kuchni, bo to jest walka, w której z reguły jestem na wygranej pozycji. Z szarościami, które toleruję jedynie w swojej szafie, a nie w otaczającym świecie najczęściej radzę sobie tak – ja to nazywam „koloroterapią”. I proszę mnie nie wyzywać teraz od żadnych wariatek, znachorów czy szamańskich wiedźm, ale to działa i nikt mi nie powie, że otaczające barwy nie mają wpływu na nasz nastrój, bo ja na przykład nie potrafiłabym zasnąć w sypialni o wściekle czerwonych ścianach. 

Podczas depresyjnych dni warto trochę pokolorować talerz i fajnie wpłynąć na swój nastrój. Nie wiem co Wy uważacie, ale myślę, że te kolorki są urocze i zachęcające – ich zaletą jest to, że smakują tak samo dobrze jak wyglądają (mam nadzieję, że wyglądają). Do przygotowania szczególnie zachęcam hummusowych świrów, którzy objedli się już tradycyjną wersją pasty. A dla tych, którzy nigdy jej nie jedli polecam przyrządzić małą porcję na spróbowanie, bo smak jest dość intensywny i zupełnie odmienny niż znamy z tradycyjnych polskich dań, w końcu kuchnia arabska jest dość (nawet bardzo) daleka od naszej, prawda?  Jednak jak już wiecie z poprzedniego postu #SmakujTrójmiasto uważam, że warto otwierać się na nowe doznania kulinarne, dawać szansę swoim zmysłom i dojrzewać do pewnych smaków. Także niczego się nie bać i próbować! Przepis jest banalnie łatwy 🙂

Składniki (na 1 miseczkę każdego z kolorów)

Baza do wszystkich past:

1 szklanka wymoczonego, ugotowanego grochu łuskanego

1 duża łyżka tahini (pasta sezamowa)

1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

1 ząbek czosnku

sok z ćwiartki limonki

sól

pieprz

oliwa z oliwek

Składniki do poszczególnych kolorów:

Zielony:

1 łyżeczka sproszkowanego młodego jęczmienia

Garść jarmużu, lub szpinaku

Parę listków mięty/pietruszki/kolendry (opcjonalnie)

 

 

Żółty:

1 łyżeczka curry

1 łyżeczka kurkumy

 

 

 

Różowy:

Ćwiartka pieczonego buraka (lub więcej jeśli lubicie dominujący buraczany smak)

 

 

 

 

Wykonanie:

Groch moczymy przez parę godzin, najlepiej przez noc w wodzie, następnie gotujemy do miękkości (WSKAZÓWKA: jeśli nie lubicie bawić się z moczeniem i chcecie mieć swój hummus „na już” możecie użyć ciecierzycę z puszki, która po odlaniu od razu nadaje się do przerobienia). Wszystkie bazowe składniki oraz naturalne barwniki do uzyskania wybranego kolorku blendujemy na gładką masę, przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i.. gotowe! Pyszna prościzna!

Podajemy na kanapce, z chrupkimi warzywami, jako dodatek do burgerów, placków, naleśników, bądź jemy prosto z michy 🙂

 

 

 

Krem z pieczonej papryki – Kremove Paprykove Love

Kochani! Blog ruszył z kopyta! W prawdzie miałam przygotowane coś dopiero na jutro, bo w ogóle nie spodziewałam się takiego wspaniałego odzewu. Szok, szok, szok. Nie zamierzam odpuszczać, widzę, że mam dla kogo działać! Dziękuję i kłaniam się niziutko, czekam na Wasze refleksje, komentarze, bo tak na prawdę to Wy jesteście najważniejsi, ja tu tylko sprzątam! Wróć! Gotuję! A Wy razem ze mną. Sio do kuchni, teraz będziemy (znów) blendować. Lubicie?

Wprawdzie jestem tu dosłownie parę chwil, ale kto przejrzał Wilczaka, choć pobieżnie, zapewne zdążył zauważyć, że moim ulubionym narzędziem pracy (oprócz lapka oczywiście) jest blender. Uwielbiam idealnie kremowe potrawy – sosy a’la beszamel, puree, a szczególnie zupy krem. Robię je na masową skalę i ze wszystkiego jadalnego (i roślinnego) co wpadnie mi w łapki.

Jakiś czas temu usłyszałam od jednego z moich kumpli, że takie zupy są nudne, bo nie widać w misce żadnych składników, dostajemy tylko jednolitą masę. Przez chwilę zrobiło mi się nawet smutno, prawie jak wtedy, kiedy słyszę, że „ZUPA TO NIE OBIAD”. Nie no spoko, szanuję – jesteśmy różni, mamy różne preferencje i to jest fajne, ale mam kompletnie odmienne zdanie. Uważam właśnie, że są bardzo zaskakujące i tajemnicze. Bo zobaczcie, dopóki takiego kremu nie spróbujemy, to tak na prawdę możemy jedynie domniemać z czego powstał. A Wy co myślicie? Krem, czy zwykła zupa, a może zupa to nie obiad?

Dla mnie krem to idealny obiad – ciepły, sycący, odżywczy, dodający energii, mogę tak wymieniać długo, ale chcę już przejść do sedna sprawy, więc tu i teraz dzielę się moim odkryciem. Pieczona papryka – jesień w gębie pełną parą. Ja się zabujałam – po prostu paprykove love. Dzisiaj to normalnie wszystko i wszystkich kocham. Ciekawe co będzie się działo w Walentynki, ha! A teraz patrzcie i korzystajcie!

Składniki (na około 4 porcje)

5 średnich papryk (czerwone + żółte)

1 średnia cebula

2 duże pomidory

1 szklanka wody (opcjonalnie, jeśli krem będzie dla Was zbyt gęsty)

2 ząbki czosnku

sól

pieprz

wędzona papryka

kurkuma

olej

Przygotowanie

Piekarnik rozgrzać do 180°C. Papryki myjemy, oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy na pół, układamy na blasze wyłożonej brązowym pergaminem – pieczemy przez około 40 minut (można przykryć folią aluminiową).

Po upieczeniu, gdy chcemy zdjąć paprykową skórkę (nie wszyscy ją dobrze trawią), umieszczamy je w plastikowym pudełku z wieczkiem na około 15 minut. Po tym czasie skórka powinna samoistnie oddzielić się od miąższu, wystarczy wtedy zdjąć ją delikatnie nożykiem, a nawet wystarczy palcami.

Kroimy drobno cebulę, podsmażamy ją na oleju w garnku, w którym będziemy robić zupę (bez sensu jest dodatkowo brudzić patelnię i później męczyć się ze zmywaniem, ułatwiajmy sobie życie). Umyte i obrane ze skóry pomidory kroimy drobno, dodajemy do garnka ze zeszkloną cebulką – dusimy przez około 5-7 minut, następnie dorzucamy upieczone papryki i dusimy jeszcze przez około 10 minut (można podlać trochę wodą, ale zarówno pomidory jak i papryka puszczają jej dużo podczas obróbki), w tym czasie dorzucamy posiekany czosnek, doprawiamy solą i pieprzem, następnie blendujemy – w zależności od tego jaki sprzęt posiadacie, czekamy z blendowaniem do ostygnięcia lub robimy to na ciepło. Ja zazwyczaj radzę chwilę poczekać, żeby nie narażać sprzętu na niszczenie pod wpływem wysokiej temperatury.

Serwujemy z dodatkiem kurkumy, wędzonej papryki i pieprzu grubo młotkowanego.

P.S. Róbcie dopóki paprykę mamy swoją, polską i w dobrej cenie 🙂 – sezonowe najlepsze!