Follow Us

Copyright 2017 | Softset

wrześniowe ciasto sypane z jabłkami

Wprawdzie oficjalnie wciąż mamy lato, ale wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby zauważyć nadchodzącą wielkimi krokami jesień w postaci drzew zmieniających barwę, świeżych żołędzi ukazujących się na dębach, dojrzewających kasztanów, czy zimnych wieczorów i poranków oraz znikających w mgnieniu oka, krótkich dni.

Cykliczność, sezonowość i przemijający czas cudownie obserwuje się na lokalnych bazarkach i rynkach. Teraz to już tylko wspomnienie, bo kulinarna przygoda na w Dolinie Bobru dobiegła końca, ale jeżdżąc co tydzień na targ odbywający się na jeleniogórskim Zabobrzu można było obserwować ten szalenie ciekawy z perspektywy bzika kulinarnego proces. Kiedy to truskawki zaczęły ustępować miejsca śliwkom i malionm, groszek znikał na rzecz brukselki, jabłka zaczęły być coraz bardziej różnorodne, dorodne i przy tym wszystkim tańsze, a honorowe miejsce na straganach zarezerwowane zostało najpierw dla cukinii, kabaczków, a następnie dla różnorodnych dyń i patisonów. Dla mnie to jest kwintesencją jesieni.

Dlatego też wychodzę do Was z propozycją ciasta, które teraz smakuje najlepiej.  Kiedy po zimnych sernikach, tofurnikach, owocowych koktajlach, sorbetach i tym podobnym smakołykom zarezerwowanych dla sezonu letniego chcemy delektować się czymś bardziej stonowanym, zrównoważonym w wyrazie i smaku, może nawet z delikatną nutą korzenną na rozgrzewkę. Ale bez przesady, w końcu do jesieni totalnej jeszcze trochę brakuje.

Gdybym miała podać idealny deser do kawy na wrześniowe popołudnia wskazałabym właśnie to ciasto sypane z jabłkami w roli głównej. Połączenie świeżo zerwanych, utartych jabłek, marchewki i cynamonu zamkniętych w przepysznym cieście z mąki pełnoziarnistej i kaszy manny jest wspaniałym zaproszeniem na jesienne podwieczorki.

Ostatnimi czasy, ciasto sypane z jabłkami lubiłam piec dla moich gości z OchAch’a i WCS, nawet z wiąże się z tym króciutka anegdotka, która zapadła mi w pamięci. Rozmowy z gośćmi, na tematy kulinarne, lub wszelakie to kolejny inspirujący aspekt mojej pracy.

– Pani Marcelino. – zaczęła śmiertelnie poważnie Pani… nazwijmy ją Ania. . Przyznam, że serce zaczęło bić mi szybciej, czekałam na rozwój sytuacji. – Czemu Pani musi zawsze robić wszystkie potrawy,nawet klasyczne, inaczej? Wszystkie propozycje, które u Was jem są wymyślne i nietypowe. Pasztet bez mięsa, ciasto bez jajek, sosy bez śmietany, zupy niezabielane… Powtórzę się, ale wszystkie smaki są inne niż znam i lubię no. – Zakończyła Pani Ania jeszcze poważniej, dodatkowo z nutą frustracji w głosie. Byłam przekonana, że zupełnie zawiodła się na mojej „inności. Po czym ciągnęła dalej. – Myślałam, że lubię, ale po tej kuchni nie wiem czy już tak mocno lubię. Ja nie wiem jak Pani to robi, że nawet szarlotkę zrobi Pani na odwrót?! Żeby jabłka włożyć do środka, zero masła, zero jajek. Ja nie wiem… Mogę zapisać się do Pani na kurs? Bo ja też tak chcę. Może chociaż z przyprawiania?

W tym momencie pojawił się uśmiech na jej twarzy, dopiero w Jej oczach zauważyłam zadowolenie. Zrobiła mnie w bambuko i to cwanie, fajnie, najfajniej jak można. W 3 sekundy schudłam chyba z 10 kg, zeszło ze mnie powietrze, a w miejsce nadprogramowej adrenaliny wskoczyła serotonina. Wow, takie słowa potrafią uskrzydlić. Życzę wszystkim, aby czuli się docenieni, podbudowani i zmotywowani tak, jak ja w tamtym, oraz wielu innych radomickich momentach.

Tymczasem zachęcam do wypróbowania przepisu na ciasto sypane z jabłkami, lub „szarlotkę” na odwrót – jak zwał tak zwał. Najważniejsze, że wegańsko, aromatycznie no i oczywiście łatwo… 🙂

Subtelnie zapraszam na jesień.

Składniki na okrągłą tortownicę

1 szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej

1 szklanka kaszy manny

1/2 szklanki cukru brązowego / ksylitolu / cukru kokosowego

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/2 kostki masła/ margaryny wegańskiej (bez oleju palmowego, proszę) / kilka łyżek oleju kokosowego

1 kg jabłek

4 marchewki

cynamon

gałka muszkatołowa

Wykonanie

Składniki suche łączymy  w misce. Jabłka i marchew myjemy, obieramy i trzemy na tarce (grube oczka), po czym łączymy je mieszając. Tortownicę wykładamy papierem do pieczenia.

