Follow Us

Copyright 2017 | Softset

Czy istnieje życie po wegetarianizmie?

Życie po wegetarianizmie. Trochę jak życie po śmierci. Czy ono w ogóle istnieje?

Dzisiaj opowiem Wam o początku końca. Czyli o tym dlaczego, Wilczaksyty zanim się rozkręcił, to już za chwilę zaczął padać. Z głodu padać. Teoretycznie. Nie wyobrażam sobie publikowania treści, które nie są już do końca wspólne z moim postępowaniem. Wierzę, że gdy przeleję swoje przemyślenia moja blokada i dyskomfort towarzyszący przy kolejnych próbach prowadzenia bloga minie. Bo chcę to robić!

Uwaga, wegetariański „format” bloga wraz z publikacją tego posta przeminie. Jeśli interesuje Ciebie dlaczego tak się dzieje, zachęcam do lektury. Z góry uprzedzam, że nie jest to forma spowiedzi, a jedynie chęć przedstawienia luźnych, własnych przemyśleń i doświadczeń z powrotu na „ciemną stronę mocy”.

Oto mój żywieniowy”coming out”.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

I dzisiaj już nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Skończył się mój wegetariański dążący do weganizmu etap życia, a zaczął się ten, jak się okazuje, zdrowy i właściwy. Produkty zwierzęce powróciły do mojej diety. W obliczu utraty zdrowia, a tym samym obniżonego komfortu życia wszystkie ideały, na których budowałam swoje ego, tożsamość, pogląd na otaczający świat i przecież również tego bloga (!) runęły. Po prostu. O tym jest dzisiejszy post.

Zabierałam się do niego jak pies do jeża, szukałam inspiracji jak ugryźć temat, szperałam w internecie o powrotach do mięsa i nie udało znaleźć mi się nic konkretnego. Kilka wypowiedzi na forach, parę vlogów, kilka anonimowych wyjaśnień. Temat jest niewygodny. Wiadomo, przecież nikt, kto wcześniej walczył o swoje ideały nie jest klepany po ramieniu, przy bardziej lub mniej radykalnej zmianie danego punktu widzenia. I ja to rozumiem.

Wielką sztuką jest być autentycznym w internecie, a zarazem zbytnio nie obnażać się ze swoim życiem, aby zachować tą część intymną tylko dla siebie w realnym świecie. Pisząc tę historię o porzuceniu wegetarianizmu wiedzcie, że jej początek napisały problemy zdrowotne. Bez chęci i potrzeby wywlekania diagnoz, dolegliwości i wyników badań pomijam jednak ten etap. Sorry not sorry. Tak samo nigdy nie zrozumiem wrzucania do sieci zdjęć USG macic z płodami. Nieważne.

Co najlepsze, powrót do jedzenia mięsa wcale nie miał związku z wegetarianizmem jako „złem” samym w sobie, w postaci niedoborów, anemii etc. tylko z koniecznością wykluczenia pewnych istotnych produktów, które ogólnie mówiąc mi nie sprzyjały, a bez których nie miałabym szans być zdrową wegetarianką, czy weganką na dłuższą metę, bez sztucznego wspomagania. Pomijając całą batalię medyczną koniec końców najrozsądniejszym wyjściem w mojej sytuacji było włączenie mięsa do diety. Organizm wiedział lepiej i dawał konkretne znaki.

Na rozstaju dróg stoi dobry „buk”, on wskaże ci drogę

Na początku przeświadczenie o słuszności niejedzenia mięsa zastąpione zostało wyrzutami sumienia i schowaniem głowy w piasek – znowu nie miałam racji. Może by tak jednak spróbować? Garść witamin, trzy kopy mieszanek i wszystko by grało, podobno można. Teoretycznie. I tak oto znalazłam się na rozdrożu tego paradoksu. Na szczęście miałam bardzo dobrą i profesjonalną mapę, jednak ostateczny wybór drogi należał do mnie.

Po jednej stronie plasował szlak czerwony tzw. trasa zdrowia. Naturalna, łatwiejsza, podczas której przemierzania można wsłuchać się w potrzeby własnego organizmu, kroczyć sobie, ku lepszemu komfortowi życia podziwiając widoki z lekkością. Bez zbędnego balastu na plecach – jednak trzeba zjeść mięso. Raz na jakiś czas. Po drugiej stronie zaś szlak zielony „wegetariański”. Żeby nim podążać w rzekomym zdrowiu musiałabym wyrzucić z plecaka 3/4 swojego pożywienia na rzecz nienaturalnych dziwactw, stałej czujności, stąpania po niepewnym gruncie – trasa dość niebezpieczna, kręta i długa. Jeśli chciałabym silić się na naiwnego tragicznego bohatera to może i spróbowałabym. Chociaż pewnie ostatecznie tak, czy siak nastąpił by powrót szlak czerwony.

