Tęsknię za latem. Szczególnie zatęskniłam w ostatnich dniach, kiedy zmęczona i przepracowana wyczekiwałam weekendu majowego. Ukochanego wolnego wszystkich polaków, polaków grillujących, polaków pijących, polaków imprezujących. A on spłatał nam wszystkim niemałego figla i mimo tego, że słoneczny, był niczym Wielkanoc w marcu – zupełne rozczarowujący, bo zdradliwy i zimny. Skurczybyk.

I wracałam w poniedziałek zmarźnięta do jeszcze zimniejszej Gdyni, w kołyszącej się na tym cholernym wietrze Fieście. Przy maksymalnej prędkości osiemdziesiąt pięć (poza terenem oczywiście) mijałam nie tylko panie grzybiarki bez grzybów w Waćmirku (kto jeździ, ten wie), ale i stragany na starej Berlince z napisem TRUSKAWKI, ZIEMNIAKI I BORÓWKI. I ja się pytam – serio? Truskawki na początku maja, po zarąbiście zimnym kwietniu. Język do d. ucieka, bo się chce bo zimie wszystkiego co jagodowe… Bo banany już gonią w nocnych koszmarach… Bo jabłka przetrenowane od ligola po antonówkę już nudne… Bo na mango na koniec miesiąca brakuje, a tu truskaweczka… Piękna, czerwona.

„- Polska, pani, pewno, nasza uprawiana, w foliji, piętnaście za kilogram.”. Dziękuję ale nie. Jeszcze wolę kupić mrożoną chociażby w markecie. A dlaczego? Otóż sezon na truskawki trwa od czerwca do około połowy lipca. Wtedy i tylko wtedy je kupuję, to samo tyczy się innych sezonowych warzyw i owoców. Chyba, że chcę mieć pokrzywkę, albo wysypkę na plecach, ale jeszcze mnie tak nie pogrzało. W innych okresach czasu na rynku możemy spotkać truskawki hiszpańskie, czy marokańskie, oraz oczywiście szklarniowe, jeśli mamy farta i sprzedawca nas nie blefuje, cwaniak jakiś. Ale tych jest garstka i kosztują krocie.

Ani Hiszpania, ani Maroko to nie pobliskie polskie województwa, z których transport trwałby w porywach kilka godzin do jednego dnia. I tu zaczyna się cała historia, o której można napisać poemat epicki trzynstozgłoskowcem na przykład. Transport takiego produktu, to cały złożony proces logistyczny, który ma na celu dostarczenie nam całego, spełniającego normy owocu.

Mając na uwadze fakt, jak krótko wytrzymują takie wodniste sezonowe owoce w naszych lodówkach, często włącza nam się kreatywność i na letnie obiadki serwujemy słodkie pyszności jak makarony, pierogi z owocami, deserowe koktalje, czy kompoty, aby wygrać kupiony w nadmiarze (!) produkt. Produkt, o który walczą z nami mikroorganizmy (głównie pleśnie) uwielbiające soczyste malinki, czy truskawki. Dodatkowo wewnątrz każdego takiego owocu zachodzą liczne przemiany biochemiczne, które również prowadzą do dojrzewania, przejrzewania i w rezultacie psucia. Dlatego właśnie, taki zagraniczny owoc niestety nie dojrzewa w słońcu słonecznej Espanii, a w kontenerze pod warstwą tzw. „chemii”.

A jak smakuje taki zakazany owoc poza sezonem? Wodnisty, twardy i papierowy, jednym słowem smakuje jak rozczarowanie. Można wrzucić go do jednego worka z Wielkanocą w marcu, zimnym weekendem majowym i rodzynkami w serniku.

Nie, dziękuję.

Dlaczego mrożone owoce są lepszą alternatywą dla tych dziwnych poza sezonem?

Zamrażanie polega na obniżeniu temperatury produktu do -18°C w celu zahamowania procesów chemicznych i biologicznych. Gwarantuje nam to właściwe utrwalenie owocu i sprawia, że możemy zajadajć się zmiksowanymi i zamrożonymi w lipcu truskawkami na przykład podczas jesiennej chandry, pod kocysiem z netflixem. Jest to najmniej inwazyjna metoda utrwalania żywności, szczególnie produktów roślinnych, ponieważ nie wpływa ona w znacznym stopniu na utratę cennych składników odżywczych takich jak witaminy, czy barwniki, które już podczas stosowania metod polegających na użyciu wyższej temperatury rozpadają się. Nie chcę wchodzić w głębszą analizę, taka jak śmierć komórkowa, aktywność wody itp. bo to katorga, ale wnioski z tego krótkiego wywodu są dwa:

Idę po mrożone z zeszłego roku, albo wybiegam w przyszłość i mrożę sam na czarną godzinę. A dwa to cierpliwość – czekam i kupuję je w odpowiednim dla danego produktu czasie.

Jak zrobić pyszne malinowe smoothie bowl w 5 minut nawet poza sezonem poniżej 🙂

malinowe smoothie bowl

Składniki na około 3 miseczki (po 250 ml)

2 garści świeżych (sezonowych!) lub mrożonych malin / truskawek

1 banan

3 łyżki płatków owsianych

2 szklanki mleka kokosowego (lub innego)

1 łyżka oleju kokosowego nierafinowanego

szczypta soli

Wykonanie

  1. Wszystkie składniki wkładamy do blendera i miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.
  2. Dla lepszego „instagramowego” efektu ozdabiamy nasze smoothie użytymi składnikami, które możemy zostawić w niewielkiej ilości przed zbelndowaniem. Technika dowolna!

Gotowe!