#1 OchAch Studio- wakacyjny raj w jakim jeszcze nie byłeś

OchAch Studio teoretycznie można by było nazwać pensjonatem, ale to trywialne, beznamiętne określenie zupełnie nie pasuje do istoty tego miejsca. Miejsca, w którym historia dolnośląskiej wsi spotyka się z magią i niespotykaną nigdzie indziej energią. Tej wizyty nigdy nie zapomnisz. Post ten postanowiłam podzielić na dwie części. W pierwszej opiszę Wam sam obiekt i moją pierwszą przygodę z nim związaną. W kolejnej części, która pojawi się już niebawem opowiem do jakich miejsc udało mi się dotrzeć z OchAch’a.

OchAch Studio rzeczywiście wzbudziło we mnie ochy i achy do tego, stopnia, że nie było tygodnia abym nie wracała myślami do tej tajemniczej wyspy. Wyspy, położonej gdzieś na Dolnym Śląsku, otoczonej baśniowymi krainami. Czemu wyspy? Bo tak jak na rajski ląd otoczony morską wodą dostaniesz się tylko łodzią, tak do OchAch dostaniesz się tylko samochodem. W Radomicach, wsi zamieszkałej przez niewiele ponad 100 miejscowych brak jest przystanków autobusowych, a o linii trakcyjnej nie wspominam.

Wiadomo co to znaczy – zupełny brak turystyki masowej, spokój, cisza, niezależność, czas zwolniony o trzy tempa. Jednak mając na wyposażeniu własny środek transportu z OchAch’a można wyruszyć w mniej lub bardziej znane zakątki archipelagu turystycznych możliwości jakimi są krainy Dolnego Śląska.

Obiekt położony jest we wsi Radomice (gmina Wleń, powiat Lwówecki) kilkanaście kilometrów od Jeleniej Góry na terenie Doliny Bobru. Dom składa się z dwóch niezależnych a zarazem spójnych guest house’ów, ze wspomnianego OchAchStudio i W Cieniu Słońca (kinki do FB na dole posta). Stąd niedaleko już do turystycznych miejscowości takich jak Karpacz, czy Szklarska Poręba, gdzie możemy odnaleźć wejścia na wysokogórskie, karkonoskie szlaki ale i dostać się do mniej uczęszczanych miejsc, o których nie przeczytacie w komercyjnych przewodnikach.

Przygoda o dziwo zaczęła się na gdańskim Brzeźnie. Szłam wtedy z moimi BFF4EVER brzegiem plaży i nagle dzwoni telefon – nikt inny tylko Zuza z „Zielono Na Co Dzień”.

-Hej, słuchaj, pojutrze trzeba jechać do Jeleniej Góry, a właściwie pod. Zaraz Ci wszystko wyjaśnię. Tydzień, co najmniej, gotowanie, ogarnianie, opieka nad Chmurką, reszta czasu dla nas. Daj znać za 20 minut.

Chmurka

Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć jaka była decyzja za 20 minut. Po jutrze o 5:00 rano czekałyśmy już na pociąg do Jeleniej Góry. Był to typowy wrześniowy dzień i cały czas lało. W OchAch znalazłyśmy się chyba dopiero około 19:00, już zmierzchało, więc zupełnie nie miałyśmy szansy zobaczyć tego miejsca w całej okazałości. Spać poszłyśmy długo po północy lekko podekscytowane i oszołomione magnetyzmem wnętrza domu, który przy przygaszonym świetle lamp i dźwięku palącego się drewna wydobywającego się z wiekowego kominka, emanował niesamowitą energią. Zamykając oczy nie dowierzałam do jakiego miejsca trafiłyśmy. Nie tylko jako goście, ale i chwilowe gospodynie.

