Follow Us

Copyright 2017 | Softset

Kremowy sos do makaronu bez śmietany

Kremowy sos do makaronu bez śmietany. Czy to możliwe? No jasne że tak. Sosy, szczególnie te kremowe, śmietankowe, najbardziej kuszące to temat rzeka – morze wyrzutów sumienia i fale tęsknoty jeśli wykluczasz produkty mleczne, gluten lub po prostu dbasz o to, by każdy posiłek był wartościowy dla organizmu. Krótko mówiąc – mówisz powiedzieć baj, baj sosie beszamelowy na mące pszennej, masełku i mleku, arrivederci sosie śmietanowy na kremówce.  I co dalej? I bardzo dobrze, ja nie tęsknię i Ty też nie będziesz.

Kiedy najpierw świadomie zrezygnowałam z mięsa zwierząt rzeźnych i drobiu, wiedziałam, że przygoda smaków dopiero się zaczyna. Będąc na diecie tradycyjnej nie dałam szansy swoim kubkom smakowym ujawnić potencjału, jaki w nich drzemał. Teraz wiem, że bogactwo składników, ich kombinacji, połączeń, techniki przetworzenia może wykorzystać na nieskończenie wiele sposobów. I oto jeden z nich – kremowy sos do makaronu, bez śmietany, bez masła, bez mącznej zaklepki.

W zamian za wyżej wymienione składniki otrzymujemy odżywczą bombę – między innymi kombinację białka roślinnego, potasu, czy kwasu foliowego, które dostarcza nam czerwona soczewica – główny składnik sosu. Strączek ten w duecie z batatem, który jest sekretem otrzymania kremowej konsystencji sosu (dzięki skrobii) zrobili, że tak powiem „robotę”zarówno smakowo, jakościowo jak i pod względem struktury. Myślałam, że taki efekt można otrzymać używając tylko szalenie drogich namoczonych nerkowców, mleczek kokosowych, czy śmietanek sojowych wątłej jakości (no i soja nie dla każdego). Teraz wiem, że do klasycznego sosu śmietanowego, czy beszamelu nie wrócę. A nawet jak na półce zabraknie mi mleczka kokosowego, nie będę płakać nad rozlanym mlekiem, bo mam ten niezawodny przepis.

Do powstania tego przepisu zainspirował mnie mój „stary”. Stary miłośnik makaronu i sosu śmietanowego, którego nawyki żywieniowe próbuję nakierować na zdrowsze tory. I Jemu też dedykuję ten przepis, bo powiedział, że się oszukał i smakowało, mimo tego, że było zdrowe. Aż się łezka w oku kręci.

Przepyszny, kremowy sos do makaronu bez śmietany poniżej 🙂

kremowy sos do makaronu bez śmietany

Składniki na mały garnek sosu

1 szklanka czerwonej soczewicy

1 mały batat / jeśli nie masz batata weź zwykłego ziemniaka

1/2 białej cebuli

2 ząbki czosnku / 2 łyżeczki czosnku granulowanego

2 łyżeczki curry

1 łyżeczka kurkumy

Parę (3-4) szczypt gałki muszkatołowej

opcjonalne inne przyprawy: szczypta chilli / 1/2 łyżeczki papryki wędzonej

sól, pieprz

2 łyżeczki soku z cytryny

1/3 do 1/2 szklanki oliwy z oliwek

olej rzepakowy / kokosowy do smażenia

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy, podsmażamy na rozgrzanym oleju.
  2. Po chwili dodajemy obranego ze skórki, pokrojonego w kostkę batata. Dusimy tak składniki przez około 10 minut.
  3. Dodajemy soczewicę, mieszamy i dusimy kolejne 5 minut.
  4. Wlewamy 3-3,5 szklanki wody, dodajemy przyprawy.
  5. Gotujemy przez około 15-20 minut, co jakiś czas mieszając, aż soczewica wchłonie wodę i zrobi się lekko „ciapkowata”.
  6. Następnie, stopniowo dodając oliwę i sok z cytryny blendujemy na gładką,kremową masę na najwyższych obrotach blendera (około 4 minuty).
  7. W razie potrzeby doprawiamy, wedle gustu.
  8. Sos idealnie komponuje się z takimi dodatkami jak: suszone pomidory, brokuły al dente, szpinak, cukinia, czarne oliwki, czy świeże zioła – kolendra, bazylia, oregano.