Tortownicę wykładamy, a właściwie obsypujemy warstwowo (najczęściej wychodzą3cwarstwy suchego i 2 warstwy mokrego) w następującej kolejności:

  • 1/3 suchego (mąka+kasza+cukier+proszek)
    • całe dno tortownicy musi być przykryte, więc może być nieco więcej niż 1/3
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 mokrego (jabłka+marchew)
  • 2 łyżeczki cynamonu i 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • kilka plastrów masła / łyżek oleju kokosowego /
    • tak aby przykryć około 2/3 powierzchni ciasta
  • 1/3 suchego
  • 1/2 mokrego
  • 1 łyżeczka cynamonu i 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/3 suchego (to co pozostanie)
  • kilka plastrów masła
    • tak aby przykryć około 2/3 powierzchni ciasta
  • 1 łyżeczka cynamonu

Pieczemy przez 45-50 minut w 180°C.

łatwe i szybkie owsiane babeczki

Owsiane babeczki bez mąki pszennej, bez jajek, bez masła – powoli zaczynam czuć się w temacie swobodnie i rozumieć sens tego kierunku, którym coraz chętniej zmierzam z wielu względów.

Pamiętam kiedy jeszcze sama zadawałam sobie pytanie „ale po co kombinować i piec w ten sposób?”. Zupełnie nie pojmowałam w jakim celu powstają tego typu „przekombinowane” przepisy. Później poznałam pojęcie weganizmu, celiakii, alergii, nietolerancji, chorób autoimmunologicznych, a przygotowując posiłki dla wielu różnych osób odwiedzających OchAch i WCS zobaczyłam jak powszechne jest zjawisko wykluczania pewnych produktów z diety (i wcale nie z wyboru, lecz z konieczności dyktowanej zdrowiem). Zjawisko, bo nie chcę używać słowa problemem i z góry napiętnować, czy oceniać, gdyż mając odpowiednie narzędzia w postaci sprawdzonych przepisów oraz chęć i trochę determinacji okazuje się, że coś, co kiedyś rzeczywiście byłoby przeszkodą, na dzień dzisiejszy jest dla mnie zupełnie do zrobienia – i to całkiem sprawnie i szybko.

Być może ten prosty przepis okaże się przydatny w sytuacji, kiedy będziecie chcieli wykonać miły gest i wywołać uśmiech na twarzy osoby, która z różnych powodów wykluczająca jaja, nabiał, czy pszenicę w swojej diecie niekoniecznie dobrowolnie. Z autopsji powiem, że mi się udało,uczucie jest niezwykle budujące dla obu stron :). Zachęcam i polecam!

Składniki na 12 babeczek

3 dojrzałe banany

10 łyżek mąki owsianej = zmielonych płatków owsianych

3 łyżki mąki ziemniaczanej

4 łyżki oleju

2 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka gałki muszkatołowej

1 łyżeczka soli

1/2 łyżeczki pieprzu

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wykonanie

Banany blendujemy z olejem na gładką masę. Do mokrych składników dodajemy przyprawy i resztę składników sypkich. Całość mieszamy do uzyskania gęstej, jednolitej konsystencji. Gotowe ciasto nakładamy łyżką do papilotek  do ok. 3/4 wysokości – najlepiej zaopatrzyć się w silikonowe papilotki, od których upieczone babeczki bardzo łatwo odchodzą. Pieczemy przez 30 minut w 180°C, lub do suchego patyczka. Gotowe!

złocista jaglanka pod owocową kompozycją

Ja na prawdę nie chcę zachwalać, przechwalać, wynosić na piedestał… No dobra chcę. O tej jaglance tubylcy snują legendy przejezdnym, a znani bardowie piszą o niej ballady, które podobno zaczynają być znane w świecie. Złocista jaglanka to śniadaniowy specjał magiczny (takiego określenia użył jeden z gości) od zadań specjalnych, który ze stołu znika szybciej niż się pojawia.

Gdzieś hen daleko za siedmioma górami, za siedmioma dolinami, za siedmioma lasami i siedmioma rzekami, a właściwie na Dolnym Śląsku, w dolinie rzeki Bóbr stała sobie chatka na kurzej stopie, która koniec końców okazała się być radomickim siedliskiem, czyli OchAch! Studio i W Cieniu Słońca. A w tej chatce same dziwy… Wielka kuchnia, wielki piec, do którego wcale nie wrzuca się niegrzecznych dzieci, pełno garów i czar, a w nich bulgocze dziwna substancja i bucha gorąca para niczym z islandzkiego gejzeru. Co tam się wyprawia?! Nic, nic spokojnie to tylko przygotowania do śniadania dla gości.

A co w końcu z tą jaglanką… Gotowaną w czarodziejskim kotle zwanym garnkiem na prawdziwym ogniu zwanym ruskim gazem przez straszną wiedźmę zwaną Marceliną. Jak się później okazuje wcale nie taką straszną, jak ją malują, bo i nawet czasem przepisem się podzieli, czasem podkarmi, podtuczy, wcale nie dlatego, jak mawiają legendy, żeby upiec kogoś na ruszcie i zjeść, bo kuchnię w Radomicach prowadzimy przecież wegetariańską… A i sama wiedźma tak się żywi…

Składniki na ok.3 duże, wypasione talerze

około 1/2 opakowania kaszy jaglanej (opakowanie 500g) (najlepiej bio)

około 500 ml wody/mleka roślinnego (najlepiej migdałowe lub owsiane)

3 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego

1 łyżka masła (opcjonalnie dla nieweganów)

3-4 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka imbiru suszonego

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/3 łyżeczki pieprzu mielonego

1/3 łyżeczki kardamonu

1/3 łyżeczki soli

szczypta chilli

opcjonalnie kilka kropel esencji waniliowej lub ziarenek z laski wanilii

do posłodzenia miód/syrop z agawy/syrop z daktyli/syrop klonowy (wedle smaku)

Do ozdoby ulubione owoce, czekolada, orzechy, bakalie itp.

