koktajl Śliwka w czekoladzie z avocado

Czas zapomnieć o rozpustnej i niemoralnej świątecznej wyżerce, bo po niej zawsze mam rozwalony system. Na serniczek i śledzie pod pierzynką nie mogę już patrzeć, więc najwyższa pora aby wrócić do swoich właściwych nawyków żywieniowych i trochę odciążyć ten nieszczęsny, wymordowany żołądek. Nie wiem jak Wy, ale ja po takich jedzeniowych maratonach czuję się jak bym przytyła z 10kg, brzuch odstaje, jest ciężki jakbym pochłonęła worek kamieni chociaż waga pokazuje tylko 1 ewentualnie 2 kg na plusie, niemniej jednak samopoczucie nie jest najlepsze. „Dlaczego ja sobie to robię?” – co roku pojawia się to samo pytanie, chociaż u mnie w domu Święta w tym domu były wyjątkowo minimalistyczne – pół balkonu zawalone jedzeniem, a nie cały. Jest postęp, co nie? Dlatego dzisiaj na śniadanie miałam ochotę zjeść coś lekkiego, a zarazem pożywnego, coś co da mi energię na długie godziny.

Po przebudzeniu, nieco zaspana jeszcze, jednak już myśląca co tu by opitolić, wyruszyłam na mały wypad do lodówki w poszukiwaniu „normalnego” jedzenia. Według mnie najlepszym posiłkiem nieobciążającym żołądek są dania płynne jak zupy, puddingi, smoothie, czy koktajl e, dlatego już wiedziałam, że na pewno z rana będzie głośne miksowanie (oby mama już nie spała). Po drodze natrafiłam na pachnące jeszcze resztkami Gwiazdki orzechy laskowe i suszone śliwki – bingo! Domowe historie głoszą, że śliwki dobrze działają na pracę jelit, do tego zawierają dużo błonnika, co mogłoby pomóc z uregulowaniem skaczącego cukru po tych wszystkich pierniczko – serniczko – makowcach, no i są dość kaloryczne co zapewni dobre paliwo z rana. W lodówce między słoikami ze śledziami po kaszubsku, sałatką warzywną i rybą po grecku ukazało się zielone, dojrzałe, zapomniane avocado a obok otwarty kartonik z mleczkiem kokosowym. To chyba był znak z góry, że czas najwyższy się opanować. Patrząc na moje zdobycze urodził się pomysł na super gęsty, kremowy i sycący śliwkowy koktajl czekoladowy (o ironio bez czekolady) z nutą orzechową. Proszę Państwa, tak – wracamy do zdrowej gry!

koktajl

Składniki na 2-3 szklanki koktajl u

  • 1/2 avocado
  • garść śliwek suszonych (około 20-25)
  • mała garść orzeszków laskowych (około 20)
  • 1 szklanka (250ml) mleka kokosowego (rzadkiego, może być rozwodnione wodą)
  • ok. 1/2 szklanki wody (w zależności od upodobań co do konsystencji)
  • 1 płaska łyżka kakao
  • parę szczypt cynamonu
  • opcjonalnie dla osób nielubiących smaku avocado można dodać kawałek banana, który go zniweluje

Wykonanie

Avocado kroimy na pół, wyciągamy pestkę, obieramy ze skórki, bądź wydrążamy środek łyżką jeśli jest na tyle miękkie (dojrzałe), drugą połówkę polewamy sokiem z cytryny (aby nie zaczerniała) i chowamy do lodówki. Wszystkie składniki wrzucamy do blendera kielichowego, bądź do miski jeśli używamy blendera ręcznego i miksujemy na gładką masę, dodając wedle uznania wodę i mleko kokosowe.

Koktajl gotowy!