Gotowe!

pasta z pieczonego czosnku i batata

Dzisiaj krótki, prosty i pyszny wstęp. Co do pyszności to ma ono znaczenie ambiwalentne. Po pierwsze, pysznię się ja, chełpię wręcz tym przepisem, ponieważ dawno nie zrobiłam czegoś tak niebanalnego i prostego zarazem. Od dawna czekałam, aż przyjdzie mi do głowy w końcu taki świeży pomysł jak ten. Po drugie, pyszna jest pasta sama w sobie. Jej składniki idealnie współgrają, tworząc smak, do którego, chce się wracać.

Pieczony czosnek jest sekretem i nieodłącznym elementem tej pasty, którego nie da się zastąpić, tak jak witaminy B12 w diecie wegańskiej ;). Dodatkowo ta pasta udowadnia, że cynamon nie musi być tylko oczywistym dodatkiem do owsianki, czy pieczonych jabłek. Ponadto idealnie komponuje się on z wytrawnymi dodatkami, balansuje słodycz batata i jest tzw. „śrubą” całej kombinacji. Nie zapominajcie proszę o wysokiej jakości oliwie, która będzie idealnym nośnikiem wszystkich smaków oraz nada kremowej konsystencji, co podczas rozsmarowywania pasty na świeżym, razowym chlebie będzie przyprawiać wszystkich kulinarnych fetyszystów o dreszcze…

Niezwykła pasta z pieczonego czosnku i batata poniżej 🙂

Składniki na mały słoiczek

1 mały batat (około 150-200g)

5 ząbków czosnku

oliwa z oliwek

szczypta cynamonu

szczypta pieprzu cayenne

rozmaryn (suszony lub świeży)

sól, pieprz

 

Wykonanie

  1. Piekarnik nastawiamy na 180-200 °C. Przygotowujemy folię aluminiową i małe naczynie żaroodporne.
  2. Batata obieramy, kroimy w cienkie paski/kostkę – im drobniej pokrojony, tym szybciej się upiecze.
  3. Ząbki czosnku obieramy z łupin (tip: aby łupiny łatwiej odchodziły ząbki należy rozgnieść za pomocą szerokiego noża).
  4. Słodkiego ziemniaka i czosnek układamy na folii aluminiowej, solimy, pieprzymy, dokładamy kilka listków rozmarynu, polewamy oliwą z oliwek, szczelnie zawijamy i układamy w naczyniu żaroodpornym lub na blaszce. Pieczemy około 35-40 minut, do momentu aż bataty i czosnek zmiękną, czosnek powinien być mocno przyrumieniony.
  5. Upieczone składniki blendujemy na gładką masę wraz ze szczyptą (lub dwiema) cynamonu oraz szczyptą pieprzu cayenne. Można dodać więcej oliwy, doprawić solą i pieprzem wedle uznania.

Gotowe!

 

Mocno paprykowa pasta do chleba i nie tylko

Pasta do chleba jako wegetariańsko – wegańskie zbawienie porannego posiłku. Tak brzmiałby temat mojej rozprawki na maturze, gdybym mogła pisać o czym chcę. Ale nie mogłam,więc mam bloga.

Mówiąc, że pasty do chleba są świetnym rozwiązaniem na uniknięcie śniadaniowej monotonii nie jest wielkim odkryciem. Ale to prawda, ponieważ bardzo łatwo popaść w owsiankowy, kanapkowoserowy czy jajecznicowy wir. W internecie roi się od różnych połączeń smakowych, tych bardziej klasycznych jak i fensi, ekstrawaganckich tzw. innowacji rynkowych, udawane paprykarze, smalce bez smalcu (kocham! zrobiłam przepis, wstawię, ale nie pod tą nazwą). Z resztą wcale nie mam takich ambicji, by coś odkrywać, ale bardziej dzielić się tym, co na co dzień hobbystycznie robię. Czasem bardziej regularnie, a zazwyczaj mniej, ale taki mam już klimat. Także po raz kolejny, po kolejnej przerwie (czasem mam wrażenie, że tych przerw w blogowaniu jest więcej niż przepisów), wrzucam (jak prawie zawsze) skromny, łatwy, budżetowy przepis. Bez żadnych glonów nori zbieranych podczas pierwszej niedzieli miesiąca, bez drobin meteorytu znalezionym na Atacamie, czy bez księżycowego pyłu. Po prostu smaczna pasta z papryki, która jeszcze w pamiętnych Radomicach zwojowała niejedno śniadanie.