Wykonanie

W garnku rozgrzewamy olej, wsypujemy kaszę i prażymy tak około 5-6 minut na małym gazie co jakiś czas mieszając. Do płatków dodajemy mieszankę przypraw i bardzo dokładnie mieszamy, tak by przyprawy dotarły do każdego ziarna prosa :). Całość powoli zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ciągle mieszamy) i gotujemy jeszcze przez około 20 minut, do momentu aż osiągniemy nie rozgotowaną, ale kremową konsystencję kaszy. Na koniec słodzimy i co najlepsze stroimy.

Jeśli uznacie, że któraś z powyższych przypraw jest zbyt mocno lub za mało wyrazista, zachęcam do kombinowania i skomponowania własnej, ulubionej proporcji tejże mieszanki. Więcej kurkumy, mniej imbiru,więcej pieprzu, mniej kardamonu, może cynamon? Do wprawy dojdziecie dzięki starej i dobrej metodzie prób i błędów oraz smakowaniu w trakcie gotowania.

Przyznam się bez bicia i nieskromnie, że przyprawy sypię na oko i zawsze wychodzi dobrze. Grunt to nie przesadzić z ilością, gdyż jak powszechnie wiadomo przyprawy korzenne dodane w zbyt dużej ilości nadają goryczkowego posmaku. Nawet gdy do tego dojdzie, hej nie wszystko stracone – miodzik, albo słodki syrop uratują sytuację. Gwarantuję, że ta jaglanka stanie się śniadaniową pozycją obowiązkową, tak jak stało się to w przypadku radomickich gości OchAch’a i WCS 🙂

Smacznego!

kaszaczek, czyli borówkowe ciasto z kaszy mannej

Niektórzy krzywią się na ich widok i pukają w głowę, inni przyklaskują i totalnie wchodzą w ten biznes. Niezależnie w której grupie osób się znajdujesz jedno jest pewne – boom na ciasta, które niewiele wspólnego mają z tradycyjnym serniczkiem, jabłecznikiem, karpatką, czy murzynkiem rozkręcił się na dobre. Najlepiej, żeby było bez mąki pszennej, bez glutenu, bez mleka, bez śmietany, bez jaj, bez cukru, wegańskie, ale zarazem było fit, pożywne, odżywcze, ładnie wyglądało, miało ciekawą konsystencję i smak, było słodkie i fotogeniczne.

Ludzie?! Serioooo? Tak serio.

Jesteśmy świadkami wysypu kawiarni oferujących w swojej karcie takie cuda, wynalazków czasem lepszych, czasem gorszych, warsztatów z pieczenia „inaczej” (sama w takich brałam udział i było świetnie), pojawiających się na fejsie reklam osób sprzedających wegańskie torty, czy inne smakołyki na urodziny, święta, imprezy firmowe, imieniny cioci Halinki, czy komunię Krzysia – tofurniki, nerkowniki, jagielniki, pierd*lniki aż prosi się, żeby spuentować. Wariactwo totalne, ale ogólnie rzecz ujmując jest to na prawdę smaczne, ciekawe wariactwo, które może sprawić niezłą frajdę, pobudzić wyobraźnię a na końcu przynieść satysfakcję z przygotowania czegoś nietuzinkowego, czegoś, co może zaskoczyć domowników, czy naszych gości. Czemu by nie spróbować? 🙂

Dzisiaj, a w zasadzie dwa tygodnie temu przygotowałam to ciasto zupełnie na spontanie (wierzcie lub nie, ale na prawdę robiłam je w jakimś amoku twórczym, czy coś w tym stylu). Pojawił się  w głowie pomysł – stara, zapomniana, gdzieś skrywająca się w cieniu kaszy jaglanej i komosy ryżowej kasza manna. Ciach i dalej poszło już samo. Nie miałam żadnych obaw, czy super planów w postaci posta na bloga związanego z jego powstaniem, po prostu uda się, albo nie, zobaczymy co dalej, chrzanić konsekwencje, życie na krawędzi itp. Czujecie to. No i się udało, do tego stopnia, że powstał wpis. Chociaż moja mama, która nie lubi kaszy mannej była do niego nastawiona raczej obojętnie, także o gustach i smakach już nie dyskutujemy.

A teraz parę słów w ramach promocji ciasta – tanie w porównaniu do innych „zdrowych” ciast i nie tylko zdrowych, wegańskie, bez dodatku cukru, fit, łatwe, szybkie, smaczne, nierozwalające się – można jeść jak kanapkę, ładne. A co do kaszy mannej to może nie jest ona bezglutenowa (także nie dla wszystkich), ale zawiera dużo błonnika, białka, witamin (B, E), potasu, żelaza, magnezu, a nawet jodu. Jest lekkostrawna, a przy tym sycąca! Viva la kasza manna, a zatem do garów! 🙂

ciasto z kaszy mannej

Składniki na okrągłą blachę o średnicy 24 cm:

Spód

1 szklanka daktyli namoczonych w ciepłej wodzie

3 łyżki siemienia lnianego

3 łyżki mąki kokosowej

3 łyżki wiórek kokosowych

3 łyżki mąki ryżowej

woda

Masa białaciasto z kaszy mannej

1 szklanka kaszy mannej

1 mleczko kokosowe

1 szklanka cukru (ja dałam pół, ale mówili, że za mało słodkie :D)

kilka kropel esencji waniliowej (ewentualnie olejku waniliowego)

Masa fioletowa

Tak samo jak w masie białej, oprócz esencji waniliowej

1 szklanka borówek

+ borówki do ozdoby

Przygotowanie:

Spód

Piekarnik nagrzewamy do 180°C. Daktyle namaczamy w ciepłej wodzie, suche składniki wsypujemy do miski, po czym dodajemy dobrze rozmiękczone daktyle wraz z wodą i zagniatamy ciasto do uzyskania gliniastej konsystencji. Podczas zagniatania, gdy ciasto jest zbyt suche i nie chce się połączy możemy co jakiś czas podlewać je odrobiną wody. Następnie wyklejamy nim dno blaszki. Podpiekamy je przez około 10-15 minut i zostawiamy do przestygnięcia.

Masa (obie przygotowujemy niemal tak samo)

ciasto z kaszy mannej

Do rondelka wlewamy puszkę mleczka kokosowego, dolewamy jeszcze około pół szklanki wody, ksylitolu i zagotowujemy na małym gazie. Do przygotowania białej masy dodajemy w tym czasie esencję waniliową, a do fioletowej – borówki. Następnie (cały czas mieszając!) wsypujemy powoli kaszę manną, którą jeszcze przez chwilę gotujemy do zgęstnienia. Nie zapomnijcie o mieszaniu, bo inaczej zrobią się grudki. Tak powstałą masę (najpierw przygotowujemy białą) wylewamy na spód i wygładzamy najlepiej za pomocą szpatułki. Następnie w identyczny sposób przygotowujemy masę fioletową. Na końcu dekorujemy borówkami, liśćmi mięty i czym dusza zapragnie, odstawiamy do przestygnięcia i wkładamy na kilka godzin do lodówki, po tym czasie można jeść :).

Łatwe? Pewnie że łatwe. Smacznego!

deserowe ciasteczka owsiane

Chyba zrobiłam ciastka, które są spełnieniem marzeń wszystkich bezglutenowców, bezlaktozowców, bezcukrowców, bezjajowców i tym podobnych – wiecie o co chodzi.  Jestem przekonana, że typowi zjadacze chleba, glutenu, słodyczy, czy kiełbaski również nie będą zawiedzeni. Te ciasteczka zadowolą po prostu każdego (jakkolwiek by to nie brzmiało). I jakby tego było mało to osiągnięcie takiego efektu wcale nie kosztowało mnie ogromnych nakładów pracy ani czasu, bo z nim ostatnio jest ciężko. Poniższy przepis podobnie jak reszta jest po prostu ekspresowy i prosty jak obsługa cepa, a przy tym zwyczajnie smaczny i na pewno zdrowszy niż ciacha z mark etu.

Może nie jest to jakieś odkrycie, banan i masło orzechowe – wielkie mi halo, ale są pyszne i można nimi nie tylko zaspokoić głód na słodkie, ale też nieźle podjeść, gdy nie bardzo mamy możliwości na spożycie konkretnego posiłku, na przykład w podróży. Serio, sprawdziłam to będąc ostatnio na majówkowym wypadzie w górach. Przekąska idealnie sprawdziła się na dzikim szlaku, gdzie o budzie z zapieksą, czy innym hot – dogiem można zapomnieć, a no i gdy nie bardzo chcemy stołować się w tego typu „lokalach”, czy wpierniczać snikersy. Jedno takie ciasteczko, no może dwa i strzał energetyczny zagwarantowany :).

Polecam, sprawdziłam – Jerzy Zięba.

Eee Marcelina Wilczak raczej, sorki.

 

Składniki na około 10 ciastek :

1,5 szklanki płatków owsianych

2 duże banany

1 tabliczka gorzkiej czekolady (zawartość kakao min. 70%)

5-6 łyżek masła orzechowego

1 szklanka mleka roślinnego / wody

opcjonalnie dodatkowa słodkość 😛 – ksylitol, erytrol, syrop z agawy etc. (tylko dla wybitnych słodziaków)

Piekarnik nagrzewamy do około 160 – 170 C. Ważne jest aby nie była to zbyt wysoka temperatura, ponieważ ciacha się szybko zjarają. Musicie kontrolować sytuację na bieżąco ;). Płatki owsiane wsypujemy do miski i zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ok. 1 szklanki) w celu ich rozmiękczenia. Następnie dodajemy pokrojone banany i rozgniatamy tak oba składniki widelcem do powstania papki – mniej lub bardziej jednorodnej, jest to bez znaczenia. Kolejnym krokiem jest posiekanie na drobne kawałki czekolady, którą dorzucamy do masy ciasteczkowej oraz dodatek masła orzechowego. Słodziaki oczywiście dodają jeszcze dodatkową słodkość jeśli trzeba, w końcu ma smakować, a ja nie lubię się męczyć podczas jedzenia :P. Zawartość miski dokładnie mieszamy. Generalnie konsystencja powinna być gęstsza od masy na placki ziemniaczane – dość zwarta i nierozlewająca się po blasze podczas formowania. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, na którą wykładamy łyżką masę i formujemy okrągłe ciasteczka. Ciacha pieczemy około 15 minut. Będzie pysznie, obiecuję. 🙂

 