Rano obudziło mnie rżenie konia pasącego się na pobliskiej polanie i trel ptaków, który zupełnie nie był irytujący jak dźwięk porannego budzika, ale subtelny i zachęcający do powitania dnia. Podeszłam do okna i wiedziałam, że będzie to jedna z bardziej pamiętliwych przygód jakie było mi dane przeżyć.

Dom zaprojektowany został przez artystyczne dusze, które zostawiły w nim ogromną część siebie, to widać od razu. Należyta dbałość o detale stanowiące dopełnienie całości wykonanej z naturalnych surowców w tradycyjnym stylu. Na podłodze kamień i drewno, ściany wykończone pobielonym drewnem, w którym można zauważyć pieczołowitą pracę korników w postaci kształtnych korytarzy co tylko jest przypieczętowaniem niezaprzeczalnego faktu, że dom ten żyje dosłownie i w przenośni.

salon

najfajniejszy kominek

wieczorem w kuchni

Góra i Chmura

kuchenne detale

Od frontowej strony budynku można wygodnie ułożyć się w wielkim fotelu, okryć kocem i poczytać książkę, lub po ludzku, nowocześnie scrollować Instagrama. Jeśli oczywiście znajdziesz zasięg. My uwielbiałyśmy celebrować tam każdy posiłek, zaczynając dzień od śniadania i kończąc go pijąc grzane wino przy świetle świeczek przy akompaniamencie nocnych owadów. Jeszcze nigdzie i nigdy nie miałam takiego natchnienia jeśli chodzi o przygotowywanie posiłków. Jaglane naleśniki z kozią ricottą i chutney’em z czarnego bzu? Jajecznica z grzybami, które wczoraj zbierałyśmy? Brownie z ciecierzycy? Krem z dyni? Krem z cukinii? Dalej wymieniać? Może na tym poprzestanę i zaproszę wszystkich bez planów wakacyjnych do spędzenia ich z nami w OchAch. Tak z n a m i. W lipcu i sierpniu będę miała okazję być małą częścią tego miejsca i przygotowywać posiłki dla gości. Również gości mieszkających w cieniu słońca, w drugiej części domu, noszącej nazwę „W cieniu słońca” :). Wiedziałam, że kiedyś tu wrócę, nie wiedziałam, że w takich okolicznościach.

luz na tarasie

szama

brownie

krem z cukinii

płaskurka na mleku kokosowym z czarnym bzem prosto z krzaka

Tutaj chce się przebywać. Po prostu chcesz leżeć w tym ultra wygodnym hamaku przywieszonym do sufitu w salonie, słuchać płyt z kolekcji gospodarzy, pić ten nieziemski świeżo wyciskany sok z jarmużu i jabłek kupionych na lokalnym rynku w Siedlęcinie… Cieszyć się chwilą, być tu i teraz, odpoczywać, zwolnić oddech, odetchnąć świeżym powietrzem, które pachnie deszczem i trawą. Nawet największy amator wielkomiejskich, kurortowych uciech ugnie się przed energią OchAcha. Kto wie, może nawet przejdzie na wegetarianizm, będzie codziennie rano chodził na polanę zrywać dzikie kwiaty i zioła oraz zadeklaruje powrót do OchAch Studio oczarowany smakiem życia w stylu „slow”.

sok w hamaku

spacer w chmurach z Chmurą

herba i kontemplacja

wieczór i wino

OchAch:Fanpage(KLIK)

W Cieniu Słońca: Fanpage(KLIK)

 

#warsztaty wegańskie – słodka inspiracja z Ola Organic

Strach ma wielkie oczy

Bałam się, na prawdę się bałam. Kiedy zwykle mało czego boję się w życiu, oczywiście nie mówię tu o potworach wychodzących spod łóżka, albo tych, które gonią nas podczas nocnej wyprawy do toalety. Tym razem bałam się czegoś zupełnie przyziemnego. Chociaż wiem, że wegańskie i bezglutenowe pieczenie to dla wielu osób wciąż zagadnienie dość paranormalne. Źle i niepewnie czułam się w przygotowywaniu ciast bez jajek, czy bez mąki pszennej, które przecież są bazą dla większości typowych ciast. Długo ten niuans siedział mi gdzieś z tyłu głowy i przeszkadzał w osiągnięciu pewnego komfortu psychicznego w sferze kulinarnej. Szczególnie w kuchni alternatywnej, która tak mnie kręci.

