Follow Us

Copyright 2017 | Softset

gulaszowa z boczniakami i pęczakiem

Ta gulaszowa przebiła swój mięsny pierwowzór i śmiało mogłaby zastępować klasyczną gulaszową, która kojarzy mi się z zupką serwowaną w okolicach 1:00 – 2:00 na suto zakrapianych urodzinkach cioci kloci, osiemnastce Brajanka, czy andżejkach w domu weselnym „Biała Róża”. A tak nawiasem mówiąc nie, to nie jest dobre skojarzenie. Nie lubię jedzenia podawanego na tego typu organizowanych imprezach. Myślę, że to podświadomie jeden z wielu powodów, dla których nie chciałabym robić wesela – na szefa kuchni i menu takie jakie bym chciała po prostu mnie nie stać, no i generalnie temat wegetariańskiego jedzenie na „salowych” imprezach, to temat z rodzaju ciężkich wrzodów na dupie. Jeśli nie chcesz czytać biadolenia, przejdź od razu do przepisu, jest sztosem, mówię Ci.

P.S. Nie nie chajtam się.

Wracając do tematu… Na pierwsze rosołek, trochę z kury, trochę z wegety, cienkiem makaronem każdy ochlpał już satynową kiece i krawat – standard. De vo lay… devo lajle… devolej… devolaj… i schabowy spółka z.o.o. – pierwsze co nasuwa mi się na myśl myśląc o zorganizowanej potupajce. A do mięska ziemniaczki gotowane z koperkiem (ratujące życie wraz z surówką z marchewki), księżyce z ziemniaczków i frytki z paczki – żeby nie było monotonnie, bo przecież ziemniak ziemniakowi nierówny. Wszyscy zapchali się schaboszczakiem, ale nie takim zwykłym, bo ze smażonymi pieczarkami i plastrem ociekającej (chyba) goudy, a tu wjeżdżają spóźnione zrazy w sosie pieczeniowym i gołąbki z mielonym mięsem. Mizeria się skończyła. O są buraczki, przeżyjemy.

Po obiedzie wjeżdżają zimne przystawki. Jest śledzik, ryba w galarecie, nawet i burżujski łosoś się trafi, roladki z szynki, kiełbaska, galareta drobiowa (ale przecież z groszkiem i marchewką!). Uff całe szczęście sałatka warzywna (weganom mówimy papa – majonez – jajka).

Później mielone, ćwiartki z kurczaka, albo nuggetsy dla dzieciaków, całe szczęście znowu sypnęli frytką z paczki. Czas zapchać się chlebem, albo ciastem.

Noc, noc, noc niebo pełne gwiazd i wjeżdża – tutaj rosyjska ruletka – flaczki, gulaszowa, albo barszczyk (bingo!), ciul że z paczki. Nie za pasztecik z mięskiem podziękuję, z kapustką proszę.

Impreza zaliczona. Kac będzie, zawsze jest bez dobrego podkładu.

Przykro mi, że tak to w większości wygląda. A mogło być tak pięknie, jak to śpiewali w Kilerze. Mogłoby być kolorowo, różnorodnie, ciekawiej troszku, milej, mniej mięsnie. Nie mówię o francuskiej, tzn. wegetariańskiej rewolucji, ale różnorodności, której tak bardzo brakuje mi na tych fajnych, lecz wciąż imprezach. Bo 6 rodzajów mięsa na jednej imprezie to nie jest różnorodność, to nie o to chodzi.

Nie wiem po co i jak ja to robię, że z zupy potrafię rozkręcić ból dupy o rodzinne imprezy. Magia.

Jak będę się chajtać to o 2:00-3:00 na weselichu wjedzie ta gulaszowa. Serio mówię.

Odjazdowa gulaszowa z boczniakami i pęczakiem poniżej 🙂

gulaszowa z boczniakami

Składniki na średni garnek

250-300 g boczniaków

2 papryki czerwone

3 cebule

2-3 ząbki czosnku

1/2 szklanki pęczaku

4-5 łyżek sosu sojowego

1/3 – 1/2 szklanki wody z ogórków kiszonych (uwaga, żeby nie było za słone)

ok. 750 ml – 1 l wody (3-4 szklanki)

kilka liści laurowych

kilka ziaren ziela angielskiego

2 – 3 łyżeczki papryki wędzonej

2 łyżeczki papryki słodkiej

1 łyżeczka papryki ostrej

świeży koper

ewentualnie sól i pieprz do smaku

olej

 

Wykonanie

  1. Pęczak gotujemy w osolonej wodzie według instrukcji podanej na opakowaniu.
  2. Cebule kroimy w dość grube pióra. Na dnie garnka rozgrzewamy olej, do którego wrzucamy cebulę, liście laurowe i ziele angielskie. Przykrywamy i dusimy  na małym ogniu, co jakiś czas mieszając.
  3. Papryki i boczniaki myjemy. Z papryk usuwamy gniazda nasienne, kroimy w paski.
  4. Boczniaki również kroimy w cienkie paski.
  5. Kiedy cebula będzie już miękka i lekko rozpadająca się (po około 10-15 minutach) dodajemy  pokrojone papryki i boczniaki.
  6. Wlewamy wodę sos sojowy, dodajemy wszystkie przyprawy, a czosnek przeciskamy przez praskę.
  7. Całość mieszamy i gotujemy około 35 minut na wolnym ogniu, pod przykryciem mieszając co jakiś czas.
  8. Na ostatnie 5 minut gotowania dodajemy ugotowaną kaszę pęczak.
  9. Zupa powinna mieć klarowny, aczkolwiek wyrazisty brązowy kolor. Jeśli smak wydaje się zbyt mało intensywny można dodać więcej sosu sojowego, soli, pieprzu, czosnku granulowanego lub słodkiej papryki mielonej.
  10. Jeśli zupa będzie zbyt gęsta/słona etc. – dolej więcej wody.
  11. Podajemy ze świeżo posiekanym koprem.