Słodko-słony fistaszkowiec z masłem orzechowym

Pierwowzorem i inspiracją do powstania tego ciasta był Snickers z przepisu Oli Raduły (Ola Organic), który poznałam podczas warsztatów z pieczenia wegańskich ciast (klik) . Jak widać nauka nie idzie w las, oczywiście nie chwaląc się (hehe), wykombinowałam coś na prawdę pysznego, zdrowego i pożywnego. To ciasto jest bombą kaloryczną, jednak są to kalorie w pełni wartościowe, a nie puste tak jak w przypadku konwencjonalnych ciast. Na dowód czego po zjedzeniu jednego kawałka poczujesz się po prostu najedzony, a chęć na słodkie mija, a nie się wzmaga. Kiedy zaserwowałam to ciasto w niedzielę w ramach poobiedniego deseru do kawy wszyscy zjedli tylko po małym kawałku ponieważ było ono tak sycące. Następnego dnia zastąpiło ono moje drugie śniadanie, szaleństwo co? Ciasto na drugie śniadanie, kto to słyszał. A jednak dzięki bogatemu spodowi, treściwej masie z kaszy jaglanej i mleka kokosowego oraz masłu orzechowemu jeden mały kawałek może dodać kopa na długi czas. Co jest niezwykle istotne podczas mroźnych grudniowych dni aby nasze brzuchy miały dobrej jakości paliwo do wytworzenia energii i ciepełka 🙂 . Musicie koniecznie go spróbować. Dodając korzenne przyprawy nadacie mu akcentu zimowego, świątecznego. Dodatkowo zachęcam Was do kupienia paczki niesolonych orzeszków ziemnych i samemu wykonać 100% masło orzechowe, które jest banalnie proste i szybie, jednak wymaga dostępu do blendera lub młynka kawowego o dużej mocy, jak większość moich przepisów. Dzięki temu unikniecie spożywania zupełnie niepotrzebnych dodatków do żywności w postaci oleju palmowego, syropu glukozowego czy cukru, które kryją się w dostępnych na półkach sklepowych tańszych masłach orzechowych o słabej jakości, często mają one mniej niż 70% orzeszków. Zawsze czytajcie składy, resztę wskazówek znajdziecie poniżej w przepisie. Do dzieła!

Popołudniowa kawa z kawałkiem ciasta nigdy wcześniej nie była tak smakowita… 🙂

fistaszkowiec z masłem orzechowym

Składniki na blaszkę 30×25 cm

Spód:

  • 3 łyżki mąki ryżowej
  • 3 łyżki mąki kokosowej
  • 2 łyżki siemienia lnianego mielonego
  • 1 łyżka ziaren siemienia lnianego
  • 4 łyżki fistaszków (orzeszków ziemnych)
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • około 150-200 ml wody

Krem jaglany:

  • 200 g / 2 torebki kaszy jaglanej
  • 400 ml puszka mleczka kokosowego (stała, gęsta część)
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • 4 łyżki ksylitolu
  • kilka szczypt gałki muszkatołowej
  • 1 łyżka skrobi ziemniaczanej

Warstwa masła orzechowego (składniki na domowe masło orzechowe):

  • 1 szklanka fistaszków
  • 1 łyżka oleju rzepakowego
  • parę szczypt soli himalajskiej
  • gałka muszkatołowa
  • imbir mielony

Polewa:

  • 1 czekolada (wedle uznania mleczna lub gorzka)
  • 3-4 łyżki masła orzechowego (najlepiej domowe)
  • parę szczypt soli himalajskiej do posypania

Wykonanie

Spód

Piekarnik rozgrzewamy do 180°C. Wszystkie sypkie produkty wkładamy do miski, dodajemy olej kokosowy i wodę. Następnie dokładnie mieszamy, jeśli masa jest zbyt sucha wlewamy więcej wody i blendujemy na gładką masę, która powinna być gliniasta i zwarta, aczkolwiek lekko wilgotna. Ciastem wyklejamy dno blaszki, ugniatamy, tak by tworzyło jednolitą warstwę. Pieczemy prze około 10-15 minut, do momentu, aż spód będzie zwarty, lekko zarumieniony, ale niezupełnie twardy. Odstawiamy do wystygnięcia. W międzyczasie oczywiście przygotowujemy resztę części ciasta.

Krem jaglany

Kaszę jaglaną gotujemy na mleku roślinnym lub wodzie, radzę lekko ją rozgotować, wtedy zblenduje się na gładszy krem. Następnie dodajemy do niej gęstą część mleczka kokosowego, łyżkę oleju kokosowego, ksylitol lub inne ulubione słodziwo, gałkę muszkatołową oraz łyżkę skrobi (dzięki niej krem będzie zwarty). Wszystko blendujemy, radzę uzbroić się w cierpliwość i dość długo miksować składniki, aby masa była jednolita i bardzo kremowa, wtedy będzie na prawdę pyszna.

Masło orzechowe

Jeśli nie macie odpowiednio silnego blendera lub młynka do kawy możecie użyć gotowego masła orzechowego ze słoika, jednak pamiętajcie by wybierać produkty, które w składzie zawierają same orzeszki, ewentualnie olej (ale nie palmowy!) i sól. Niestety na rynku większość maseł orzechowych pozostawia wiele do życzenia i są napakowane wieloma zbędnymi substancjami dlatego ja zawsze mam w szafce paczkę niesolonych fistaszków, z których blenduję domowe masełko. Nic prostszego, wystarczy tylko zmielić orzeszki z dodatkiem łyżki oleju rzepakowego w blenderze kielichowym, młynku do kawy, lub zwykłym blenderem ręcznym. W zależności od mocy blendera należy blendować około 5-10 minut do uzyskania konsystencji masła. Zachęcam Was wszystkich do robienia domowego produktu, jest o niebo lepszy niż ten kupny.