No i tak mną kręciła, że aż pewnego dnia tak zakręciłam się na fejsie wśród kulinarnych wydarzeń Trójmiasta i wkręciło mnie na stronkę wydarzenia „Ola Organic warsztaty kulinarne – ciasta bezglutenowe i wegańskie”. Prosty przekaz dla prostego Wilczaka, a że Wilczak lubi wyzwania, nie ignoruje swoich słabych punktów i nie udaje, że ich nie ma, tylko skutecznie je zwalcza. Więc i tym razem postanowił(a) zwalczyć swój strach przed rzeźbieniem wegańskich (o matko kochana!) ciast z mąk (o zgrozo!) bezglutenowych. I tak oto za pomocą paru kliknięć, dzięki magii internetu Wilczak wkręcił się na super świetne wydarzenie, które skutecznie rozwiązało nieistniejący już dylemat małego Wilczaka.

warsztaty kulinarne

wyglądam na przestraszoną?

Przeczytajcie, a dowiedzie się jak!

Tak było – warsztaty kulinarne

Warsztaty odbyły się w kameralnej kawiarni na Gdańskiej Starówce przyjaznej weganom. Po wejściu do środka pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była witryna z wypasionymi wege ciachami. Na pewno tam wrócę i powiem Wam coś więcej, ale to jest temat na oddzielnego posta. W sumie to powinnam to teraz usunąć i napisać od nowa, ale wolę pisać pod wpływem chwili. Bo powinnam była raczej powiedzieć, że pierwszym, co przykuło moją uwagę nie było jedzonko, tylko uśmiech wspaniałej Oli – sprawczyni całego zamieszania, naszej prowadzącej z ogromną pasją, wiedzą i emanującym ciepłem, które od razu poczułam wchodząc do knajpki. Już wtedy wiedziałam, że to będzie dobrze spędzony czas.

Na początku posłuchaliśmy luźnego aczkolwiek wartościowego wstępu o wegańskich zamiennikach. O mąkach, które będziemy używać, jak je łączyć, co zrobić aby ciasto było zwarte, po prostu taka mała esencja, którą może Wam sprzedać tylko i wyłącznie ktoś zajawkowy, ktoś, kto sam metodą prób i błędów. Poprzez przygotowanie wielu ciach doszedł do pewnych spostrzeżeń i wprawy w temacie.

Ola przedstawiła nam propozycje przepisów, które sami wybieraliśmy i wykonywaliśmy. Jak tylko usłyszałam hasło „Snikers ze słonym karmelem” wiedziałam, że ta receptura jest moja – ciasto połączyło mnie w parę z inną świetną dziewczyną zakręconą na punkcie zdrowego odżywiania. Nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, co jest kolejnym plusem uczestnictwa w tego typu wydarzeniach, zawieranie nowych znajomości, przebywanie wśród różnych ciekawych ludzi, których połączył jeden cel i jedno miejsce (czyli coś, co jest bardzo istotne i wspominałam o tym w innej relacji (klik) ). Mogliśmy wymienić się swoimi myślami, opiniami, poglądami, czy po prostu na luzie spędzić czas, oderwać się od rutyny, chociaż na chwilę. A uwierzcie mi, ci co spędzają czas przy garach wiedzą, że w kuchni na prawdę można się wyżyć i przeżyć swego rodzaju „katharsis”. Bardzo podobało mi się to, że każda osoba była inna – weganie, wegetarianie, osoby jedzące mięso i produkty odzwierzęce, to nie miało znaczenia. Wszyscy bawiliśmy się fenomenalnie nie zważając na jakieś absurdalne podziały, które czasami niestety się tworzą.

warsztaty kulinarne

dream team

Do dyspozycji mieliśmy szeroką gamę różnych tych typowych i mniej typowych półproduktów, od bezglutenowych mąk, poprzez mleka roślinne, oleje, aż po bakalie. Słuchajcie, żadnych jaj, mąki pszennej, cukru, proszku do pieczenia, śmietany – zero!