Gotowe!

najlepszy wegetariański bigos

Krótka historia przyjaźni polsko-czeskiej i bigosu

Nie sądziłam, że podczas mojego pięciomiesięcznego pobytu w chorwackim Splicie, przysmakami, które najbardziej będą kojarzyć mi się z tym czasem okaże się pizza z Bobisia (Bobis to sieć tradycyjnych chorwackich piekarni, w których kończyła się każda całonocna impreza, a ociekająca tłuszczem margherita nie raz ratowała klubowych wojowników przed kacem), bagietka z ajvarem i właśnie bigos. Nasz. Polski. Cudowny. Budzący wspomnienia.

Aneta. Moja czeska współlokatorka, z którą najpierw po prostu dzieliłam pokój podczas Erasmusa w Chorwacji, później wspólne wypady na plażę, pierwsze upadki i zdarte kolana na deskorolce, całonocne posiadówy, a nawet tak intymne kwestie jak wspólna kawa w puszcze, czy masło, które raczej zarezerwowane są dla wieloletnich bestfriendsforeva, nas to trafiło jakoś po miesiącu. Następnie okazało się, że ze współlokatorek awansowałyśmy na przyjaciółki i nie był to przypadek, w którego istnienie nie wierzę, tylko patetyczne przeznaczenie. Ale jak do tego ma się kulinarny post o bigosie?

– Ahoj, moje polskie dziewczyny! Kupiłam kapustę kiszoną, musicie mi powiedzieć co mogę z tego zrobić. – wparowała podekscytowana Aneta. Ja i Nadia spojrzałyśmy po sobie, wzruszyłyśmy ramionami, to było przecież dla nas oczywiste. – Bigos. – odpowiedziałyśmy jednogłośnie.

Od tej pory bigos gościł na naszym zupełnie za małym, białym stole z Ikei średnio raz na dwa tygodnie, czasem częściej.  Co więcej, Aneta pokochała go miłością szczerą i prawdziwą, a ja dzięki niej przypomniałam sobie o jego istnieniu i jakoś bardziej zaczęłam doceniać prostotę i urok duszonej kapusty kiszonej. Mowa oczywiście o tej lepszej bezmięsnej wersji, która mniemam, że w niektórych domach nie istnieje. U nas było inaczej, dodatek włóknistego mięsa przyprawia(ł) nas o dreszcze i mimo tego, iż Aneta wegetarianką nie jest nie potrafiła wyobrazić go sobie właśnie w tej klasycznej, cholesterolowej wersji. Szach mat.

Pamiętam, jak przed Świętami Bożego Narodzenia Aneta poprosiła mnie o mój tradycyjny, przepis na najlepszy wegetariański bigos, a ja takiego nie miałam. Ale już mam i wiecie co? Jest świetny. Słodko-kwaśny, lekko dymny, aromatyczny i głęboki w smaku. A dzięki dodatkowi dużej ilości liści laurowych i ziela angielskiego nie obciąża jelit (if you know what I mean).
Najlepszy wegetariański bigos, pełen ciepła i wspomnień poniżej 🙂

najlepszy wegtariański bigos

Składniki na 2 kg kapusty kiszonej

2 kg kapusty kiszonej

3 średnie marchewki

1-2 garści suszonych grzybów

10-15 suszonych śliwek

2 łyżki rodzynek (przeciwnicy rodzynek mogą pominąć)

5-7 liści laurowych

7-10 ziaren ziela angielskiego

opcjonalnie: 1 łyżeczka kminku na lepsze trawienie (ale ja nie lubię i nie daje)

2 czubate łyżki wędzonej słodkiej papryki (mielonej)

1 łyżeczka ostrej papryki (mielonej)

sól, pieprz

250 ml (1 szklanka) wytrawnego czerwonego wina

olej

Wykonanie

  1. W dużym garnku rozgrzewamy olej, do którego dodajemy wędzoną i ostrą paprykę, po czym przez kilkanaście sekund energicznie mieszamy drewnianą łyżką, aż przyprawy się przyrumienią, jeśli trochę się przypalą, nic nie szkodzi, smak będzie intensywniejszy.
  2. Następnie dodajemy kapustę kiszoną, grzyby, liście laurowe i ziele angielskie – podlewamy wodą, dusimy przez 30-40 minut mieszając co jakiś czas. Jeśli kapusta będzie się przypalać należy podlać ją ponownie wodą.
  3. W międzyczasie marchewki obieramy i trzemy na średnich oczkach, po czym wraz z suszonymi śliwkami i rodzynkami dorzucamy do gotującej się kapusty – dusimy przez kolejne 30-40 minut, co jakiś czas mieszając, aż kapusta będzie odpowiednio miękka.
  4. Na koniec wlewamy wino i gotujemy z otwartą przykrywką przez 10-15 minut.

Gotowe!

(Najlepiej smakuje z domowym chlebem żytnim na zakwasie lub ziemniakami w mundurkach)

wegańska zapiekanka pasterska

Siedzę zwinięta w kulkę przed moim domkiem w radomickim siedlisku popijając waniliowego rooibosa, do którego powinnam dolać rumu – byłoby idealnie. Tak, zawsze jakieś „ale”. Opatulona moim ulubionym miodowym swetrem, na stopach grube skarpety w skandynawskie wzory, dwudziesty ósmy sierpnia, zegar wskazuje godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy, nie zauważyłam nawet, że już zaszło słońce. Na szczęście pogoda jest jeszcze przychylna i pozwala mi spędzić ostatnie sierpniowe wieczory w tym miejscu na zewnątrz, choć w powietrzu czuć już rześkość i chłód, który po tegorocznych upałach zaczął przypominać o swojej obecności. Jesień nadchodzi. Powoli nastrajam się i aklimatyzuję do długich, nostalgicznych wieczorów. Zupełnie nie mam nic przeciwko nim, a nawet więcej – tęskniłam. Kocham jesień, chyba najbardziej ze wszystkich pór roku. Kocham ją taką jaka jest w swojej okazałości, bez względu na słotę, błoto i wilgoć. Prawdziwa miłość.

