Pasta do chleba jako wegetariańsko – wegańskie zbawienie porannego posiłku. Tak brzmiałby temat mojej rozprawki na maturze, gdybym mogła pisać o czym chcę. Ale nie mogłam,więc mam bloga.

Mówiąc, że pasty do chleba są świetnym rozwiązaniem na uniknięcie śniadaniowej monotonii nie jest wielkim odkryciem. Ale to prawda, ponieważ bardzo łatwo popaść w owsiankowy, kanapkowoserowy czy jajecznicowy wir. W internecie roi się od różnych połączeń smakowych, tych bardziej klasycznych jak i fensi, ekstrawaganckich tzw. innowacji rynkowych, udawane paprykarze, smalce bez smalcu (kocham! zrobiłam przepis, wstawię, ale nie pod tą nazwą). Z resztą wcale nie mam takich ambicji, by coś odkrywać, ale bardziej dzielić się tym, co na co dzień hobbystycznie robię. Czasem bardziej regularnie, a zazwyczaj mniej, ale taki mam już klimat. Także po raz kolejny, po kolejnej przerwie (czasem mam wrażenie, że tych przerw w blogowaniu jest więcej niż przepisów), wrzucam (jak prawie zawsze) skromny, łatwy, budżetowy przepis. Bez żadnych glonów nori zbieranych podczas pierwszej niedzieli miesiąca, bez drobin meteorytu znalezionym na Atacamie, czy bez księżycowego pyłu. Po prostu smaczna pasta z papryki, która jeszcze w pamiętnych Radomicach zwojowała niejedno śniadanie.

Kupnych past do chleba nie lubię z kilku powodów. Po pierwsze cena tych z interesującym i tzw. „dobrym” składem powala na kolana, szczególnie biednych „loł budżet” studentów (here I am!). Po drugie decydując się na zakup w marketach zawsze bierzesz kota w worku. Wiele razy pasta zakupiona w jakimś niemieckim markecie lądowała niestety w koszu na śmieci aniżeli na chlebie, ponieważ jej smak okazywał się najzwyczajniej ochydny. Czasami zastanawiam się, czy producenci wege jedzenia próbują swoich produktów przed wprowadzeniem ich na rynek, serio. Oczywiście inną sprawą są zakupy na ryneczkach, gdzie zazwyczaj każdy może spróbować produktu przed zakupem. Jednak w wielu przypadkach kupowanie „słoiczków” regularnie i niedajpanieboże robienie z nich zapasów na zimę mocno nadwyręża budżet (patrz punkt punkt pierwszy), szczególnie jeśli zainteresowany lubi grubo posmarowane, he he. A tak ogólnie rzecz ujmując, robienie pasty jest jedną z najprzyjemniejszych czynności w kuchni, więc po co pozbywać się tej prozaicznej rozrywki. No chyba, że ktoś ewidentnie nie jest zainteresowany, nie lubi i nie chce gotować. Ale chyba taka osoba nie czytała by właśnie tego posta, prawda?

Skoro znalazł się już ktoś zainteresowany, polecam uzbroić się w solidny, lub mniej solidny blender (no ale minimum 600 W ok?), kilka słoików, dobry nastrój i łyżkę do próbowania, bo bez tego ani rusz. Dodam, że paprykowe smarowidełko smakuje pysznie z białym serem na domowym żytnim chlebie, pasuje do frytek, pieczonych batatów, czy jako imprezowy dip do przekąsek.

P.S. Piesek radomickich gości w kadrze dla atencji.

Składniki (na kilka słoików, napełnicie na oko 😉 )

5 dużych papryk

3-4 średnie marchewki

1 puszka ciecierzycy

2 cebule

4 ząbki czosnku

olej

3 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

sól, pieprz

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy w pióra, rozgrzewamy olej w garnku, następnie wsypujemy łyżeczkę soli, podsmażamy ją pod przykryciem do zeszklenia.
  2. Marchewki obieramy, kroimy w cienkie plasterki.
  3. Papryki oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w paski, czosnek siekamy drobno. Tak przygotowane warzywa dorzucamy do cebuli i dusimy pod przykryciem przez około 40 minut, co jakiś czas mieszając, do momentu, aż papryka będzie się rozpadać, pod koniec gotowania można zdjąć przykrywkę i odparować wodę, jeśli papryka puści jej za dużo.
  4. W międzyczasie wsypujemy paprykę mieloną. Na koniec dodajemy ciecierzycę (bez wody) i blendujemy wszystko około 4-5 minut na wysokich obrotach bardzo dokładnie do uzyskania gładkiej konsystencji pasty. Dosalamy i pieprzymy do smaku.
  5. Przekładamy do wyparzonych słoików, można zapasteryzować i zatrzymać na później.
  6. Otwartą trzymamy w lodówce do 4 dni.