Kupnych past do chleba nie lubię z kilku powodów. Po pierwsze cena tych z interesującym i tzw. „dobrym” składem powala na kolana, szczególnie biednych „loł budżet” studentów (here I am!). Po drugie decydując się na zakup w marketach zawsze bierzesz kota w worku. Wiele razy pasta zakupiona w jakimś niemieckim markecie lądowała niestety w koszu na śmieci aniżeli na chlebie, ponieważ jej smak okazywał się najzwyczajniej ochydny. Czasami zastanawiam się, czy producenci wege jedzenia próbują swoich produktów przed wprowadzeniem ich na rynek, serio. Oczywiście inną sprawą są zakupy na ryneczkach, gdzie zazwyczaj każdy może spróbować produktu przed zakupem. Jednak w wielu przypadkach kupowanie „słoiczków” regularnie i niedajpanieboże robienie z nich zapasów na zimę mocno nadwyręża budżet (patrz punkt punkt pierwszy), szczególnie jeśli zainteresowany lubi grubo posmarowane, he he. A tak ogólnie rzecz ujmując, robienie pasty jest jedną z najprzyjemniejszych czynności w kuchni, więc po co pozbywać się tej prozaicznej rozrywki. No chyba, że ktoś ewidentnie nie jest zainteresowany, nie lubi i nie chce gotować. Ale chyba taka osoba nie czytała by właśnie tego posta, prawda?

Skoro znalazł się już ktoś zainteresowany, polecam uzbroić się w solidny, lub mniej solidny blender (no ale minimum 600 W ok?), kilka słoików, dobry nastrój i łyżkę do próbowania, bo bez tego ani rusz. Dodam, że paprykowe smarowidełko smakuje pysznie z białym serem na domowym żytnim chlebie, pasuje do frytek, pieczonych batatów, czy jako imprezowy dip do przekąsek.

P.S. Piesek radomickich gości w kadrze dla atencji.

Składniki (na kilka słoików, napełnicie na oko 😉 )

5 dużych papryk

3-4 średnie marchewki

1 puszka ciecierzycy

2 cebule

4 ząbki czosnku

olej

3 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

sól, pieprz

Wykonanie

  1. Cebulę kroimy w pióra, rozgrzewamy olej w garnku, następnie wsypujemy łyżeczkę soli, podsmażamy ją pod przykryciem do zeszklenia.
  2. Marchewki obieramy, kroimy w cienkie plasterki.
  3. Papryki oczyszczamy z gniazd nasiennych, kroimy w paski, czosnek siekamy drobno. Tak przygotowane warzywa dorzucamy do cebuli i dusimy pod przykryciem przez około 40 minut, co jakiś czas mieszając, do momentu, aż papryka będzie się rozpadać, pod koniec gotowania można zdjąć przykrywkę i odparować wodę, jeśli papryka puści jej za dużo.
  4. W międzyczasie wsypujemy paprykę mieloną. Na koniec dodajemy ciecierzycę (bez wody) i blendujemy wszystko około 4-5 minut na wysokich obrotach bardzo dokładnie do uzyskania gładkiej konsystencji pasty. Dosalamy i pieprzymy do smaku.
  5. Przekładamy do wyparzonych słoików, można zapasteryzować i zatrzymać na później.
  6. Otwartą trzymamy w lodówce do 4 dni.

 

 

Kimchi – koreańska kapusta kiszona

Kimchi – ten wyrób jest dla mnie szczególnie ważny. Oho, zawiało sandałem (z masłeeem).

Dlaczego? Bo stanowi obiekt moich skromnych, raczkujących badań, które zaczęłam prowadzić w ramach studiów. I ostatnio te poczynania zostały nawet docenione, co tym bardziej stanowi o istotności kimchi w moim serduchu.