Skoro już napisałam taki wprowadzający w nastrój jesienny wstęp, należy pójść krok na przód i przedstawić danie, które perfekcyjnie wpasowuje się w koncepcję jesiennego posiłku, tzw. „comfort foood”. Comfort food’em nazywa się dania, które wzbudzają w nas nostalgię, są niejako sentymentalne, przywołują wspomnienia lub są po prostu sycące, kaloryczne i sprawiają, że w brzuszku robi się cieplej, a na buźce pojawia się uśmiech. Danie po którym czujemy siębardzo najedzeni i bardzo szczęśliwi – taka właśnie jest moja zapiekanka pasterska. Może znajdzie się ktoś, kto dałby mi po uszach za określenie wegańskiej zapiekanki z soczewicą mianem zapiekanki pasterskiej, bo wiecie PROFANACJA. Zamiast mielonej wołowiny – zielona soczewica, bez sosu Worcestershire – bo zawiera anchois, bez groszku – uznałam, że dodatkowy strączek mógłby być niezłym wyzwaniem dla naszych jelit – if you know what I mean…

Ale jak zwykle chrzanić konwenanse i tak jest przepyszna!

Oto wegańska zapiekanka pasterska.

Składniki na duże naczynie żaroodporne

1 paczka zielonej soczewicy

6 marchewek

1 por

3 ząbki czosnku

4 łyżki koncentratu pomidorowego

3/4 szklanki czerwonego wytrawnego wina

10 średniej wielkości ziemniaków

1/2 szklanki mleka roślinnego

2 łyżki oleju kokosowego / masła

gałka muszkatołowa

tymianek suszony + opcjonalnie świeży

rozmaryn suszony

ziele angielskie

liście laurowe

sól

pieprz

olej

Wykonanie

Purée

Ziemniaki obieramy, kroimy w ćwiartki i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. Gdy ziemniaki będą ugotowane, odlewamy wodę, dodajemy 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, mleko roślinne oraz olej kokosowy lub masło i bardzo dokładnie ugniatamy tłuczkiem do ziemniaków.

Farsz

W międzyczasie gotujemy soczewicę z kilkoma liśćmi laurowymi i ziarnami ziela angielskiego (ich dodatek do gotowania strączków redukuje nielubiane właściwości wzdymające) według instrukcji podanej na opakowaniu. Jasną część pora kroimy w cienkie krążki, marchew obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Na dużej i najlepiej głębokiej patelni (w ostateczności może być garnek) rozgrzewamy olej, po czym wrzucamy por, posiekany czosnek i marchewkę -dusimy przez około 10 minut co jakiś czas mieszając. Następnie dokładamy ugotowaną soczewicę i koncentrat pomidorowy. Na koniec solimy, pieprzymy, dodajemy 1 łyżeczkę tymianku, 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej oraz dolewamy wino. Farsz smażymy jeszcze przez 5-7 minut bez przykrycia co jakiś czas mieszając.

Na koniec

Naczynie żaroodporne olejujemy. Na dnie wykładamy 1/3 purée, tak by tworzyło zwarty spód. Następnie układamy farsz z soczewicą lekko przygniatając je łyżką,co spowoduje, że zapiekanka będzie zwarta. Na górę wykładamy resztę purée ziemniaczanego, w którym tworzymy wzorki widelcem (jak na załączonym zdjęciu). Całość posypujemy tymiankiem, rozmarynem i szczyptą gałki muszkatołowej. Pieczemy w 180° C przez około 40 minut do zarumienienia się zapiekanki. Serwujemy przyozdobioną świeżymi ziołami. Gotowe!

Zapiekankę można podawać z ulubionym sosem pomidorowym lub keczupem, ale jak dla mnie tworzy ona kompozycję, która nie wymaga dodatków, no może oprócz michy zieleniny :).

Smacznego!

mielone kotlety jaglane z marchwią

Może wydawać się to nieco monotematyczne, że każdy mój przepis sygnowany jest terminem „łatwy” i/lub „szybki”, ale nic nie poradzę na to, że znaczna większość receptur jakie tu się pojawiają taka rzeczywiście jest,bez ściemy. Dzielę się zatem kolejnym przepisem będącym kwintesencją prostej, domowej kuchni roślinnej – mielone kotlety jaglane.

Przyznam, że zawsze robię je z głowy, ale wczoraj postanowiłam w końcu spisać mój skład. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że te kotlety nie są żadnym wielkim odkryciem. Żadnym z przełomowych dań zmieniającym oblicze wegetarianizmu, czy weganizmu jak na przykład beza z aquafaby, nerkownik albo twarożek słonecznikowy… może nawet wydają się być daniem nieco banalnym i oklepanym? Jednak jedno jest pewne – są po prostu pyszne i urzekają prostą. Prostotę (dobrze wykonaną prostotę) cenię bardziej od pretensjonalnej finezyjności i niewytłumaczonego silenia się na wyrafinowane dania, które koniec końców mogą okazać się jednym wielkim rozczarowaniem – tutaj często balansuje się na granicy kiczu i przekombinowania.

Tym daniem nikt się jeszcze nie rozczarował. Na dowód tego, powiem tylko, że wczoraj zaserwowałam je gościom OchAch i WCS z dodatkiem pieczonych ziemniaczków, sałaty z pomidorem oraz sosem koperkowo-czosnkowym. Wszystko zniknęło z półmisków zanim zdążyłam wypowiedzieć „konstantynopolitańczykowianeczka”, co jest chyba najbardziej satysfakcjonującym zwieńczeniem kolacji dla każdej gospodyni. A przynajmniej dla mnie, bo jak to mówi się w moim domu „wszystko trzeba zjadać”, a jak smakuje to już w ogóle grzech zostawiać… 🙂