Polewa

W kąpieli wodnej z odrobiną mleka roślinnego lub wody rozpuszczamy czekoladę, którą na końcu polewamy ciasto. Dokładamy parę łyżek masła orzechowego, aby stworzyć mozaiki i ciekawy wygląd ciacha.

 

Ostygnięty spód smarujemy warstwą masła orzechowego, posypujemy całość paroma szczyptami gałki muszkatołowej i imbiru, które podrasują naszego fistaszkowca. Następnie wylewamy krem jaglany, a na samym końcu polewamy płynną czekoladą i dodatkowym masłem orzechowym, na wierz sypiemy orzeszki do ozdoby i posypujemy szczyptą soli himalajskiej. Teraz czas na leżakowanie, niestety ciacho musi przespać się parę godzin w lodówce, aby było idealnej konsystencji i łatwe do krojenia. Jak ja dałam radę wytrzymać to Wy też. 😉

Gotowe! Wiecie co? To wcale nie jest takie ciężkie jak się wydaje! No i ten smak… Bajka.

fistaszkowiec z masłem orzechowym

pomarańczowe batoniki korzenne

Kto mi powie, do jasnej, kiedy przyszedł ten grudzień? Przecież niedawno był 1 listopada. Ja protestuję, nie jestem przygotowana na świąteczny szał, chyba nigdy nie byłam. I jak co roku kombinuję, jakby tu wprowadzić się w nienachalny, subtelny, rozgrzewający Gwiazdkowy klimacik, a nie wkur.. denerwujący, bombardujący z każdej strony, last krysmas aj gejw ju maj hart ol aj łont for krysmas is Marian Carey proszę ucisz się już, komercyjny szał, od którego wręcz uciekam. Uciekam głęboko pod kocyk, albo do kuchni, bo to właśnie w tych miejscach, w domowym zaciszu możemy tworzyć swoją własną, nienarzuconą przez żadnych cwanych marketingowców wizję spędzania, celebrowania czasu przedświątecznego. Słuchajcie, warto ten czas spędzić w kuchni. Od kuchni wszystko się zaczyna, bo co nam po tych wszystkich lampeczkach i bombeczkach, kiedy nie ma zapachu świąt w domu?

Czym dla Was pachną święta? Dla mnie mają całą gamę zapachów, od słodkich, po wytrawne, ale na początek wybrałam połączenie pomarańczy i przyprawy piernikowej. Dlatego ostatnio wyczarowałam coś bardzo świątecznego i praktycznego zarazem. Domowe pomarańczowe batoniki korzenne, które okazały się być wspaniałym preludium Mikołajowym. Te batony to kawałek świątecznego grudnia, który możecie zabrać ze sobą na uczelnię, do pracy, spałaszować stojąc w korku podczas godzin szczytu, kiedy w samochodowym radio leci to całe Last Christmas, lub podarować je komuś bliskiemu w ramach Mikołajkowego drobnego upominku i sprawić uśmiech na jego twarzy. Wiecie, że nawet najdrobniejsze, ale własnoręczne podarki są najbardziej wartościowe? A najbardziej te zdrowe, bo oprócz samego fizycznego prezentu zawierają garść poświęconego czasu, pół kostki pamięci oraz szczyptę troski i zaangażowania.

Klimat Świąteczny jest ukryty w najdrobniejszych szczegółach, nie tylko w galerii handlowej. 🙂

Zachęcam Was bardzo mocno do wykonania własnych batoników i wymyślenia ciekawych opakowań.

Składniki (na około 8 batoników)

  • 1 szklanka daktyli
  • 2 łyżki siemienia lnianego mielonego
  • 3 łyżki mąki jaglanej
  • 3 łyżki mąki ryżowej
  • 2 łyżki płatków migdałów
  • 2 łyżki orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki miodu/syropu z agawy lub innego dowolnego słodziwa
  • Skórka otarta z 1 „bio” pomarańczy
  • Sok z połowy pomarańczy
  • 4-5 goździków
  • 4-5 ziarenek ziela angielskiego (lub kilka szczypt już zmielonego ziela)
  • 1/3 łyżeczki cynamonu
  • 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/3 łyżeczki imbiru
  • kilka szczypt soli himalajskiej
  • opcjonalnie połowa tabliczki gorzkiej czekolady min. 70% zawartości kakao

Wykonanie

Daktyle wkładamy do większej miski, zalewamy ciepłą wodą (około 250 ml) i moczymy do chwili aż zmiękną. Nie wylewajcie wody, później zblendujemy ją razem z daktylami na gładką masę, ale najpierw zetrzemy skórkę z pomarańczy na tarce.