No to do dzieła, zaczęło się. Krzątanina niczym przed Gwiazdką, każdy mielił, miksował, blendował, ucierał, gotował, lepił, mielił, śmiał się smakował i dobrze się bawił, tak zwyczajnie. Często było słychać tylko takie „mmmmm o matko jakie to dobre”, „jeny ja chcę już to jeść” i tego typu doznania 😀 .

Kiedy nasze arcydzieła były już gotowe, ładnie ustawione oczywiście obcykane, wszyscy z niecierpliwością i ekscytacją dziecka zabrali się do wspólnej degustacji. Ola fajnie to ujęła – „niczym jak na ostatniej wieczerzy”, chociaż ja mam nadzieję, że jednak nie na ostatniej. Powiem Wam, zupełnie szczerze, nie było żadnego ciasta, które by mi nie smakowało, serio, szok, bo to był pierwszy raz. Często podczas imprez, gdzie jest dużo rodzaju ciast, zazwyczaj tych tradycyjnych nie zdarzyło się jeszcze, żeby wszystkie mi smakowały. A tu roszę 5 propozycji i bang. Same sztosyyy! Najchętniej zrobiła bym je teraz wszystkie i zjadła sama po kryjomu. Chociaż nie, podzieliłabym się z Wami, okej.

warsztaty kulinarne

(nie)ostatnia wieczerza

Trzymaj się przepisu, albo nie i fajnie

Podczas przygotowywania słodkości wiedzieliśmy, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie z problemem. W razie wątpliwości był specjalista, który trzymał wszystko w ryzach. Aleksandra świetnie radziła sobie w roli supervisora ogarniającego dziewięć osób zmagających się z ty

mi wszystkimi produktami. Wiecie co było budujące? Dla perfekcjonistów, osób, które chcą zwalczyć idealistyczne podejście (tak, to ja) była to niezła lekcja tego, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z naszą wizją. To jest jak najbardziej normalne i często prowadzi do fajnych zwrotów akcji. Na przykład zupełnie nie wyszedł nam karmel, spalił się i nie rozpuścił do końca. Pomyślałam sobie, kurde schrzaniłam, nie może być, ale Ola normalnie, ze stoickim spokojem powiedziała, że przecież tak bywa, najczęściej wtedy kiedy coś musi wyjść i tyle, nic się nie stało :). Wiecie, bo to jest tak, że pewne oczywistości, które ktoś inny nam uświadomił dopiero wtedy właśnie stają się oczywistymi faktami. Wpadłyśmy wtedy na pomysł, żeby zamiast słonego karmelu przygotować słone masło orzechowe. Chyba nawet pasowało lepiej (i jeszcze było bez cukru), skromnie mówiąc snikers wyszedł nieziemski! Do tego zostało nam tyle masy i spodu, że wyczarowałyśmy jeszcze spontaniczne muffiny, które zostały wciągnięte w sekundę. Można? Można.

warsztaty kulinarne

bo na początku był chaos

„Tam nie może coś nie wyjść.” i rzeczywiście wszystko wyszło, nawet jeśli nie tak jak zamierzaliśmy na początku to i tak efekt końcowy wszystkich par był bajeczny. Kierowanie się przepisem jest ważne, ale to jest tylko (i aż) baza, z której możemy jednak stworzyć coś zupełnie „swojego”, coś unikatowego. I rzeczywiście każdy włożył cząstkę siebie do tych receptur. To tak jak z farszem do ruskich, każdej gospodyni smakuje inaczej.