Składniki na około 12 sztuk

400 g kaszy jaglanej

ok. 6-7 upieczonych marchewek

4 duże cebule

4 posiekane drobno ząbki czosnku

4-5 łyżek siemienia lnianego

2 łyżeczki curry

2 łyżeczki papryki słodkiej mielonej

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżka musztardy francuskiej

sól, pieprz

nasiona słonecznika

Wykonanie

Marchewki obrać, pokroić w słupki i upiec do miękkości (około 25 min w 200 C). Cebulę pokroić drobno, zeszklić na oleju. W międzyczasie ugotować kaszę ( 1 część kaszy na 2 części wody), jak się rozgotuje nic nie szkodzi w tym wypadku. Przygotować dużą miskę, do której wrzucamy upieczoną marchew, cebulę i jaglankę oraz resztę składników, czyli ząbki czosnku, siemię lniane, przyprawy, musztardę, sos sojowy. Wszystko miksujemy blenderem ręcznym na gładką masę. To nie mięsko, więc na luziku można próbować masę na kotlety podczas wyrabiania i wedle smaku dosolić, czy dopieprzyć. Kiedy uzyskamy całkiem jednolitą (jak się trafi kawałek marchewki to system nie upadnie) i zwartą masę formujemy kotlety, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Polecam przygotować sobie miskę z wodą, w której można zwilżać dłonie. Gdy kotlety będą wyrabiane mokrymi rękami łatwiej uformują się i nie będą tak podatne na przyklejanie się do skóry rąk. Pisałam już o tym przy okazji posta z wegeburgerem. Na koniec kotleciki posypujemy ziarnami słonecznika, które następnie delikatnie wgniatamy, aby lepiej przywierały. Kotlety pieczemy w 180 C przez około 45 minut. Gotowe!

mielone kotlety jaglane

złocista jaglanka pod owocową kompozycją

Ja na prawdę nie chcę zachwalać, przechwalać, wynosić na piedestał… No dobra chcę. O tej jaglance tubylcy snują legendy przejezdnym, a znani bardowie piszą o niej ballady, które podobno zaczynają być znane w świecie. Złocista jaglanka to śniadaniowy specjał magiczny (takiego określenia użył jeden z gości) od zadań specjalnych, który ze stołu znika szybciej niż się pojawia.

Gdzieś hen daleko za siedmioma górami, za siedmioma dolinami, za siedmioma lasami i siedmioma rzekami, a właściwie na Dolnym Śląsku, w dolinie rzeki Bóbr stała sobie chatka na kurzej stopie, która koniec końców okazała się być radomickim siedliskiem, czyli OchAch! Studio i W Cieniu Słońca. A w tej chatce same dziwy… Wielka kuchnia, wielki piec, do którego wcale nie wrzuca się niegrzecznych dzieci, pełno garów i czar, a w nich bulgocze dziwna substancja i bucha gorąca para niczym z islandzkiego gejzeru. Co tam się wyprawia?! Nic, nic spokojnie to tylko przygotowania do śniadania dla gości.

A co w końcu z tą jaglanką… Gotowaną w czarodziejskim kotle zwanym garnkiem na prawdziwym ogniu zwanym ruskim gazem przez straszną wiedźmę zwaną Marceliną. Jak się później okazuje wcale nie taką straszną, jak ją malują, bo i nawet czasem przepisem się podzieli, czasem podkarmi, podtuczy, wcale nie dlatego, jak mawiają legendy, żeby upiec kogoś na ruszcie i zjeść, bo kuchnię w Radomicach prowadzimy przecież wegetariańską… A i sama wiedźma tak się żywi…

Składniki na ok.3 duże, wypasione talerze

około 1/2 opakowania kaszy jaglanej (opakowanie 500g) (najlepiej bio)

około 500 ml wody/mleka roślinnego (najlepiej migdałowe lub owsiane)

3 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego

1 łyżka masła (opcjonalnie dla nieweganów)

3-4 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka imbiru suszonego

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/3 łyżeczki pieprzu mielonego

1/3 łyżeczki kardamonu

1/3 łyżeczki soli

szczypta chilli

opcjonalnie kilka kropel esencji waniliowej lub ziarenek z laski wanilii

do posłodzenia miód/syrop z agawy/syrop z daktyli/syrop klonowy (wedle smaku)

Do ozdoby ulubione owoce, czekolada, orzechy, bakalie itp.

Wykonanie

W garnku rozgrzewamy olej, wsypujemy kaszę i prażymy tak około 5-6 minut na małym gazie co jakiś czas mieszając. Do płatków dodajemy mieszankę przypraw i bardzo dokładnie mieszamy, tak by przyprawy dotarły do każdego ziarna prosa :). Całość powoli zalewamy gorącą wodą lub mlekiem (ciągle mieszamy) i gotujemy jeszcze przez około 20 minut, do momentu aż osiągniemy nie rozgotowaną, ale kremową konsystencję kaszy. Na koniec słodzimy i co najlepsze stroimy.

Jeśli uznacie, że któraś z powyższych przypraw jest zbyt mocno lub za mało wyrazista, zachęcam do kombinowania i skomponowania własnej, ulubionej proporcji tejże mieszanki. Więcej kurkumy, mniej imbiru,więcej pieprzu, mniej kardamonu, może cynamon? Do wprawy dojdziecie dzięki starej i dobrej metodzie prób i błędów oraz smakowaniu w trakcie gotowania.

Przyznam się bez bicia i nieskromnie, że przyprawy sypię na oko i zawsze wychodzi dobrze. Grunt to nie przesadzić z ilością, gdyż jak powszechnie wiadomo przyprawy korzenne dodane w zbyt dużej ilości nadają goryczkowego posmaku. Nawet gdy do tego dojdzie, hej nie wszystko stracone – miodzik, albo słodki syrop uratują sytuację. Gwarantuję, że ta jaglanka stanie się śniadaniową pozycją obowiązkową, tak jak stało się to w przypadku radomickich gości OchAch’a i WCS 🙂

Smacznego!

kokosowo-pomidorowy dal z soczewicy

Namaste. Tyle ile gospodyń w Indiach tyle przepisów na dal, czyli indyjską potrawkę ze strączków (głównie z soczewicy lub grochu). Można przygotować go z wieloma wariacjami, z jarmużem, szpinakiem, dynią, czy bakłażanem, co może całkiem fajnie uzupełnić tą potrawę, aczkolwiek jestem propagatorem prostych i klasycznych rozwiązań jeśli są one rzeczywiście satysfakcjonujące. I tak też jest z poniższą wersją dala bez zbędnych dodatków, która w moim, moich bliskich oraz gości z OchAch i WCS dostała zielone światło.  Jest to niewątpliwie jedna z moich stałych i ulubionych pozycji obiadowych nie tylko ze względów czysto konsumpcyjnych, ale i procesu przygotowywania. Zważając na fakt, iż jest to danie jednogarnkowe, oznacza to tylko jedno: mało brudnych naczyń i uniknięcie doprowadzenia kuchni do stanu gorszego niż Ganges, co jest niepodważalnym argumentem optującym za przygotowywaniem tej potrawy przynajmniej raz w tygodniu.