P.S. Ja osobiście lubię gęste koktajl e, więc dodaję małe ilości wody, czy mleka. To ile płynów dolejecie zależy tylko i wyłącznie od Was. Pamiętajcie jednak, że im więcej wody tym mniej intensywny smak. Smacznego! 🙂

 

koktajl

 

szybka sałatka z brokułem i batatem najlepsza na wszystko

Co przychodzi Wam do głowy kiedy słyszycie hasło „sałatka”? Warzywna z całym słoikiem kieleckiego czy tam pomorskiego? Tuńczyk z ryżem, ananasem i kukurydzą, plus oczywiście słoik majonezu? Czy może jeszcze inne klasyki, które jak wszyscy doskonale wiemy są najczęstszym powodem niestrawności i złego samopoczucia na dzień po dobrej imprezie (hehe, jeśli wiesz co mam na myśli). I pewnie byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie mały fakt, że od imprezowych sałatek jednak kaca się nie ma, nazywajmy rzeczy po imieniu (a piątek, piąteczek i „łykend” za pasem). Do czego zmierzam? A no do tego, że każdy mit ma w sobie małe ziarenko prawdy. Przecież w tak starym, wyświechtanym jak świat żarciku o szkodliwych sałatkach na zakrapianych spotkaniach musi coś być. Dlaczego nie zrzucamy wszystkiego na schabowe, albo mielone tylko akurat na groszek w jarzynowej? No właśnie. Ja często tak mam, że nasza ulubiona, przejedzona i zmechacona jak stary sweter za trzy dychy na promo z „Haędemu” krajowa warzywna po prostu leży mi godzinami na żołądku i ni ciula nie pomagają wtedy żadne herbatki ziołowe, kadzidełka, nacieranie brzucha błotem, tańce plemienne czy inne szamańskie rytuały. Po prostu jest dla mnie zbyt ciężka i strawienie jej zajmuje długie godziny – życie, nie ma „letko”. Dlatego właśnie kombinuję z różnymi innymi, bardziej przyjaznymi dla układu trawiennego kompozycjami, które zarówno są sycące i łatwostrawne, a po ich zjedzeniu brzuch wygląda raczej normalnie a nie jak przy dwudziestomiesięcznej słoniowej ciąży (nie chcę obrazić słoni, tylko nadać dramatyzmu sytuacji). 

Wiecie jak to jest kiedy człowiek się stara, szuka czegoś kunsztownego, nad wyraz oryginalnego, wymyśla na siłę, bo na insta koniecznie musi być ładne jedzonko, bo chce się wykazać, ma ambicje, to nic z tego nie będzie, czapa. Miałam tak ostatnio z takim jednym przepisem, drogi, trudny, „wiecie czego” nie urywał no i właśnie czapa. A  ja wychodzę do Was z przepisem sprawdzonym, banalnym w przygotowaniu, zrobionym z łatwo dostępnych produktów, które niemniej jednak są świeże, ciekawe i oryginalne w smaku, a do tego super zdrowe i kolorowe – o kolorki w tym pochmurnym okresie musimy dbać! Tak jak wspominałam w hummusowym poście (o tutaj).

Ta sałatka z brokułem i batatem, jest moim i będzie Twoim nowym hitem! Serio mówię, a przygotowałam ich już dosyć sporo jak na swoje krótkie 21 letnie życie. Zabieram ją w pudełku na uczelnię, wcinam na śniadanie, na kolację, kiedy dopadnie mnie mini głodek, albo ten większy. Robię jeśli mam niezapowiedzianych gości, bo jest szybka i łatwa (ostatnio z jarzynówką paprałam się chyba z półtora godziny przed „Wszystkich Świętych” – nigdy więcej). Oczywiście stworzona na tak zwanym momencie z tego co akurat było pod ręką – mój klucz do udanego dania. Bardziej chyba wychodzi mi spontaniczne działanie niż zaplanowane, nie czuć wtedy presji.

Dlatego tu i teraz ZACHĘCAM wszystkich miłośników sałatek klasycznych, majonezu i kurczaka, hejterów sałatek, hejterów warzyw, a w szczególności batatów oraz tych którzy w sałatkach i lunch box’ach są zakochani, do wypróbowania tego przepisu, bo wyrwie Was z klapek. Dziękuję. Koniec.