Wiecie, którą drogę wybrałam.

Może lepiej nie mówić…

No dobra po tych kilku miesiącach zaczęłam czuć się świetnie, moje życie znowu nabrało sensu. Ale teraz  jak wytłumaczyć się z tego indyka, czy mam prawo pisać wege posty, kiedy tej rzeczywistości już nie ma? Bo koniec końców nie istotne jest, że nisko przetworzone, chude mięso zaczęło stanowić jedynie niewielką część mojej diety. Bo jej podstawą są wciąż… warzywa. Sytuacja jest zero jedynkowa. Nie można być wege na pół etatu. Ja o tym wiem i staram się nie chodzić z hipokryzją za rękę, chociaż jest ona domeną ludzi. Nastąpił ideowy chaos w głowie, światopoglądowy mętlik, taka mała rewolucja. Na rzecz poprawy zdrowia. Tak źle i tak niedobrze.

No to jak rozwiązać kwestie jedzenia? Wilczaksyty to jedzenie, i to 100% wegetariańskie, takie było założenie, bo taka wtedy byłam, kiedy podjęłam decyzję – „o chcę mieć bloga”! I nie wiedziałam co to znaczy, zupełnie z czym to się je. Przynajmniej od początku wiedziałam, że ściemniać w necie nie można, bo ściema nigdy się nie obroni, prawda zawsze. Zawsze mówię jak jest nawet, gdy szczerość w oczy kole. Teraz też nie jest zbyt wygodnie, ale prawdziwie. I nawet fajnie się to pisze. Moje niepokoje mogą wydawać się komiczne, czy niezrozumiałe, ale osobie, która aspekty związane z odżywianiem, życiem w zgodzie z konkretnymi ideałami traktuje poważnie wyda się to całkiem zrozumiałe.

Odpowiedź okazała się prosta. Mówić jak jest i nie tłumaczyć się. Kto będzie chciał kliknąć w tego linka i tak kliknie, kto nie – tym lepiej. Nic na siłę.

Czarne, białe, czy szare? Czyli jedni spalą na stosie, inni zbiją piątkę, a kto machnie ręką?

A ja teraz stoję z boku i obserwuję tę etyczno-żywieniową walkę dobra z dobrem. Bo jedno „dobro” myśli, że drugie „dobro” to zło w czystej postaci, i na odwrót. Niestety wciąż odcienie szarości są rzadko akceptowalne. Tylko czerń lub biel, tylko dobre, albo złe. Z nami, lub przeciwko nam. Po jednej stronie sfrustrowani mięsożerni, złośliwcy wkradający się na fora dla roślinożerców. Z drugiej strony oni – oświeceni, czasami pogardliwi, na wyższym poziomie wtajemniczenia przecież. Jedni rzucają mięsem, a drudzy brokułem… Ale to temat na osobny post.

Teraz już wiem, że nie ma jednego słusznego rozwiązania dla każdego. Odcienie szarości występują w przyrodzie znacznie częściej niż czysta biel, lub czerń. Fajnie, że w końcu to zrozumiałam i doświadczyłam na własnej skórze. Jedno jest pewne – dopinguję wszystkim tym, którzy propagują ograniczanie spożywania mięsa, produktów wysokoprzetworzonych, śmieciowego żarcia, fast foodów, trucia w restauracjach etc. Krótko – świadome odżywianie, wiara w naukę, profesjonalna pomoc, zdrowy rozsądek. Reszta leży po stronie każdego z nas.

No to, czy istnieje godne życie po wegetarianizmie?

życie po wegetarianizmie

Nie chcę zbytnio filozofować, prowadzić etycznych dyskusji na temat dobrobytu zwierząt, może trochę z podświadomej potrzeby asekuracji, wygody, czy usprawiedliwienia. Możliwe, że ktoś poważy słuszność moich przekonań, oraz zwykłego szacunku do fauny i flory w obliczu deklaracji spożywania mięsa. No ale one wiele się nie zmieniły, a raczej ewoluowały. Wcale nie zaczęłam być pasjonatką polowań, cyrków, delfinariów, futer, czy ubojów rytualnych. Nie zamykam zwierząt w klatkach dla zabawy, a nad kominkiem, którego nie mam nie wisi poroże z kawałkiem czaszki jelonka. Co za ulga, że nie mam kominka.