Wczuj się w klimat i idź na warsztaty

Świetny klimat, cudowny nastrój, przemili uśmiechnięci ludzie, niebiańskie ciasta.Wyobraźcie sobie taki chłodny listopadowy wieczór, ale spędzony w ciepłym miejscu, ukrytym gdzieś na Gdańskiej Starówce. Przyciemnione światło, klimatyczna muzyczka, kumacie, taka mała magia, o której nikt z zewnątrz nie ma pojęcia. Widzicie to? Fajnie jest samemu tworzyć taki klimat.  To wydarzenie dorzucam do kolekcji super wspomnień, których nikt mi nie zabierze. Wart tam być. A do tego spełniać swoją pasję i uczyć się nowych rzeczy. Nie chcecie?

Pewnie że chcecie 🙂

warsztaty kulinarne

dziedzictwo

I jeszcze dostaliśmy piękne certyfikaty, jest namacalny dowód, pamiątka do domowej kolekcji, dam mamie niech będzie dumna.

 

#SmakujTrójmiasto Asian Edition – warto smakować
smakuj trójmiasto

wystawcy

„Smakuj Trójmiasto” to jeden z głośniejszych cykli wydarzeń kulinarnych na terenie Gdańska. Odbywają się one w miejscu, które istnieje od momentu, kiedy zaczęłam studia w Trójmieście i tym samym mam do niego niemały sentyment. Mowa oczywiście o sławnym Starym Maneżu – uważam, że jest to fantastyczny punkt nie tylko ze względu na dużą, dobrze zagospodarowaną przestrzeń, ale też świeże, nowoczesne wnętrze, które jest idealnym tłem do tego typu eventów. W pewnym momencie trwania imprezy Maneż, mimo swojej okazałości, serialnie pękał w szwach do tego stopnia, że nie lada wyzwaniem było wciągnięcie zupki PHO bez wylewania jej sobie na buty ponieważ ludzie byli wszędzieeeee! A może to tylko moja zgrabność słonia w składzie porcelany nie pozwoliła mi tak kulturalnie zjeść sobie w tłumie? Niektórym się to udawało – tu duże gratulacje za refleks w poszukiwaniu wolnego miejsca przy stoliku i omijaniu labiryntu ludzi 🙂 .

Stwierdziłam, że na takie imprezki będę chodzić wraz z jej rozpoczęciem, a nie w godzinach szczytu, czyli w tym wypadku mniej więcej o piętnastej, kiedy to każdy myśli co by tu opierdzielić na obiad. Tylko co wtedy, kiedy każdy będzie chciał przyjść tak na początku? Jedno jest pewne – „Smakuj Trójmiasto” to gorący punkt w kalendarium kulinarnego Trójmiasta, ludzie chcą wychodzić z domu, chcą fajnie spędzać wolny czas, chcą próbować niecodziennych smaków, chcą być częścią takich inicjatyw i to mnie niezmiernie cieszy.

„Smakuj Trójmiasto” jest pomysłem, któremu szczególnie kibicuję ze względu na to, że wspiera lokalnych przedsiębiorców – daje możliwość

chiny

chińskie akcenty

pobliskim restauracjom, manufakturom, wytwórcom etc. na to aby przybliżyć uczestnikom swoją działalność, produkt, a często nawet filozofię i przekazać ogrom wiedzy – to wszystko w jednym miejscu, w jednym czasie. Fizycznie nigdzie indziej nie mielibyśmy możliwości tak szerokiego rozeznania się w temacie niż na festiwalu, gdzie wszystko mamy podane kompleksowo. Według mnie jest to dobra, uczciwa i nienachalna reklama, ponieważ to my sami decydując się na zakup wejściówki i uczestnictwo w imprezie chcemy ich poznać.