Uwierzcie mi na słowo, że dal może nieźle rozhulać Wasze fantazje i wariacje związane z kuchnią orientalną, która wciąż u niektórych budzi niechęć.

Dal jest swego rodzaju ogniwem przełamującym lody z kuchnią indyjską, której z tego co słyszę wiele osób się boi, lub uważa się za zbyt słabych kucharzy na spotkanie z Indiami, jakoby była ona działem fizyki kwantowej, a to przecież tylko (i aż) kuchnia – eksperymentowanie, doświadczanie przyjemności, poznawanie, odkrywanie zmysłowe, podróżowanie ale też błądzenie, co jest ( super) naturalną rzeczą. Sama kiedyś miewałam kompleksy związane z przygotowywaniem innych potraw niż polskie, „bo może robię coś nie tak jak się powinno, bo nigdy tam nie byłam” – i co z tego? I to, z tego, że sami siebie ograniczamy i wprowadzamy w kompleksy. Kulinarnych kompleksów się pozbyłam, ale za to dużo więcej czytam, doświadczam i poznaję, a najwyżej raz na jakiś czas popełnię jakąś profanację – i co z tego, jak wyjdzie coś dobrego? 🙂 

Jeśli do potraw indyjskich zabieracie się, cytując klasyka, „jak pies do jeża”, a myśl o zmieszaniu więcej niż czterech rodzajów przypraw ze sobą (włączając sól, pierz,paprykę mieloną) przyprawia Was o dreszcze i powoduje wyrzut kortyzolu (tzw. hormonu stresu) to niewątpliwie powinniście ugotować sobie dala. Niech będzie on brudziem z kuchnią indyjską – inspirującą, efektowną, szybką, aromatyczną i pobudzająca zmysły.

A może nawet podwójnym brudziem z kuchnią indyjską i wegańską.

Składniki na 4-5 porcji:

1 paczka czerwonej soczewicy

4 pomidory świeże bez skórki lub 1 puszka pomidorów

1 puszka mleczka kokosowego (o składzie: ekstrakt z kokosa 80% + woda, innych mleczek nie polecam)

1 biała cebula

3 cebule dymki

2 ząbki czosnku

olej kokosowy nierafinowany

olej rzepakowy

3-4 liście kafiru (suszone liście limonki do kupienia w internecie, działach typu kuchnie świata, działach z produktami azjatyckimi)

1-2 łyżki ciemnego sosu sojowego

3-4 łyżki wiórek kokosowych+ wiórki do ozdoby

ok. 1,5 litra wody

świeża kolendra do ozdoby

mieszanka przypraw:

3-4 łyżeczki curry

1 1/2 łyżeczki kurkumy

1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki kuminu

1 łyżeczka słodkiej papryki

kilka szczypt chilli

sól, pieprz wedle uznania

opcjonalnie trochę syropu z daktyli/agawy/cukru brązowego jeśli dal będzie zbyt goryczkowy od curry i kurkumy.

Przygotowanie:

W dużym garnku rozgrzewamy olej rzepakowy, cebule drobno kroimy, podsmażamy na małym ogniu około 15 minut do całkowitego zeszklenia mieszając co jakiś czas. W międzyczasie dorzucamy liście kafiru, posiekany czosnek i wiórki kokosowe, a pod koniec duszenia pomidory.

W czajniku zagotowujemy około 1-1,5 litra wody. Kiedy cebula będzie wyraźnie zeszklona i zacznie gęstnieć  wsypujemy wcześniej opłukaną soczewicę, mieszamy, zalewamy gorącą wodą. Całość gotujemy około 20 minut do momentu, w którym soczewica zacznie robić się wyraźnie kremowa.

W trakcie gotowania dorzucamy mieszankę przypraw, sól i pieprz wedle uznania (uwaga: nie przesadzajcie z solą gdyż curry, mieszanka masala jak i sos sojowy też są słone), 1-2 łyżki oleju kokosowego dla wzmocnienia kokosowego smaku i sos sojowy.

Na sam koniec wlewamy mleczko kokosowe, wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy jeszcze przez 3-4 minuty. Dala najlepiej nakładać chochlą do głębokich talerzy, przyozdabiamy kleksem z mleczka kokosowego, szczyptą wiórek i świeżą kolendrą. Można go również delikatnie skropić sokiem z limonki.

Smacznego!

P.s. Dala często podaję z dodatkami takimi jak chlebek naan, pieczona kukurydza (przepis tutaj), czy aromatyczny ryż lub kasza bulgur. Będzie pysznie!

letnie risotto ze szparagami i groszkiem

Bo w risotto najważniejszy jest ryż… I kilka innych niuansów, które sprawią, że to danie stanie się czymś więcej niż tylko obiadem. Pamiętając, że jest to jedynie domowe gotowanie (ale prosto z serduszka) wiem, że nie osiągnę kunsztu profesjonalisty, aczkolwiek staram się, by przygotowane dania były z odpowiednich produktów, które nie zakrawają na profanację (mam nadzieję, że mi to wychodzi mniej lub bardziej). Dlatego też w kuchni oprócz wyobraźni, czy finezyjności (jak ja nie lubię tego słowa) ważne są zasady. W tym wypadku zasady nie są po to żeby je łamać, tylko po to, by przestrzegać, bo to są smakowite zasady.