Nigdy nie skrytykowałam nikogo za to, że je, lub nie je mięsa. W mojej rodzinie od zawsze spożywało się mięso, wychowałam się na flakach, schabowych, galarecie z nóżek i wpierniczałam wszystko. Nie śmiałabym wypominać komuś mielonego, wiedząc, że babcia być może właśnie sobie turla pulpeciki w sosie chrzanowym. Każda historia powrotu do mięsa lub rezygnacji z niego jest inna.

Czy wróciłabym do jedzenia mięsa gdyby nie znaki ze strony organizmu, że muszę zmienić schemat, który okazał się zawieść? Pewnie nie, bo dzisiaj też nie spożywam go codziennie. I co więcej, po wprowadzeniu mięsa z powrotem do jadłospisu nie zaczęłam latać ze strzelbą, w futrzanej czapce z kitką. Wcale nie czuję wszechogarniającej żądzy krwi i mordu, nie miewam snów o salcesonie, a nawet o zgrozo nie jadłam kiełbasy z grilla w tym sezonie! Bo zupełnie nie o to kaman.

Życie po wegetarianizmie istnieje i co więcej można zachować przy tym godność, twarz i temat chociaż wstydliwy nie powinien stanowić tabu. Żyję teraz jakby w nieco odmiennym wymiarze, z inną świadomością i doświadczaniem. Pokora, spokój, szacunek i zrozumienie.

SIEMA!

Pisząc to teraz czuję się mądrzejsza, bogatsza w doświadczenie i zupełnie bezstronna, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A co najważniejsze w końcu nie mam z tym problemu – czy komuś się to podoba, czy nie. Wierzę w siłę nauki, medycynę, dietetykę, zdrowy rozsądek, szukanie własnego przepisu na szczęśliwy brzuch. Bo przecież stamtąd bierze się całe ciepło!

W przygotowaniu nowe wpisy z nową energią!

Spodobało Ci się? Zostaw po sobie ślad, lub udostępnij. Będzie mi miło.

~ Marcelina

życie po wegetarianizmie

Jak spędzić fajny weekend na pomorzu cz. I – Folwark w Jackowie

Zanim nauczyłam się doceniać piękno naszego kraju i najbliższych okolic, w których się wychowałam, myślami bujałam głównie po egzotycznych, czasami nieracjonalnych na dany moment destynacjach. Oczywiście, należy marzyć, dążyć do spełnienia snów na przykład o drewnianych, palowych domkach postawionych na środku błękitnej laguny Bora Bora, czy trekkingu w Himalajach. Ale czasami okazuje się, że podróżnicze spełnienie może leżeć znacznie bliżej. Nawet 60 km od miejsca zamieszkania, a odległe miejsca mogą poczekać. Na dzień dzisiejszy swoje Himalaje odnalazłam w Karkonoszach, a Bora Bora na Pomorzu. Można? Można.

Czy można odpocząć nie wybierając się na Bora Bora?

Powiem szczerze, że Pomorze jest chyba nawet bliższe mojej estetyce niż Bora Bora, patrząc na rażące po oczach ostrymi kolorami zdjęcia z IG ;). Wolę surowość. I właśnie surowość, nieoszlifowanie i chaotyczność tego najbliższego mi geograficznie regionu sprawia, że można tu najzwyczajniej w świecie odpocząć. Wydaje mi się, że wkraczam na poziom „dorosłości”, na którym odpoczynek staje się dobrem luksusowym. I właśnie dlatego chcę mądrze wybierać miejsca, które sprostają temu zadaniu, co wbrew wszechobecnemu przekonaniu nie jest łatwe. Pamiętam jak ubiegłego roku wróciłam z wyczekiwanych, tygodniowych wakacji w Turcji bardziej zmęczona niż po zeszłym weekendzie na Kaszubach Północnych, o których właśnie chcę Wam napisać, ale mam zbytnią skłonność do dygresji i wciąż nie przeszłam do konkretów.

Każdy szanujący się Pomorzanin wie, że jak (po)morze to tylko poza sezonem. Poza sezonem zamiast zapachu spalonej na fryturze ryby można poczuć prawdziwy zapach morskiej bryzy i lasów, które otaczają puste, zachęcające do długich spacerów plaże wolne od parawaningu narodowego. Po chwilowej analizie terminów wybrałam weekend po majówce, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Na trasie nie było korków, w każdym odwiedzonym miejscu ludzi jak na lekarstwo, a pogoda dopisała, co dla mnie oznacza po prostu brak deszczu i słońce od czasu do czasu.

Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. – Uwielbiam norweskie podejście do życia.

W staropolskim stylu

Miejsce, będące głównym celem wypadu, oddalone o 55 km od Gdyni, to Jackowo położone między Białogórą i Łebą w gminie Choczewo, w powiecie Wejherowskim. Jackowo jest kaszubską osadą liczącą około 230 mieszkańców, z dziurawą nawierzchnią jak ser szwajcarski i jednym, małym spożywczakiem. Niech Was nie zmyli pierwsze wrażenie, nigdy. Pamiętajcie, że najbardziej wartościowe kryształy zamknięte są w pospolicie wyglądających skałach. I tak też było z  folwarkiem o tej samej nazwie.

Nietuzinkowy folwarczny kompleks składający się z Agroturystki u Nicole oraz Pokojów Przy Szklarni zachwyca swoją ascetycznością. Nicole, właścicielka folwarku zarażała uśmiechem, serdecznością i gościnnością oraz służyła dobrą radą w razie potrzeby, co sprawiło, że czułam się bardziej jak u znajomych, niż w obcym miejscu.

Ta forma turystyki (agroturystyki) całkowicie zrywa z konwencją, powierzchownością i anonimowością, którą otrzymuje się podczas odwiedzin w typowo komercyjnych miejscach. – Co jednym pasuje, a innym nie. I fajnie.

Dopełnieniem tej sielanki jest stajnia i niemałe stadko koni, a ochotników do głaskania nie brakuje – można miziać po chrapach bez końca. Przebywając tu ma się wrażenie jakby czas zatrzymany był w miejscu, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Wnętrza skończonych budynków urządzone są w stylu rustykalnym. Ponadto odrestaurowane z poszanowaniem pierwotnej formy i materiałów wprowadzają odrobinę magii, której w głębi duszy oczekiwałam doświadczyć. Zważywszy na fakt, że całe życie mieszkam w bloku chcę chłonąć energię staropolskiej wsi jeszcze bardziej.

Oniryczne historie

Parom polecam Pokój Kaszubski znajdujący się w Agroturystyce u Nicole, na który intuicyjnie padł wybór przy dokonywaniu rezerwacji. Pokój iście etniczny, wypełniony kaszubskimi elementami, z przepiękną drewnianą szafą, do której zapewne bym weszła, gdybym miała 8 lat. Elementem stanowiącym wisienkę na torcie było bezpośrednie wyjście na prywatną część białego tarasu, gdzie wraz z moim partnerem spędzaliśmy najwięcej czasu pijąc poranną kawę i jedząc owoce. Wczesne godziny, kiedy owinięta w kołdrę z półotwartymi oczami szłam boso na taras by przywitać dzień w akompaniamencie śpiewu ptaków i kojącego szumu drzew sprawiały, że spałam na jawie.

Wieczory spędzaliśmy oglądając seriale na niezwykle klimatycznym, onirycznym wręcz poddaszu. Drewniany stryszek swoją architekturą, surowością i detalami szeptał nam historie tego siedliska. Miejsce wyjątkowe, energetyczne, takie, które posiadają jedynie stare domy.

Kolejną rewelacją dla człowieka z bloku były dwie wielkie szklarnie – piękne, zniszczone, pełne rupieci ogrodniczych, prania i zieleni. Co więcej, tylna powierzchnia jednej z nich tworzy ścianę niezwykłego apartamentu – chciałabym kiedyś spędzić tam noc. Nieoczywiste i pragmatyczne wnętrza to kierunek, który doceniam.

To co brzuszki lubią najbardziej

Śniadania, bo korzystaliśmy tylko z tych posiłków, były takie jak lubię, a oczekiwania co do tego posiłku zawsze mam wysokie (z wiadomych, Radomickich względów ;)) – proste, zróżnicowane, przygotowane z lokalnych produktów. Ja szczególnie umiłowałam sobie carpaccio z buraka z białym serem. Ogromny plus za dużo, świeżej zieleniny w postaci sałat i smacznych warzyw. Ponadto, drugi plus za ciepłe propozycje śniadaniowe, bez których mój partner nie wyobraża sobie udanego posiłku. Każdy znalazł coś dla siebie i nie wyszedł głodny a więc, klucz do poprawnego śniadania został spełniony.