Składniki na miskę sałatki

1 brokuł (ok. 500g)

1 duży batat, bądź 2 mniejsze (ok. 400g)

1 woreczek / 100 g / ok. pół szklanki kaszy jaglanej

1/2 dużej puszki kukurydzy lub 1 mała

3 łyżki słonecznika

1 mała czerwona cebula

Mały pęczek kolendry

3-4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

2-3 łyżki octu winnego

Pieprz mielony i gruboziarnisty (ten drugi możesz pominąć, jeśli nie masz)

Sól

sałatka z brokułem i batatem

Sałatka z brokułem i batatem

Wykonanie

Na małym gazie, w osolonej wodzie gotujemy kaszę jaglaną (pod przykryciem, nie mieszamy podczas gotowania). Brokuła dzielimy na małe różyczki, batata obieramy, i kroimy w dość drobną kostkę. Pamiętajcie aby opłukać je wodą! Tak przygotowane, lekko osolone warzywa gotujemy pod przykryciem na parze – pierwsze wrzucamy bataty, a po 5ciu minutach dodajemy brokuła, następnie czekamy do chwili aż oba składniki zmiękną (około 10 minut). Cebulę obieramy, kroimy na cienkie krążki, które moczymy w occie winnym w celu nasiąknięcia aromatem – mówię Wam to jest sekret tej sałatki 🙂 . Słonecznik prażymy na patelni, lepiej nie ustawiać dużego gazu, co jakiś czas mieszamy, uważajcie aby wychwycić ten moment, w którym ziarna są pięknie złociste, a nie ciemnobrązowe, lub już nawet czarne, czuć wtedy smak spalenizny. Teraz komponujemy sałatkę. Ostudzoną kaszę mieszamy z olejem, pieprzem, kolendrą, kukurydzą i cebulą, dodajemy chłodnego batata i brokuł, następnie posypujemy całość prażonym słonecznikiem i pieprzem gruboziarnistym, jeśli sałatka wydaje się Wam za sucha dolejcie więcej oleju. Wasza szybka sałatka z brokułem i batatem jest już gotowa. Widelce w dłoń.

Smacznego i na zdrowie!

sałatka z brokułem i batatem

Hummus party – kolorowa pasta z grochu

Nawet nie zauważyłam kiedy piękna złota jesień przerodziła się w zimną, wilgotną, wietrzną i w ogóle nieprzyjemną szarugę. Ten tragiczny czas, w którym wstaję rano – jest ciemno, wracam do domu późnym popołudniem – jest ciemno, nastał i nie mogę go powstrzymać. Jedyne co pozostaje to zahibernować się gdzieś pod trzema kołdrami, pięcioma kocami na jakieś 4-5 miesięcy i przeczekać ten okres do momentu, w którym życie i kolory wrócą… Co za brednie, co to za depresyjne nastawienie? Nie ze mną te numery, trzeba wstać i walczyć, a ja z chandrą lubię walczyć w kuchni, bo to jest walka, w której z reguły jestem na wygranej pozycji. Z szarościami, które toleruję jedynie w swojej szafie, a nie w otaczającym świecie najczęściej radzę sobie tak – ja to nazywam „koloroterapią”. I proszę mnie nie wyzywać teraz od żadnych wariatek, znachorów czy szamańskich wiedźm, ale to działa i nikt mi nie powie, że otaczające barwy nie mają wpływu na nasz nastrój, bo ja na przykład nie potrafiłabym zasnąć w sypialni o wściekle czerwonych ścianach. 