O tym produkcie już kiedyś, kiedyś coś tam obiło mi się o uszy – trochę czytałam, trochę słyszałam, że śmierdzi, że jest dobre, że jest zdrowe itp, itd. Ale z Kimchi pierwszy raz poznałam się na azjatyckiej edycji cyklu Smakuj Trójmiasto (o której pisałam tutaj) i jak w miłość od pierwszego wejrzenia nie wierzę, tak w niej zakochałam się nie tylko od pierwszego wejrzenia, ale i zapachu oraz smaku. Pamiętam jak zobaczyłam leżące wielkie głowy kapusty pekińskiej zatopione w czerwonej zalewie (to brzmi strasznie w sumie) i tłumek ciekawskich jak ja wokół nich. No nie mogłam się oprzeć. Chciałabym zobaczyć coś takiego, tylko w wersji ordżinel w Korei.  Już wtedy wiedziałam , że coś z tego będzie. No i jak na razie są 2 publikacje, 2 wystąpienia konferencyjne i jedna wygrana dla duetu Kimchi i Wilczak 🙂 . A to dopiero początek, ale wystarczy już przechwałek.

kimchi

Czym właściwie jest Kimchi? Kimchi to tradycyjna kiszonka warzywna, której głównym składnikiem z reguły jest kapusta pekińska (), kalarepa, rzepa oraz unikalna mieszanka przypraw i innych cudów w postaci pasty. Uznaje się, że znanych jest około 200 rodzajów tego wyrobu, którego historia sięga 4000 lat wstecz. Koreańska metoda przyrządzania kimchi została zarejestrowana jako niematerialne dziedzictwo kulturowe ludzkości UNESCO. Kimchi cechuje się wyjątkowym aromatem i smakiem, wysoką wartością odżywczą oraz własnościami prozdrowotnymi. Kimchi jest również bogatym źródłem błonnika pokarmowego, substancji fitochemicznych, witamin (takich jak witamina A, C, K, tiamina i ryboflawina) oraz bakterii fermentacji mlekowej, co czyni z niej produkt probiotyczny.

Wiele badań wykazało, że regularne spożywanie kimchi może znacznie obniżyć ryzyko powstawania otyłości, cukrzycy, stanów zapalnych, hipercholesterolemii, nowotworów oraz powodować stymulację układu odpornościowego.

Jednym z istotnych składników kimchi jest sól (około 128 mg w pół szklanki produktu), która nadaje charakterystyczny smak. Mimo tego, że sól w fermentowanej żywności odgrywa znaczną rolę w jej konserwowaniu oraz kształtowaniu właściwości wiele badań wskazuje na zwiększone ryzyko podwyższonego ciśnienia krwi i chorób sercowo-naczyniowych związanych z  wysokim spożyciem soli kuchennej dlatego też do kiszenia polecam używać soli o obniżonej zawartości sodu (np. Sante z 30% zawartością soli potasowej), co nie wpływa istotnie na wrażenia smakowe – potwierdzone badaniami 🙂 .

Na koniec powiem jedno – wyroby azjatyckie, tudzież kimchi, cechują się smakowitością jakiej przeciętny Kowalski nie zna i nie pozna stosując jedynie składniki tradycyjne dla naszej  polskiej kuchni. Niby Ameryki nie odkryłam, ale niechęcią do poznawania nowego, zamykania się w tym co znane i bezpieczne ograniczamy swój przeogromny potencjał poznawczy i odbieramy światu barw. Egzotyczne potrawy – będące nośnikami niesamowitych doznań kulinarnych otwierają nas na świat i pobudzają uśpione zmysły. Co Wy na to?

Do przygotowywania tradycyjnych dań niebędącymi daniami polskimi podchodzę z dużym szacunkiem i pokorą, ponieważ nie jestem ekspertem w tej dziedzinie – to nie jest część mojej kultury, tylko kultury do której zostałam niejako „zaproszona” dzięki różnym procesom jakie zachodzą na świecie (czyt. globalizacja). Dlatego też przed pierwszą produkcją kimchi, czy jakiejkolwiek potrawy egzotycznej/zagranicznej polecam zrobić mały research.