No i kawa. Była. Z ekspresu. Dobra.

Przemyślenia i wskazówki

Jak znalazłam to miejsce? – https://slowhop.com/pl/

Czy weekend jest wystarczający? – 3-4 noce byłyby idealne.

Czego mi brakowało? – Może nie tyle, co brakowało, ale miejsce ciągle jest w rozbudowie. W centrum stoi nieodrestaurowany pałac, który w przyszłości ma szansę stać się dumą folwarku – chciałabym tego doświadczyć.

Komu polecam? – Osobom lubiącym spokój i ciszę, potrafiącym docenić piękno starych miejsc, kochających naturę, nienastawionym na luksus i drinki z palemką. Osobom, potrafiącym zorganizować sobie czas poza miastem i korzystać z uciech jakie oferuje im natura.

Czy wrócę? – Chciałabym, ale następnym razem ze sprzętem jeździeckim :).

Folwark Jackowo, to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Miejsce, które chce się znaleźć i w którym chce się znaleźć. Otrzymałam tam wszystko, czego szuka się w miejscu urlopu, aby po powrocie do domu powiedzieć, że był to udany wyjazd.

https://slowhop.com/pl/p/folwark-jackowo.html

https://www.facebook.com/FolwarkJackowo/

#1 OchAch Studio- wakacyjny raj w jakim jeszcze nie byłeś

OchAch Studio teoretycznie można by było nazwać pensjonatem, ale to trywialne, beznamiętne określenie zupełnie nie pasuje do istoty tego miejsca. Miejsca, w którym historia dolnośląskiej wsi spotyka się z magią i niespotykaną nigdzie indziej energią. Tej wizyty nigdy nie zapomnisz. Post ten postanowiłam podzielić na dwie części. W pierwszej opiszę Wam sam obiekt i moją pierwszą przygodę z nim związaną. W kolejnej części, która pojawi się już niebawem opowiem do jakich miejsc udało mi się dotrzeć z OchAch’a.

OchAch Studio rzeczywiście wzbudziło we mnie ochy i achy do tego, stopnia, że nie było tygodnia abym nie wracała myślami do tej tajemniczej wyspy. Wyspy, położonej gdzieś na Dolnym Śląsku, otoczonej baśniowymi krainami. Czemu wyspy? Bo tak jak na rajski ląd otoczony morską wodą dostaniesz się tylko łodzią, tak do OchAch dostaniesz się tylko samochodem. W Radomicach, wsi zamieszkałej przez niewiele ponad 100 miejscowych brak jest przystanków autobusowych, a o linii trakcyjnej nie wspominam.

Wiadomo co to znaczy – zupełny brak turystyki masowej, spokój, cisza, niezależność, czas zwolniony o trzy tempa. Jednak mając na wyposażeniu własny środek transportu z OchAch’a można wyruszyć w mniej lub bardziej znane zakątki archipelagu turystycznych możliwości jakimi są krainy Dolnego Śląska.

Obiekt położony jest we wsi Radomice (gmina Wleń, powiat Lwówecki) kilkanaście kilometrów od Jeleniej Góry na terenie Doliny Bobru. Dom składa się z dwóch niezależnych a zarazem spójnych guest house’ów, ze wspomnianego OchAchStudio i W Cieniu Słońca (kinki do FB na dole posta). Stąd niedaleko już do turystycznych miejscowości takich jak Karpacz, czy Szklarska Poręba, gdzie możemy odnaleźć wejścia na wysokogórskie, karkonoskie szlaki ale i dostać się do mniej uczęszczanych miejsc, o których nie przeczytacie w komercyjnych przewodnikach.

Przygoda o dziwo zaczęła się na gdańskim Brzeźnie. Szłam wtedy z moimi BFF4EVER brzegiem plaży i nagle dzwoni telefon – nikt inny tylko Zuza z „Zielono Na Co Dzień”.

-Hej, słuchaj, pojutrze trzeba jechać do Jeleniej Góry, a właściwie pod. Zaraz Ci wszystko wyjaśnię. Tydzień, co najmniej, gotowanie, ogarnianie, opieka nad Chmurką, reszta czasu dla nas. Daj znać za 20 minut.