Uwaga ważne! Konieczne jest wcześniejsze wyparzenie wrzątkiem i umycie pomarańczy szczoteczką pod ciepłą wodą. Najlepiej, żeby była to pomarańcza z etykietą „bio” z ekologicznych upraw, gdyż tylko skórka z cytrusów posiadających to oznaczenie nadaje się do spożycia wg wytycznych UE. Jak wiemy egzotyczne owoce transportowane są z daleka, co niestety wymaga odpowiedniej konserwacji za pomocą środków chemicznych, tak aby przetrwały tysiące kilometrów w kontenerach i dotarły do nas niezepsute.  Dlatego musimy postarać się o to aby z ich powierzchni zmyć jak najdokładniej chemikalia. Jest taki grzybobójczy związek, bardzo szkodliwy dla organizmu, o dźwięcznej nazwie imazalil, którego jednak nie da się całkowicie usunąć z powierzchni pomarańczy, dlatego tak istotne jest używanie skórki z pomarańczy niepryskanej. Jeśli macie dostęp do produktu gotowego, bio skórki paczkowanej – super, jeden problem z głowy (można taką nabyć w internetowych sklepach ze zdrową żywnością). Jeśli nie chcecie w ogóle dawać skórki, możecie wycisnąć sok z całej pomarańczy, aromat będzie jednak mniej intensywny niż w przypadku użycia skórki. Wybór należy do każdego z nas. 🙂

Do zmiksowanej, gładkiej masy daktylowej dodajemy startą skórkę oraz świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. Następnie dosypujemy mąki, mielony len, dodajemy płatki migdałowe, pokruszone orzechy włoskie i drobno posiekaną czekoladę. Goździki i ziele angielskie ucieramy w moździerzu, łączymy z resztą korzennych przypraw i dorzucamy do miski. Wszystko dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej, dość zwartej konsystencji, jeśli masa wydaje się Wam zbyt twarda i niepodatna polecam dolać dodatkowo wody. Jeśli uważacie, że ciasto jest wystarczająco słodkie od daktyli nie musicie dosładzać. Ilość dodanego słodziwa jest zawsze kwestią względna, ja dodałam dodatkowo łyżkę miodu ze względu na goryczkowaty posmak korzennych dodatków.

masa daktylowa

Masę wylewamy na blaszkę wyłożoną pergaminem tworząc prostokąt o około 1,5 cm grubości jak na załączonym zdjęciu. Pieczemy w 180°C przez około 20 minut. Uwaga, żeby nie zjarać spodu! Po ostygnięciu kroimy w prostokąty i domowe pomarańczowe batoniki korzenne gotowe!

Smacznego i wesołych Mikołajek!

Z przytupem wchodzimy w Gwiazdkowy czas!

Chlebek bananowy, który wcale nie jest chlebem

Nie jest chlebem, bo jest ciastem – taki myk ze strony kumpli amerykanów. „Banana bread” ma swoje korzenie właśnie w Stanach. Nawet dorobił się tam „Narodowego Dnia Chleba Bananowego”, który wypada 23 lutego. Jednak dzisiaj mamy Międzynarodowy Dzień Chleba, a jako, że ja z natury jestem przewrotna to sprzedaję Wam przepis na chleb, który nim nie jest. Od razu mówię, że jak zrobicie to ciacho raz, na jednym się nie skończy. Jest przepyszne, słodziutkie, wilgotne, bardzo łatwe i szybkie w wykonaniu, nawet wielu garów nie pobrudzicie.

Kiedy pierwszy raz podstawiłam je pod nos największemu koneserowi ciast i słodyczy jakiego zam, a mianowicie mojemu chłopakowi, byłam pełna sprzecznych emocji. Pierwsze wrażenie przed spróbowaniem przewidziałam i było mniej więcej takie – „O, babka. Fajne, ale nie mam ochoty na słodkie jakoś.” – Taaa jasne, ty nie masz ochoty… No ale spróbował i oczy mu się zaświeciły, powaga. – „Ha, mamy to.” – pomyślałam patrząc na pałaszującego Damiana, który z pełną buzią powiedział tylko – „Dobre.” – no w sumie bardziej – „Dobłe.” – ciasto zniknęło w przeciągu chwili – „Dasz mi kawałek na wynos do pracy?” – No jasne, że dam, nawet dwa, ewentualnie siedem! 

Chlebek bananowy

Składniki (na małą keksówkę o wymiarach 20 x 10 cm)

1 szklanka mąki pszennejchlebek bananowy

1/2 szklanki mąki kukurydzianej

1 szklanka dowolnych otrąb i siemienia lnianego

1 łyżeczka sody oczyszczonej

2 jajka

4 dojrzałe banany (zostawcie pół banana do dekoracji)

10-15 daktyli (około 150g)

2 łyżki oleju kokosowego

100g posiekanej gorzkiej czekolady (minimum 75% kakao)

szczypta soli

łyżeczka cynamonu

Przygotowanie

Piekarnik nagrzewamy do 180°C. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Suche składniki – tj. mąkę, otręby, sól, sodę i cynamon mieszamy w misce. W drugiej misce daktyle zalewamy gorącą wodą i pozostawiamy do zmięknięcia. Banany kroimy w plasterki, czekoladę dosyć drobno siekamy (jeżeli na końcu chcecie polać ciacho płynną czekoladą, polecam zostawić niewielką jej część i rozpuścić w kąpieli wodnej, lub po prostu użyć do tego drugą tabliczkę czekolady, jeśli lubicie duuuużo polewy :)). Gdy daktyle już zmiękną, odlewamy z nich wodę (nie wylewajcie jej do zlewu, możecie później posłodzić nią koktajl), dodajemy banany, jajka, olej kokosowy i blendujemy na gładką masę. Teraz „mokre” łączymy z „suchym”, dorzucamy czekoladę, mieszamy jeszcze przez chwilę aby składniki dobrze połączyły się w jedną całość. Na koniec wylewamy całość do keksówki – pomocna tu będzie silikonowa szpatułka, którą dokładnie wybierzemy z miski całą masę, bo przecież nie lubimy marnowania :). Dekorujemy siemieniem lnianym i plastrami banana. Pieczemy przez około 50 – 60 minut w 180°C. Wyjmujemy, studzimy, polewamy roztopioną wcześniej w kąpieli wodnej czekoladą. Chlebek bananowy gotowy! I jest rym!