Ryż, nie jaśminowy, nie basmati ani nie daj panie paraboiled, ale iście włoska odmiana Carnaroli lub Arborio, które podczas gotowania chłoną smaki jak gąbka, robią się kremowe na zewnątrz (dziękujemy skrobi, że istnieje), a w środku pozostają nierozgotowane. Przyznam, że portugalski Carolino też zrobi dobrą robotę i  osiągnie dobrą konsystencję oraz wspaniale wchłonie aromaty.

Bulion. Dobry bulion to sekret i każda gospodyni ma swoją ściśle tajną, niczym skład Coca – Coli, recepturę. Jedne robią go na bazie drobiu, inne używają samych warzyw, a jeszcze inne, te zabiegane zalewają po prostu 2 kostki bulionowe wodą i ten proceder wcale nie musi mieć dramatycznego zakończenia. Owszem, uważam, że w restauracyjnych warunkach byłoby to co najmniej niewłaściwe, ale w domu? C’mon  nie zawsze mamy czas i chęci na kilkugodzinne gotowanie bulionu. Kilkakrotnie przygotowywałam już w ten sposób risotto na stancji i też było okej. Wiadomo, że studenckie, szybkie gotowanie rządzi się swoimi prawami. Jedno jest pewne, bulion musi być dobrze doprawiony i intensywny.

Tłuszczyk. Nie bój się tłuszczu. Każdy wie, że przetworzone jedzenie i brak ruchu (w bardzo dużym uproszczeniu) są odpowiedzialne za te nadprogramowe kilogramy. Powinna być oliwa, ale ja na niej nie lubię smażyć, więc używam dobrego oleju (kujawski będzie okej, really) na którym podsmażam cebulę – koniecznie musi być zeszklona cebula zwyczajna, lub szalotka – jak wolisz. Masełko, nie jeden wegetarianin nie jest w stanie przejść na weganizm z jego powodu. A nie jeden weganin śni o nim po nocach. Na szczęście lub nieszczęście ja nie mam tego problemu i dodaję je w trakcie gotowania w celu nadania cudownego, maślanego smaku. Dżizaaaas takkk… Kto by nie dał się pokroić dla masełka…

Wino, nie marki wino. Białe, wytrawne, użyj pół szklanki lub więcej jak lubisz, tylko dobrze odparuj, a resztę zaserwuj w lampce – będzie idealnym zwieńczeniem wieczoru i dodatkiem do risotto.

Parmezan. Bez parmezanu to nie robota. Dziewięć wieków serowarstwa. Kochane Parmigiano Reggiano i koniecznie oryginalne. Wsadziłabym do więzienia wszystkich podróbkowiczów Parmigiano Reggiano. Chcesz mieć pewność, że kupujesz produkt oryginalny? Kupuj z certyfikatem. Na przykład takim jak na załączonym zdjęciu obok – unijny ChNP (Chroniona Nazwa Pochodzenia). O certyfikatach żywności tradycyjnej i regionalnej więcej dowiecie się tu. Może by tak artykuł na ten temat?

Dodatki. Tutaj sprawa jest prosta i sezonowa białe szparagi i zielony groszek.  Taka sezonowa jestem, że dodałam mrożony, bo nie mam świeżego, ale co tu gadać i wydziwiać kiedy i tak jest pysznie.

Serduszko. Musi być serduszko. Risotto to Włochy. Włosi kochają jedzenie. Włosi myślą ciągle o jedzeniu. Włosi są jedzeniem. Bądź jak Włosi. Dodaj serduszko.

Składniki na dużą patelnię

250 g ryżu  Carnaroli, Arborio lub Carolino

1 pęczek białych szparagów (umyte, ubrane ze skórki, pokrojone)

1 opakowanie (450 g) groszku mrożonego (rozmrożonego 😉 )

1 cebula biała

pół szklanki wytrawnego białego wina

1 l bulionu warzywnego (leniuszki mogą zrobić go z kostki)

olej

sól, pieprz

parmezan

1 łyżka masła (opcjonalnie)

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej, smażymy drobno posiekaną cebulę, którą podsmażamy. Następnie wsypujemy surowy ryż i mieszamy przez chwilę, tak by ryż wchłoną trochę oleju. Dolewamy wino, które redukujemy (odparowujemy, tak by pozostał jedynie aromat). Całość podlewamy bulionem (około 1 szklanka / chochla na „podlanie”) i mieszamy na małym ogniu aż do wchłonięcia płynu przez ryż – czynność powtarzamy kilkukrotnie do prawie całkowitego zużycia bulionu – zostawiamy około 1 chochli płynu, którą wykorzystamy pod koniec gotowania. Jeśli ryż zrobił się już wystarczająco miękki i kremowy dodajemy masło, obrane ze skórki i pokrojone szparagi oraz rozmrożony groszek, podlewamy resztą bulionu i znowu mieszamy do chwili aż szparagi oraz groszek zmiękną. Doprawiamy solą i pieprzem wedle uznania. Przed podaniem posypujemy hojnie lub mniej hojnie parmezanem dobrej jakości.

 

Uwaga! Najlepiej smakuje z białym, schłodzonym winem wytrawnym. Może być to, które użyliście do podlania risotto.

Smacznego!

 

 

Faszerowany bakłażan (trochę) po meksykańsku

Psianka podłużna, oberżyna, gruszka miłosna, bakman, jajko krzewiaste, nie to nie są nowe wymyśne, egzotyczne super foods, to są po prostu inne nazwy tego wypchanego warzywa na załączonym obrazku, którym nawet nie jest. Tak kochani, po wielu latach nauki biologii rozszerzonej obligatoryjnie w liceum, czy czysto hobbystycznie ze wspaniałych książek o wdzięcznych, mrożących (co niektórych) krew w żyłach Biologia Villee’go, czy Biologia Campbella można dojść do wniosku, że tak na prawdę warzywa nie istnieją. Natomiast istnieją na przykład bulwy, korzenie, czy wreszcie jagody, do których należy ten tajemniczy owoc potocznie nazywany bakłażanem.