Chmurka

Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć jaka była decyzja za 20 minut. Po jutrze o 5:00 rano czekałyśmy już na pociąg do Jeleniej Góry. Był to typowy wrześniowy dzień i cały czas lało. W OchAch znalazłyśmy się chyba dopiero około 19:00, już zmierzchało, więc zupełnie nie miałyśmy szansy zobaczyć tego miejsca w całej okazałości. Spać poszłyśmy długo po północy lekko podekscytowane i oszołomione magnetyzmem wnętrza domu, który przy przygaszonym świetle lamp i dźwięku palącego się drewna wydobywającego się z wiekowego kominka, emanował niesamowitą energią. Zamykając oczy nie dowierzałam do jakiego miejsca trafiłyśmy. Nie tylko jako goście, ale i chwilowe gospodynie.

Rano obudziło mnie rżenie konia pasącego się na pobliskiej polanie i trel ptaków, który zupełnie nie był irytujący jak dźwięk porannego budzika, ale subtelny i zachęcający do powitania dnia. Podeszłam do okna i wiedziałam, że będzie to jedna z bardziej pamiętliwych przygód jakie było mi dane przeżyć.

Dom zaprojektowany został przez artystyczne dusze, które zostawiły w nim ogromną część siebie, to widać od razu. Należyta dbałość o detale stanowiące dopełnienie całości wykonanej z naturalnych surowców w tradycyjnym stylu. Na podłodze kamień i drewno, ściany wykończone pobielonym drewnem, w którym można zauważyć pieczołowitą pracę korników w postaci kształtnych korytarzy co tylko jest przypieczętowaniem niezaprzeczalnego faktu, że dom ten żyje dosłownie i w przenośni.

salon

najfajniejszy kominek

wieczorem w kuchni

Góra i Chmura

kuchenne detale

Od frontowej strony budynku można wygodnie ułożyć się w wielkim fotelu, okryć kocem i poczytać książkę, lub po ludzku, nowocześnie scrollować Instagrama. Jeśli oczywiście znajdziesz zasięg. My uwielbiałyśmy celebrować tam każdy posiłek, zaczynając dzień od śniadania i kończąc go pijąc grzane wino przy świetle świeczek przy akompaniamencie nocnych owadów. Jeszcze nigdzie i nigdy nie miałam takiego natchnienia jeśli chodzi o przygotowywanie posiłków. Jaglane naleśniki z kozią ricottą i chutney’em z czarnego bzu? Jajecznica z grzybami, które wczoraj zbierałyśmy? Brownie z ciecierzycy? Krem z dyni? Krem z cukinii? Dalej wymieniać? Może na tym poprzestanę i zaproszę wszystkich bez planów wakacyjnych do spędzenia ich z nami w OchAch. Tak z n a m i. W lipcu i sierpniu będę miała okazję być małą częścią tego miejsca i przygotowywać posiłki dla gości. Również gości mieszkających w cieniu słońca, w drugiej części domu, noszącej nazwę „W cieniu słońca” :). Wiedziałam, że kiedyś tu wrócę, nie wiedziałam, że w takich okolicznościach.

luz na tarasie

szama

brownie

krem z cukinii

płaskurka na mleku kokosowym z czarnym bzem prosto z krzaka

Tutaj chce się przebywać. Po prostu chcesz leżeć w tym ultra wygodnym hamaku przywieszonym do sufitu w salonie, słuchać płyt z kolekcji gospodarzy, pić ten nieziemski świeżo wyciskany sok z jarmużu i jabłek kupionych na lokalnym rynku w Siedlęcinie… Cieszyć się chwilą, być tu i teraz, odpoczywać, zwolnić oddech, odetchnąć świeżym powietrzem, które pachnie deszczem i trawą. Nawet największy amator wielkomiejskich, kurortowych uciech ugnie się przed energią OchAcha. Kto wie, może nawet przejdzie na wegetarianizm, będzie codziennie rano chodził na polanę zrywać dzikie kwiaty i zioła oraz zadeklaruje powrót do OchAch Studio oczarowany smakiem życia w stylu „slow”.

sok w hamaku

spacer w chmurach z Chmurą

herba i kontemplacja

wieczór i wino

OchAch:Fanpage(KLIK)

W Cieniu Słońca: Fanpage(KLIK)

EDIT 2019: MIEJSCA ZAKOŃCZYŁY SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ

 

#warsztaty wegańskie – słodka inspiracja z Ola Organic

Strach ma wielkie oczy

Bałam się, na prawdę się bałam. Kiedy zwykle mało czego boję się w życiu, oczywiście nie mówię tu o potworach wychodzących spod łóżka, albo tych, które gonią nas podczas nocnej wyprawy do toalety. Tym razem bałam się czegoś zupełnie przyziemnego. Chociaż wiem, że wegańskie i bezglutenowe pieczenie to dla wielu osób wciąż zagadnienie dość paranormalne. Źle i niepewnie czułam się w przygotowywaniu ciast bez jajek, czy bez mąki pszennej, które przecież są bazą dla większości typowych ciast. Długo ten niuans siedział mi gdzieś z tyłu głowy i przeszkadzał w osiągnięciu pewnego komfortu psychicznego w sferze kulinarnej. Szczególnie w kuchni alternatywnej, która tak mnie kręci.