Jeśli nie macie możliwości bryknąć sobie na miesiąc do Korei i nauczyć się sztuki kiszenia kimchi to nie ukrywam, że przydatne mogą być blogi prowadzone przez native’ów, publikacje, artykuły, czy normy.

kimchi

Składniki na 2 duże słoiki:

2 kg kapusty pekińskiej

1 duża kalarepa/rzepa (jeśli macie dostęp do koreańskiej rzodkwi „mu” to nie zawahajcie się jej użyć)

1 marchew

opcjonalnie: szczypior/cebula dymka (ja nie dodałam)

solanka:
  • około 10 łyżek soli (uwaga: możesz dodać sól o obniżonej zawartości sodu)
  • około 5 litrów wody
pasta kimchi:
  • półtora szklanki wody
  • 5 łyżek mąki ryżowej
  • 7 łyżek papryki gochugaru (kluczowy składnik pasty kimchi – najlepiej szukać w sklepach internetowych; im więcej gochugaru tym kimchi ostrzejsza!)
  • 7 łyżek sosu sojowego (polecam mój ulubiony sos sojowy shoyu łagodny marki Terrasana z unijnym logo rolnictwa ekologicznego – znany i lubiany gwiezdny liść na zielonym tle)
  • około 10 cm utartego, świeżego korzenia imbiru
  • 1-2 łyżeczki sproszkowanego czosnku, lub 3 ząbki utartego świeżego
  • 2 łyżki cukru (lepiej się przełamać i użyć go niż alternatywnych słodzików, które mogą wpłynąć na smak)
  • 1 łyżeczka soli
najważniejszy sprzęt:
  • duża wyszorowana, wyparzona miska – ja robiłam z 4 kg kapuchy na i użyłam takiej do prania
  • gumowe rękawice – pasta nieźle barwi na czerwono i może szczypać
  • czyste, wyparzone słoiki pozbawione zapachu lub specjalne naczynie do kiszenia wykonane z naturalnej kamionki
Wykonanie

Przygotowujemy miskę, kapustę dokładnie płuczemy i oczyszczamy z brzydkich liści. Teraz jest kilka możliwości –  szatkujemy ją drobno, średnio, albo w ogóle przekrawamy tylko wzdłuż i zostawiamy w połówkach (ja lubię średnio pokrojoną,).

Kapustę przekładamy do miski i zalewamy solanką pozostawiając na czas od 1 do 6 godzin, zależy ile czasu możecie przeznaczyć. Po tym czasie odlewamy solankę, a pozostałą kapustę dokładnie płuczemy i odciskamy z nadmiaru wody – przydadzą się silne ręce.

Pasta kimchi:

W garnku zagotowujemy wodę z cukrem stopniowo dodając mąkę ryżową – cały czas mieszamy do uzyskania konsystencji kaszki ryżowej dla bobasów. Do ostudzonego kleiku dodajemy paprykę gochugaru, imbir, sól, czosnek, sos sojowy i utartą marchewkę – całość dokładnie mieszamy.

Tak przygotowaną pastą nacieramy (koniecznie w rękawiczkach) bardzo dokładnie i skrupulatnie kapustę, tak aby każdy kawałeczek miał styczność z pastą. Tak przygotowaną kimchi zamykamy szczelnie w słoikach, jednak nie napełniając „na full”, bo pracująca kimchi wydziela dużo soków, które mogą wykipieć spod nakrętki, i pozostawiamy w temperaturze pokojowej na około 2-3 doby, po czym przetrzymujemy ją w lodówce.

Kimchi można spożywać jako dodatek do potraw, lub wcinać prosto ze słoika widelcem. Mam szczerą chęć wrzucić tu niebawem jakiś przepis z wykorzystaniem kimchi jako baza do potrawy.