Na surowo ni to on pachnący, ni zjadliwy, trochę gumiasty, czasem gorzkawy, ale w odpowiednim towarzystwie odkrywa swoje prawdziwe oblicze i okazuje się być całkiem fajnym kolesiem, lub kolesiówą – jeśli mowa o kobitce oberżynie, coby żodyn się nie obraził.

Powiem Wam w tajemnicy (w sumie to żadna tajemnica, ale kusząco to brzmi), że blogując, nawet wstawiając co jakiś czas amatorskie przepisy kulinarne, można dowiedzieć się o sobie mniej, lub bardziej ciekawych rzeczy, które to owe blogowanie obnaża. Ja na przykład dowiedziałam się o sobie, że mam jakąś manię wypychania, lub faszerowania jak kto woli, może bardziej subtelnie to brzmi. Wypchałam już jarmużem dynię (tu), wypchałam kurkami paprykę (tu), teraz wypycham kukurydzą bakłażana. Co następne? Tak wiem, brzmi to co najmniej dziwnie, ale tylko brzmi. Jak na moje to takie wypychanie w efektach wychodzi całkiem nieźle. Efekt jest? – Jest. Pomysł jest? – Jest. Smak jest? – Jest. Pełny brzucho jest? – Jest. Z resztą sami się przekonajcie i do garów (ale nie na długo, bo wszystkie moje przepisy nie bałamucą cennego czasu w kuchni). Faszerujmy ile wlezie!faszerowany bakłażan

Składniki na 4 porcje

2 bakłażany

dobrej jakości olej

faszerowany bakłażan

Farsz

1 woreczek (100g) kaszy orkiszowej / komosy ryżowej quinoa

2 duże pomidory obrane ze skóry

1-2 czerwone cebule

1 puszka kukurydzy

Miąższ z upieczonych bakłażanów

2 ząbki czosnku

świeża kolendra

sól, pieprz

Przygotowanie

faszerowany bakłażan

Piekarnik nagrzewamy do 200°C, bakłażany myjemy, kroimy na

pół, pokrapiamy olejem, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy przez około 20-30 minut do zmięknięcia miąższu. Kaszę gotujemy według przepisu na pudełku. W międzyczasie podsmażamy na dużej patelni pokrojoną w pióra cebulę (aż się zeszkli, można posypać solą), następnie dodajemy pokrojone w kostkę pomidory bez skórki i czosnek. Dusimy tak przez chwilę, po czym dodajemy odcedzoną kukurydzę i smażymy bez przykrywki w celu odparowania nadmiaru wody z pomidorów. Kiedy kasza się ugotuje dodajemy ją do usmażonych warzyw. Następnie bardzo ostrożnie wyciągamy miąższ z bakłażanów, tak aby nie uszkodzić skórki, najlepiej do tego użyć drewnianej łyżki i dorzucamy go do farszu na patelni. Całość solimy, pieprzymy i dokładnie mieszamy. Tak przygotowanym farszem napełniamy bakłażany, które na końcu przyozdabiamy poszatkowanymi świeżymi liśćmi kolendry.

 

Smacznego!

faszerowany bakłażan

Nadziana paryka z kurkami w stylu zero waste

Znacie tą presję i wyścig z czasem, kiedy to więdną Wam warzywa w zawrotnym tempie, no i zawartość zamrażarki również woła o natychmiastowe opróżnienie? Tak, ja też to znam. Ja to bardzo dobrze rozumiem. Dlatego zainspirowana prozą życia i codziennymi dylematami matki nie, ale polki gotującej – „wyrzucić, czy reanimować?” zawsze wybieram próbę ratunku.

Mimo wszelkich przeciwności losu po dłuuugiej i wstydliwej przerwie przygotowałam kolejny przepis, ale nie byle jaki przepis, bo ratujący żywot papryki przed trafieniem do śmietnika. Aromatyczna, sycąca potrawa z małym akcentem leśnym w postaci kurek, które cierpliwie czekały od września w zamrażarce na taki moment jak ten. Papryka – bidulka była już trochę poturbowana, zwiędła i pomarszczona przed nadzianiem, dlatego wybaczcie jej niewyjściowy wygląd, ale przepis jest przecież inspirowany duchem „zero waste”, czy nie wyrzucamy, nie marnujemy, tylko wy-ko-rzy-stu-je-my! No to jemy!

Składniki na 2 porcje:

2 papryki (mogą być zwiędłe jak w moim przypadku, i tak będzie pysznie)

1 – 1,5 szklanki zielonej soczewicy

kilka garści kurek lub innych dowolnych grzybów

1 cebula

pół łyżeczki suszonego estragonu

pół łyżeczki suszonego tymianku

sól, pieprz wedle gustu

Ser pleśniowy na wierzch (wiadomo, że osoby niespożywające nabiału pomijają)

olej do smażenia

Wykonanie:

Soczewicę gotujemy w osolonej wodzie do miękkości (zielona gotuje się dość długo, patrzcie jaki jest zalecany czas na opakowaniu), na patelni rozgrzewamy olej, na którym zeszklimy cebulkę wcześniej pokrojoną cebulkę, następnie dodajemy kurki lub inne dowolne grzyby.

Całość dusimy. Piekarnik nagrzewamy do 180 °C. Jeśli grzyby będą już miękkie dorzucamy ugotowaną soczewicę, solimy, pieprzymy i smażymy jeszcze rzez chwilę. W moździerzu ucieramy tymianek z estragonem, który dodajemy pod koniec smażenia. Pamiętajcie aby czas między ucieraniem a dodaniem ziół do farszu był jak najkrótszy, ponieważ chcemy uniknąć ulatniania się aromatu uwolnionego z utartej przyprawy. Jeśli farsz jest gotowy możemy przystąpić do nadziewania papryk, którym wcześniej obcinamy górę i oczyszczamy wnętrze z nasion. Napełnione warzywa wstawiamy do piekarnika na o

koło 30-40 minut, do momentu aż zmiękną. Ser posypujemy przed włożeniem do piekarnika jeśli lubicie mocno podpieczony, albo chwilę przed wyjęciem ich z pieca – wedle gustu. Gotowe! Można jeść!