No i tak mną kręciła, że aż pewnego dnia tak zakręciłam się na fejsie wśród kulinarnych wydarzeń Trójmiasta i wkręciło mnie na stronkę wydarzenia „Ola Organic warsztaty kulinarne – ciasta bezglutenowe i wegańskie”. Prosty przekaz dla prostego Wilczaka, a że Wilczak lubi wyzwania, nie ignoruje swoich słabych punktów i nie udaje, że ich nie ma, tylko skutecznie je zwalcza. Więc i tym razem postanowił(a) zwalczyć swój strach przed rzeźbieniem wegańskich (o matko kochana!) ciast z mąk (o zgrozo!) bezglutenowych. I tak oto za pomocą paru kliknięć, dzięki magii internetu Wilczak wkręcił się na super świetne wydarzenie, które skutecznie rozwiązało nieistniejący już dylemat małego Wilczaka.

warsztaty kulinarne

wyglądam na przestraszoną?

Przeczytajcie, a dowiedzie się jak!

Tak było – warsztaty kulinarne

Warsztaty odbyły się w kameralnej kawiarni na Gdańskiej Starówce przyjaznej weganom. Po wejściu do środka pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była witryna z wypasionymi wege ciachami. Na pewno tam wrócę i powiem Wam coś więcej, ale to jest temat na oddzielnego posta. W sumie to powinnam to teraz usunąć i napisać od nowa, ale wolę pisać pod wpływem chwili. Bo powinnam była raczej powiedzieć, że pierwszym, co przykuło moją uwagę nie było jedzonko, tylko uśmiech wspaniałej Oli – sprawczyni całego zamieszania, naszej prowadzącej z ogromną pasją, wiedzą i emanującym ciepłem, które od razu poczułam wchodząc do knajpki. Już wtedy wiedziałam, że to będzie dobrze spędzony czas.

Na początku posłuchaliśmy luźnego aczkolwiek wartościowego wstępu o wegańskich zamiennikach. O mąkach, które będziemy używać, jak je łączyć, co zrobić aby ciasto było zwarte, po prostu taka mała esencja, którą może Wam sprzedać tylko i wyłącznie ktoś zajawkowy, ktoś, kto sam metodą prób i błędów. Poprzez przygotowanie wielu ciach doszedł do pewnych spostrzeżeń i wprawy w temacie.

Ola przedstawiła nam propozycje przepisów, które sami wybieraliśmy i wykonywaliśmy. Jak tylko usłyszałam hasło „Snikers ze słonym karmelem” wiedziałam, że ta receptura jest moja – ciasto połączyło mnie w parę z inną świetną dziewczyną zakręconą na punkcie zdrowego odżywiania. Nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, co jest kolejnym plusem uczestnictwa w tego typu wydarzeniach, zawieranie nowych znajomości, przebywanie wśród różnych ciekawych ludzi, których połączył jeden cel i jedno miejsce (czyli coś, co jest bardzo istotne i wspominałam o tym w innej relacji (klik) ). Mogliśmy wymienić się swoimi myślami, opiniami, poglądami, czy po prostu na luzie spędzić czas, oderwać się od rutyny, chociaż na chwilę. A uwierzcie mi, ci co spędzają czas przy garach wiedzą, że w kuchni na prawdę można się wyżyć i przeżyć swego rodzaju „katharsis”. Bardzo podobało mi się to, że każda osoba była inna – weganie, wegetarianie, osoby jedzące mięso i produkty odzwierzęce, to nie miało znaczenia. Wszyscy bawiliśmy się fenomenalnie nie zważając na jakieś absurdalne podziały, które czasami niestety się tworzą.

warsztaty kulinarne

dream team

Do dyspozycji mieliśmy szeroką gamę różnych tych typowych i mniej typowych półproduktów, od bezglutenowych mąk, poprzez mleka roślinne, oleje, aż po bakalie. Słuchajcie, żadnych jaj, mąki pszennej, cukru, proszku do pieczenia, śmietany – zero!