Źródła:

  1. UNESCO 2018, [dostęp 25.04.2018], http://www.unesco.org/archives/
  2. Kim D.W. i in., 2017, Effects of different salt treatments on the fermentation metabolites and bacterial profiles of kimchi, Journal of Food Science, Vol. 82, Nr. 5, 1125-1130
  3. Kim E. K. i in., 2011, Fermented kimchi reduces body weight and improves metabolic parameters in overweight and obese patients, Nutr Res, Vol. 31, Nr. 6, 436
  4. An S. Y. i in. 2013, Beneficial effects of fresh and fermented kimchi in prediabetic individuals. Ann Nutr Metab, Vol. 63, Nr. 2, 9-111
  5. Choi I. H. i. in, 2013, Kimchi, a fermented vegetable, improves serum lipid profiles in healthy young adults: randomized clinical trial, J Med Food, Vol. 16, Nr. 3, 9-223.
  6. Jung S. J., Kim M. J., Chae S.W., 2016, Quality and functional characteristics of kimchi made with organically cultivated young Chinese cabbage (olgari-baechu), Journal of Ethnic Foods, Vol. 3, Nr. 2, 150-158

 

 

Hummus party – kolorowe pasty z grochu

Nawet nie zauważyłam kiedy piękna złota jesień przerodziła się w zimną, wilgotną, wietrzną i w ogóle nieprzyjemną szarugę. Ten tragiczny czas, w którym wstaję rano – jest ciemno, wracam do domu późnym popołudniem – jest ciemno, nastał i nie mogę go powstrzymać. Jedyne co pozostaje to zahibernować się gdzieś pod trzema kołdrami, pięcioma kocami na jakieś 4-5 miesięcy i przeczekać ten okres do momentu, w którym życie i kolory wrócą… Co za brednie, co to za depresyjne nastawienie? Nie ze mną te numery, trzeba wstać i walczyć, a ja z chandrą lubię walczyć w kuchni, bo to jest walka, w której z reguły jestem na wygranej pozycji. Z szarościami, które toleruję jedynie w swojej szafie, a nie w otaczającym świecie najczęściej radzę sobie tak – ja to nazywam „koloroterapią”. I proszę mnie nie wyzywać teraz od żadnych wariatek, znachorów czy szamańskich wiedźm, ale to działa i nikt mi nie powie, że otaczające barwy nie mają wpływu na nasz nastrój, bo ja na przykład nie potrafiłabym zasnąć w sypialni o wściekle czerwonych ścianach. 

Podczas depresyjnych dni warto trochę pokolorować talerz i fajnie wpłynąć na swój nastrój. Nie wiem co Wy uważacie, ale myślę, że te kolorki są urocze i zachęcające – ich zaletą jest to, że smakują tak samo dobrze jak wyglądają (mam nadzieję, że wyglądają). Do przygotowania szczególnie zachęcam hummusowych świrów, którzy objedli się już tradycyjną wersją pasty. A dla tych, którzy nigdy jej nie jedli polecam przyrządzić małą porcję na spróbowanie, bo smak jest dość intensywny i zupełnie odmienny niż znamy z tradycyjnych polskich dań, w końcu kuchnia arabska jest dość (nawet bardzo) daleka od naszej, prawda?  Jednak jak już wiecie z poprzedniego postu #SmakujTrójmiasto uważam, że warto otwierać się na nowe doznania kulinarne, dawać szansę swoim zmysłom i dojrzewać do pewnych smaków. Także niczego się nie bać i próbować! Przepis jest banalnie łatwy 🙂

Składniki (na 1 miseczkę każdego z kolorów)

Baza do wszystkich past:

1 szklanka wymoczonego, ugotowanego grochu łuskanego

1 duża łyżka tahini (pasta sezamowa)

1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

1 ząbek czosnku

sok z ćwiartki limonki

sól

pieprz

oliwa z oliwek

Składniki do poszczególnych kolorów:

Zielony:

1 łyżeczka sproszkowanego młodego jęczmienia

Garść jarmużu, lub szpinaku

Parę listków mięty/pietruszki/kolendry (opcjonalnie)

 

 

Żółty:

1 łyżeczka curry

1 łyżeczka kurkumy

 

 

 

Różowy:

Ćwiartka pieczonego buraka (lub więcej jeśli lubicie dominujący buraczany smak)

 

 

 

 

Wykonanie:

Groch moczymy przez parę godzin, najlepiej przez noc w wodzie, następnie gotujemy do miękkości (WSKAZÓWKA: jeśli nie lubicie bawić się z moczeniem i chcecie mieć swój hummus „na już” możecie użyć ciecierzycę z puszki, która po odlaniu od razu nadaje się do przerobienia). Wszystkie bazowe składniki oraz naturalne barwniki do uzyskania wybranego kolorku blendujemy na gładką masę, przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i.. gotowe! Pyszna prościzna!