Zrobicie? 🙂

chlebek bananowy

 

Malinowa tarta z kremem czekoladowo jaglanym

 Jestem łasuchem, kompletnym Kubusiem Puchatkiem. Dlatego nie wyobrażam sobie, gdyby pierwszym wpisem (szooook, pierwszy wpis, mam tremę!) byłoby coś innego niż słodyczek :). Słodyczek, a właściwie ciasto dość alternatywne i budzące pewną konsternację, ale główna degustatorka (czyt. królik doświadczalny) moich roślinnych wariactw i nadworny „masterczef” – MAMA dała zielone światło tej oto malinowej tarcie, na totalnie nietypowym kruchym spodzie z przepysznym jaglanym kremem – zero jajek, zero masła, zero białego cukru i do tego bez pieczenia – szok co? Oby Was to nie zniechęciło, o nie, wręcz przeciwnie zachęcam wszystkich do kombinowania ze zdrowymi deserami czyniąc je bardziej odżywczymi. Niech ta tarta będzie jedną z inspiracji, których tutaj nie zabraknie, obiecuję. Zjadłam pół blaszki sama i nawet nie miałam wyrzutów sumienia – czy powinnam?

Składniki (na blachę o średnicy 30 cm)

kruche ciasto  

1 szklanka mąki jaglanej

¾ szklanki mielonych migdałów

¾ szklanki mąki kokosowej

2 duże łyżki kakao

2 banany

100g daktyli

krem

1 tabliczka gorzkiej czekolady (minimum 70% kakao)

80g daktyli

1 szklanka kaszy jaglanej

2-3 łyżki ksylitolu

1/3 szklanki mleka roślinnego

3 łyżki skrobi ziemniaczanej

1 śmietanfix (skrobia+glukoza, można pominąć)

Parę szczypt chili (w zależności od tego jak bardzo jesteście wrażliwi na ostry smak)

1 słoiczek dżemu malinowego (użyłam domowego dżemu z mojego przepisu)

Maliny do dekoracji

Liście świeżej mięty (opcjonalnie)

Wykonanie

Kruche ciasto

Daktyle zalać gorącą wodą i pozostawić do zmięknięcia (zarówno te na ciasto jak i na krem).

Do dużej miski wsypujemy migdały, mąkę kokosową, mąkę jaglaną oraz kakao. Zawartość miski mieszamy dokładnie, tak aby całość przybrała czekoladowy kolor kakao.

Kiedy daktyle zmiękną, blendujemy je na gładką masę wraz z obranymi i pokrojonymi bananami, następnie łączymy z suchą zawartością miski.

Ugniatamy nasze ciasto do uzyskania gliniastej konsystencji (jeśli masa jest zbyt sucha można dodać więcej bananów, lub ostrożnie dolać niewielką ilość wody, czy mleka roślinnego).

Formę do tarty o średnicy 30 cm wylepiamy ciastem zaczynając od boków, a następnie dno.

Możecie spróbować podpiec ciasto przez parę minut w 180°C jeśli macie wątpliwości co do tego, czy będzie ono zwięzłe, ale wtedy może ono stwardnieć na tyle, że ciężko będzie się kroić (ale łatwiej jeść, jak pizzę :P). Eksperymentujcie i nie bójcie się ryzyka!

Krem

Na małym gazie, pod przykryciem gotujemy kaszę jaglaną  w proporcji 1:2 na wodzie, lub mleku roślinnym przez około 15-20 minut (polecam delikatnie rozgotować kaszę, tak by krem łatwiej się blendował, dzięki temu unikniemy niechcianych grudek). Następnie pozostawiamy do ostygnięcia.

Rozgotowaną kaszę i daktyle blendujemy na bardzo gładką masę.

W rondelku, na małym gazie, podgrzewamy 1/3 szklanki mleka roślinnego, rozpuszczamy w nim 2 łyżki ksylitolu oraz drobno połamaną czekoladę cały czas mieszając aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Pozostawiamy  do przestygnięcia.

Zblendowaną kaszę z daktylami łączymy z roztopioną masą czekoladową, następnie miksujemy dodając w trakcie śmietanfix oraz skrobię ziemniaczaną. Nasz krem jest już gotowy.

Spód tarty hojnie smarujemy dżemem malinowym, wylewamy krem, posypujemy chili, a na koniec dekorujemy malinami i (opcjonalnie) liśćmi świeżej mięty. Wkładamy do lodówki.

Teraz tylko musimy przez dłuższą chwilę uzbroić się w cierpliwość, aby dać szansę kremowi porządnie się ściąć pod wpływem niskiej temperatury (łatwiej będzie się wtedy kroić).

Tartę przechowujemy w lodówce. Najlepiej będzie jeśli zjecie ją w przeciągu dwóch, maksymalnie trzech dni, ale jestem przekonana, że z tym nie będzie najmniejszego problemu.

Dobrej zabawy i smacznego!

P.S. Nie zapomnijcie oblizać łyżki i miski po kremie!