Podczas depresyjnych dni warto trochę pokolorować talerz i fajnie wpłynąć na swój nastrój. Nie wiem co Wy uważacie, ale myślę, że te kolorki są urocze i zachęcające – ich zaletą jest to, że smakują tak samo dobrze jak wyglądają (mam nadzieję, że wyglądają). Do przygotowania szczególnie zachęcam hummusowych świrów, którzy objedli się już tradycyjną wersją pasty. A dla tych, którzy nigdy jej nie jedli polecam przyrządzić małą porcję na spróbowanie, bo smak jest dość intensywny i zupełnie odmienny niż znamy z tradycyjnych polskich dań, w końcu kuchnia arabska jest dość (nawet bardzo) daleka od naszej, prawda?  Jednak jak już wiecie z poprzedniego postu #SmakujTrójmiasto uważam, że warto otwierać się na nowe doznania kulinarne, dawać szansę swoim zmysłom i dojrzewać do pewnych smaków. Także niczego się nie bać i próbować! Przepis jest banalnie łatwy 🙂

Składniki (na 1 miseczkę każdego z kolorów)

Baza do wszystkich past:

1 szklanka wymoczonego, ugotowanego grochu łuskanego

1 duża łyżka tahini (pasta sezamowa)

1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

1 ząbek czosnku

sok z ćwiartki limonki

sól

pieprz

oliwa z oliwek

Składniki do poszczególnych kolorów:

Zielony:

1 łyżeczka sproszkowanego młodego jęczmienia

Garść jarmużu, lub szpinaku

Parę listków mięty/pietruszki/kolendry (opcjonalnie)

 

 

Żółty:

1 łyżeczka curry

1 łyżeczka kurkumy

 

 

 

Różowy:

Ćwiartka pieczonego buraka (lub więcej jeśli lubicie dominujący buraczany smak)

 

 

 

 

Wykonanie:

Groch moczymy przez parę godzin, najlepiej przez noc w wodzie, następnie gotujemy do miękkości (WSKAZÓWKA: jeśli nie lubicie bawić się z moczeniem i chcecie mieć swój hummus „na już” możecie użyć ciecierzycę z puszki, która po odlaniu od razu nadaje się do przerobienia). Wszystkie bazowe składniki oraz naturalne barwniki do uzyskania wybranego kolorku blendujemy na gładką masę, przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i.. gotowe! Pyszna prościzna!

Podajemy na kanapce, z chrupkimi warzywami, jako dodatek do burgerów, placków, naleśników, bądź jemy prosto z michy 🙂

 

 

 

Pieczona kukurydza lepsza od gotowanej

Wiecie, że najłatwiejsze rozwiązania to najlepsze rozwiązania? Tak właśnie jest z tą kukurydzą. Szybka, łatwa, pyszna przekąska, którą można schrzanić tylko poprzez spalenie w piekarniku (pozdrowionka dla zapominalskich). Bardzo lubię podawać ją jako dodatek do zup, szczególnie moich ukochanych kremów – na przykład do tego. Nie żebym miała coś przeciwko, bo i taki duet szanuję, ale ile razy można podawać kremik z grzankami, co nie? Teraz są czasy szalone, więc szalejmy, chociażby poprzez podawanie zupy z różnymi oczywiście-nieoczywistymi dodatkami, zawsze to jakieś odstępstwo od normy. A ja tak lubię. Smacznego. Idźcie dziobać kukurydzę. Sezon na pełnej!

Składniki na marynatę, którą polejecie 3 kukurydze

1/3 szklanki zimnotłoczonego oleju rzepakowego

2-3 łyżki wody

2 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę

1 łyżeczka pieprzu młotkowanego (lub 1/2 mielonego)

1/2 łyżeczki soli himalajskiej

1/2 łyżeczki papryki słodkiej

szczypta chili

Wszystkie przyprawy łączymy z olejem i wodą.

Wykonanie

Rozgrzewamy piekarnik do około 180°C, kolby odwijamy, myjemy, układamy w naczyniu żaroodpornym. Możemy zawiązać im kiteczki (jak na załączonym zdjęciu) będą wyglądać uroczo. Następnie polewamy marynatą tak aby nie pominąć żadnego ziarenka. Przykrywamy folią aluminiową i pieczemy przez około 30 minut. I tyle!

Mam nadzieję, że spróbujecie, łatwiej być nie może! 🙂