Podajemy na kanapce, z chrupkimi warzywami, jako dodatek do burgerów, placków, naleśników, bądź jemy prosto z michy 🙂

 

 

 

Mus z dyni – jesienny MUSthave

Ostatnio, gdzieś w radio słyszałam, jak pan dziennikarz mówił, że długie blezery w kratę to totalny „MUST HAVE” sezonu i każda laseczka musi je mieć, a najlepiej ze dwa, co najmniej. Kiedyś to była po prostu za duża, kompletnie niemodna marynara z lumpa, no ale czasy się zmieniają. Do czego dążę, do rzeczy. Tak sobie skojarzyłam, że moim jedynym „must have” tego sezonu w szafie, a raczej szafce w kuchni jest w sumie samo must, tyle że bez „t” czyli mus, ale nie byle jaki, choć banalny – mus dyniowy. Wiecie, dynia kiedyś też była niemodna i w ogóle kojarzona z biedą, przynajmniej tak mówi moja babcia, która generalnie wie na czym świat jest zbudowany. Ostatnio mam wrażenie, że świat jest zbudowany właśnie na dyni (a nie na skorupie wielkiego żółwia, jak wszyscy mówią).

Taki oto niepozorny musik jest kolejną niezastąpioną bazą zaraz obok tego sosu pomidorowego. Pozwólcie mi tylko konkretnie rozkręcić się z tym całym blogowaniem, a wrzucę fajowskie przepisy z wykorzystaniem naszego musu, lub jak kto woli purée z dyni. Tymczasem ja daję Wam czas na ogarnięcie tematu i przygotowanie kilku porcji własnych „Must’ów” . Serio, radzę zrobić to czym prędzej. Później możecie przechowywać go w lodówce (do około 3-4 dni), w słoikach lub w zamrażarce, w woreczkach. Jeszcze mi podziękujecie. Zimą. Sącząc na przykład pyszne pumpkin latte. Do dzieła.

Składniki

Dynia, dużo dyni (hokkaido, muscat, olbrzymia w zależności do jakiej macie dostęp)

Wykonanie

Rozgrzewamy piekarnik do 180-200°C, dynię kroimy na mniejsze kawałki, wyciągamy pestki wraz z łykiem, obieramy. Możemy obrać ją zarówno przed pieczeniem, jak i po upieczeniu i ostygnięciu, wtedy miękka dynia będzie fajnie odchodzić od skórki za pomocą łyżki, jednak musicie pamiętać, aby nie kroić jej wtedy zbyt drobno, bo się zamęczycie na śmierć z tym obieraniem. Wtedy najlepiej pokroić ją na większe półksiężyce.

Dynię układam na blaszce wyłożonej szarym papierem do pieczenia, można przykryć folią aluminiową, wtedy szybciej się upiecze. Czas trwania pieczenia to około pół godziny, czasami więcej, zależy to od paru czynników, od rodzaju piekarnika, stopnia rozdrobnienia dyni, czy jej gatunku. Po prostu w czasie pieczenia sprawdźcie po około pół godziny, kiedy to w mieszkaniu będzie unosił się już niepowtarzalny dyniowy zapach, czy już zmiękła.

Po ostudzeniu, obraniu ze skórki czas na blendowanie. Po uzyskaniu gładkiej masy dodaję odrobinę soli himalajskiej i przekładam do wyparzonych słoiczków, a następnie pasteryzuję. Jeśli macie miejsce w zamrażarce, możecie przełożyć ją do woreczków zamykanych na żyłkę i zamrozić. Przypominam, że w lodówce mus trzymamy maksymalnie 4 dni.

Pasteryzacja poprzez gotowanie

Garnek o dużej średnicy wykładamy bawełnianą ściereczką w celu uniknięcia bezpośredniego kontaktu słoików z nagrzanym dnem garnka i tym samym możliwości ich popękania. Ustawiamy słoiki, tak by zmieścić ich jak najwięcej na raz, zalewamy wodą do 3/4 wysokości. Czas pasteryzacji liczymy od zagotowania. Ja pasteryzowałam 25-30 minut. Uważajcie przy wyciąganiu słoików, bo będą gorące! Po zakończeniu pasteryzacji ustawiamy nasze musy do góry dnem i pozostawiamy do wystygnięcia.