No to do dzieła, zaczęło się. Krzątanina niczym przed Gwiazdką, każdy mielił, miksował, blendował, ucierał, gotował, lepił, mielił, śmiał się smakował i dobrze się bawił, tak zwyczajnie. Często było słychać tylko takie „mmmmm o matko jakie to dobre”, „jeny ja chcę już to jeść” i tego typu doznania 😀 .

Kiedy nasze arcydzieła były już gotowe, ładnie ustawione oczywiście obcykane, wszyscy z niecierpliwością i ekscytacją dziecka zabrali się do wspólnej degustacji. Ola fajnie to ujęła – „niczym jak na ostatniej wieczerzy”, chociaż ja mam nadzieję, że jednak nie na ostatniej. Powiem Wam, zupełnie szczerze, nie było żadnego ciasta, które by mi nie smakowało, serio, szok, bo to był pierwszy raz. Często podczas imprez, gdzie jest dużo rodzaju ciast, zazwyczaj tych tradycyjnych nie zdarzyło się jeszcze, żeby wszystkie mi smakowały. A tu roszę 5 propozycji i bang. Same sztosyyy! Najchętniej zrobiła bym je teraz wszystkie i zjadła sama po kryjomu. Chociaż nie, podzieliłabym się z Wami, okej.

warsztaty kulinarne

(nie)ostatnia wieczerza

Trzymaj się przepisu, albo nie i fajnie

Podczas przygotowywania słodkości wiedzieliśmy, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie z problemem. W razie wątpliwości był specjalista, który trzymał wszystko w ryzach. Aleksandra świetnie radziła sobie w roli supervisora ogarniającego dziewięć osób zmagających się z ty

mi wszystkimi produktami. Wiecie co było budujące? Dla perfekcjonistów, osób, które chcą zwalczyć idealistyczne podejście (tak, to ja) była to niezła lekcja tego, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z naszą wizją. To jest jak najbardziej normalne i często prowadzi do fajnych zwrotów akcji. Na przykład zupełnie nie wyszedł nam karmel, spalił się i nie rozpuścił do końca. Pomyślałam sobie, kurde schrzaniłam, nie może być, ale Ola normalnie, ze stoickim spokojem powiedziała, że przecież tak bywa, najczęściej wtedy kiedy coś musi wyjść i tyle, nic się nie stało :). Wiecie, bo to jest tak, że pewne oczywistości, które ktoś inny nam uświadomił dopiero wtedy właśnie stają się oczywistymi faktami. Wpadłyśmy wtedy na pomysł, żeby zamiast słonego karmelu przygotować słone masło orzechowe. Chyba nawet pasowało lepiej (i jeszcze było bez cukru), skromnie mówiąc snikers wyszedł nieziemski! Do tego zostało nam tyle masy i spodu, że wyczarowałyśmy jeszcze spontaniczne muffiny, które zostały wciągnięte w sekundę. Można? Można.

warsztaty kulinarne

bo na początku był chaos

„Tam nie może coś nie wyjść.” i rzeczywiście wszystko wyszło, nawet jeśli nie tak jak zamierzaliśmy na początku to i tak efekt końcowy wszystkich par był bajeczny. Kierowanie się przepisem jest ważne, ale to jest tylko (i aż) baza, z której możemy jednak stworzyć coś zupełnie „swojego”, coś unikatowego. I rzeczywiście każdy włożył cząstkę siebie do tych receptur. To tak jak z farszem do ruskich, każdej gospodyni smakuje inaczej.

Wczuj się w klimat i idź na warsztaty

Świetny klimat, cudowny nastrój, przemili uśmiechnięci ludzie, niebiańskie ciasta.Wyobraźcie sobie taki chłodny listopadowy wieczór, ale spędzony w ciepłym miejscu, ukrytym gdzieś na Gdańskiej Starówce. Przyciemnione światło, klimatyczna muzyczka, kumacie, taka mała magia, o której nikt z zewnątrz nie ma pojęcia. Widzicie to? Fajnie jest samemu tworzyć taki klimat.  To wydarzenie dorzucam do kolekcji super wspomnień, których nikt mi nie zabierze. Wart tam być. A do tego spełniać swoją pasję i uczyć się nowych rzeczy. Nie chcecie?

Pewnie że chcecie 🙂

warsztaty kulinarne

dziedzictwo

I jeszcze dostaliśmy piękne certyfikaty, jest namacalny dowód, pamiątka do domowej kolekcji, dam mamie niech będzie dumna.