Azjatycka edycja jest szczególnie ciekawa ze względu na szansę poznania egzotycznych, orientalnych składników, potraw, z którymi na co dzień nie mamy do czynienia, nie mamy możliwości kupić, których troszeczkę się cykamy i jesteśmy sceptycznie nastawieni, a z resztą i tak nie bardzo wiemy jak je łączyć i od której strony je w ogóle ugryźć. Czymś, co bardzo cenię jest możliwość spróbowania niemal wszystkiego przed zakupem – podczas tej edycji skosztowałam wielu nieznanych mi do tej pory smaków – nieznanych, bo czasem po prostu, po ludzku boję się i nie chcę wydawać dwudziestu lub więcej Polskich Złotych na egzotyczny owoc o dziwnej nazwie, którego ani smaku, ani konsystencji nie znam. Pamiętam jak z dobrych dwanaście lat temu za horrendalną sumę kupiłyśmy z mamą kokosa i nawet nie wiedziałyśmy jak go otworzyć ani co z nim zrobić, a kiedy w końcu po długim czasie zdobyłyśmy się na odwagę okazał się być zepsuty i okropny. Teraz wprost za nim szaleję, bo umiem go otwierać i wiem jak go wykorzystać.

Wracając do festiwalu, dzięki wystawcom „Owoce Do Biura” miałam okazję spróbować tamaryndowca indyjskiego, kumkwatu i piatji (smoczy owoc) po raz pierwszy – szczególnie zasmakował mi kumkwat i tamaryndowiec – na pewno je kupię. Zjadłam ciekawą w smaku anyżową zupę Pho od „Vegan Port”, indyjskie pierożki samosa, oryginalny hinduski chlebek naan, kupiłam nieziemsko pyszne kimchi ukiszone przez „Zakwasownię”, które właśnie wyjadam ze słoika (wiadomo, że prosto ze słoja najlepiej smakuje), dorwałam pyszne suszone owoce, świeże zioła (jeszcze trafiłam na promkę 3 w cenie 2, ponieważ Panie się już zwijały).

tamarynd

tamarynd

kimchi

kimchi

zupa Pho

zupa Pho

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Smakuj Trójmiasto” to nie tylko jedna wielka gastrofaza i latanie od stoiska do stoiska. Podczas trwania imprezy odbywają się również tematyczne warsztaty, prelekcje, występy, z których każdy może wynieść nie tylko łup konkursowy, ale i dawkę wiedzy, czy inspiracji. Uważam, że jest to wspaniałe urozmaicenie ponieważ lubię wychodzić z takich miejsc nie tylko bogatsza o parę centymetrów w pasie ale i dozę ciekawych, przydatnych informacji. 🙂

egzotyczne owoce

suszone owoce m.in. papaja, kakao, kiwi, mango

 

Co tu dużo gadać – lubię taki klimat, bazarowy, targowy, gdzie mam bezpośredni kontakt ze sprzedawcą, z drugim człowiekiem, kocham cieszyć oko tymi wszystkimi pięknymi wystawami, potrawami, lubię patrzeć na ludzi przygotowujących potrawy. Uważam, że takie inicjatywy są potrzebne, że trzeba wychodzić z domu, poszerzać horyzonty, zawierać znajomości poprzez bezpośredni kontakt, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać i być wśród ludzi! Bardzo szybko wczuwam się w rytm i pozytywną, przyjazną atmosferę, wsiąkam dobrą energię jak gąbka. Wtedy wracam do domu zadowolona i… spłukana! Ale czy to na prawdę najważniejsze? Kolekcjonowanie dobrych momentów, spełnianie swojej pasji, to są rzeczy ważne, bezcenne i cieszę się, że mam możliwość aby tak sądzić i to robić.

Do zobaczenia podczas kolejnych edycji Smakuj Trójmiasto!

 

 

 

smakuj trójmiasto

tłumy w „godzinach szczytu”