Sos pomidorowy ratujący życie (nie tylko) studenta

Sezon studencki ruszył z grubej, a co za tym idzie, walka o każdą, siłą wygospodarowaną godzinę w ciągu dnia. Nawał obowiązków sprawia, że często zapominamy o ciepłym, domowym posiłku i w zamian za to, niestety, zadowalamy się kupnymi słoikami, mrożonkami, sklepowym garmażem czy innymi „wspaniałomyślnymi” wynalazkami żywieniowymi XXI wieku, wieku ludzi cierpiących na notoryczny brak czasu.

Dlatego też wychodzę naprzeciw problemowi. Na odsiecz przyszły szklarniowe pomidory, które od lat kupuję od tych samych gospodarzy – przygotowałam z nich domowy sos w słoikach. Będzie on czekał na mój wilczy głód podczas intensywnych dni nauki.

Dzięki temu przepisowi zyskacie zdrową, szybką i naturalną bazę do wielu dań – tu można grubo popłynąć z fantazją lub po prostu wykorzystać go tradycyjnie jako szybki dodatek do makaronu. Niebawem wstawię przepisy z jego wykorzystaniem. Bądźcie czujni!

Składniki na około 14 małych słoików

Możecie zrobić z połowy porcji, ja poszłam hurtem

7 kg pomidorów

5-6 ząbków czosnku

4 gałązki świeżej bazylii

2 łyżeczki soli

1,5 łyżeczki pieprzu

Przygotowanie

Całe pomidory myjemy, oczyszczamy z szypułek, zdejmujemy skórkę i kroimy w ćwiartki. Ja kupuję pomidory od zaufanych gospodarzy, którzy nie stosują oprysków ani sztucznych nawozów, więc skórkę zostawiam.

Do dużego garnka (użyłam 8 l) dodajemy pomidory, przykrywamy i dusimy na średnim gazie przez około 40 minut mieszając je w tym czasie kilkakrotnie (najlepiej dużą drewnianą łyżką). Jeśli chcecie by Wasz sos miał bardzo intensywny smak możecie dusić go znacznie dłużej (do 2 godzin).

Następnie czas na redukcję nadmiaru wody, by nasz sos nabrał właściwej mu konsystencji. Zdejmujemy przykrywkę, zmniejszamy nieco gaz i pozostawiamy go tak na około 3 godziny mieszając co jakiś czas w celu uniknięcia przypalenia.

Na około 20 minut przed końcem redukowania dodajemy posiekany drobno czosnek, liście bazylii, sól i pieprz. Oczywiście ilości przypraw są uzależnione od Waszych predyspozycji smakowych – możecie dodać nieco mniej, lub więcej, jednak pamiętajcie o próbowaniu. Moja babcia zaleciła mi posłodzić sos, jednak ja ograniczam słodzenie do niezbędnego minimum, a użyte pomidory były tak pyszne, że zrezygnowałam z dodatkowej słodyczy.

Teraz blendujemy całość na gładką masę, przelewamy do czystych, wyparzonych słoiczków, zakręcamy i przygotowujemy do pasteryzacji.

Możecie pasteryzować dwojako: w piekarniku lub zagotować słoiczki w garnku (ja wybieram zawsze tą drugą opcję)

Pasteryzacja poprzez gotowanie

Garnek o dużej średnicy wykładamy bawełnianą ściereczką w celu uniknięcia bezpośredniego kontaktu słoików z nagrzanym dnem garnka  i tym samym możliwości ich popękania. Ustawiamy słoiki, tak by zmieścić ich jak najwięcej na raz, zalewamy wodą do 3/4 wysokości. Czas pasteryzacji liczymy od zagotowania. Ja pasteryzowałam 25-30 minut. Uważajcie przy wyciąganiu słoików, bo będą gorące! Po zakończeniu pasteryzacji ustawiamy nasze sosy do góry dnem i pozostawiamy do wystygnięcia.