Potrawa jest na prawdę banalna i szybka w wykonaniu, a potrafi nasycić nas na kilka dobrych godzin.

Możecie zostawić odkrojone „kapelusiki” z łodyżką i założyć je nadzianym już papryką, efekt będzie uroczy, często tak robię, ale tym razem zapomniałam. Roztrzepana jak zawsze.

szybka sałatka z brokułem i batatem najlepsza na wszystko

Co przychodzi Wam do głowy kiedy słyszycie hasło „sałatka”? Warzywna z całym słoikiem kieleckiego czy tam pomorskiego? Tuńczyk z ryżem, ananasem i kukurydzą, plus oczywiście słoik majonezu? Czy może jeszcze inne klasyki, które jak wszyscy doskonale wiemy są najczęstszym powodem niestrawności i złego samopoczucia na dzień po dobrej imprezie (hehe, jeśli wiesz co mam na myśli). I pewnie byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie mały fakt, że od imprezowych sałatek jednak kaca się nie ma, nazywajmy rzeczy po imieniu (a piątek, piąteczek i „łykend” za pasem). Do czego zmierzam? A no do tego, że każdy mit ma w sobie małe ziarenko prawdy. Przecież w tak starym, wyświechtanym jak świat żarciku o szkodliwych sałatkach na zakrapianych spotkaniach musi coś być. Dlaczego nie zrzucamy wszystkiego na schabowe, albo mielone tylko akurat na groszek w jarzynowej? No właśnie. Ja często tak mam, że nasza ulubiona, przejedzona i zmechacona jak stary sweter za trzy dychy na promo z „Haędemu” krajowa warzywna po prostu leży mi godzinami na żołądku i ni ciula nie pomagają wtedy żadne herbatki ziołowe, kadzidełka, nacieranie brzucha błotem, tańce plemienne czy inne szamańskie rytuały. Po prostu jest dla mnie zbyt ciężka i strawienie jej zajmuje długie godziny – życie, nie ma „letko”. Dlatego właśnie kombinuję z różnymi innymi, bardziej przyjaznymi dla układu trawiennego kompozycjami, które zarówno są sycące i łatwostrawne, a po ich zjedzeniu brzuch wygląda raczej normalnie a nie jak przy dwudziestomiesięcznej słoniowej ciąży (nie chcę obrazić słoni, tylko nadać dramatyzmu sytuacji). 

Wiecie jak to jest kiedy człowiek się stara, szuka czegoś kunsztownego, nad wyraz oryginalnego, wymyśla na siłę, bo na insta koniecznie musi być ładne jedzonko, bo chce się wykazać, ma ambicje, to nic z tego nie będzie, czapa. Miałam tak ostatnio z takim jednym przepisem, drogi, trudny, „wiecie czego” nie urywał no i właśnie czapa. A  ja wychodzę do Was z przepisem sprawdzonym, banalnym w przygotowaniu, zrobionym z łatwo dostępnych produktów, które niemniej jednak są świeże, ciekawe i oryginalne w smaku, a do tego super zdrowe i kolorowe – o kolorki w tym pochmurnym okresie musimy dbać! Tak jak wspominałam w hummusowym poście (o tutaj).

Ta sałatka z brokułem i batatem, jest moim i będzie Twoim nowym hitem! Serio mówię, a przygotowałam ich już dosyć sporo jak na swoje krótkie 21 letnie życie. Zabieram ją w pudełku na uczelnię, wcinam na śniadanie, na kolację, kiedy dopadnie mnie mini głodek, albo ten większy. Robię jeśli mam niezapowiedzianych gości, bo jest szybka i łatwa (ostatnio z jarzynówką paprałam się chyba z półtora godziny przed „Wszystkich Świętych” – nigdy więcej). Oczywiście stworzona na tak zwanym momencie z tego co akurat było pod ręką – mój klucz do udanego dania. Bardziej chyba wychodzi mi spontaniczne działanie niż zaplanowane, nie czuć wtedy presji.

Dlatego tu i teraz ZACHĘCAM wszystkich miłośników sałatek klasycznych, majonezu i kurczaka, hejterów sałatek, hejterów warzyw, a w szczególności batatów oraz tych którzy w sałatkach i lunch box’ach są zakochani, do wypróbowania tego przepisu, bo wyrwie Was z klapek. Dziękuję. Koniec.

Składniki na miskę sałatki

1 brokuł (ok. 500g)

1 duży batat, bądź 2 mniejsze (ok. 400g)

1 woreczek / 100 g / ok. pół szklanki kaszy jaglanej

1/2 dużej puszki kukurydzy lub 1 mała

3 łyżki słonecznika

1 mała czerwona cebula

Mały pęczek kolendry

3-4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

2-3 łyżki octu winnego

Pieprz mielony i gruboziarnisty (ten drugi możesz pominąć, jeśli nie masz)

Sól

sałatka z brokułem i batatem

Sałatka z brokułem i batatem

Wykonanie

Na małym gazie, w osolonej wodzie gotujemy kaszę jaglaną (pod przykryciem, nie mieszamy podczas gotowania). Brokuła dzielimy na małe różyczki, batata obieramy, i kroimy w dość drobną kostkę. Pamiętajcie aby opłukać je wodą! Tak przygotowane, lekko osolone warzywa gotujemy pod przykryciem na parze – pierwsze wrzucamy bataty, a po 5ciu minutach dodajemy brokuła, następnie czekamy do chwili aż oba składniki zmiękną (około 10 minut). Cebulę obieramy, kroimy na cienkie krążki, które moczymy w occie winnym w celu nasiąknięcia aromatem – mówię Wam to jest sekret tej sałatki 🙂 . Słonecznik prażymy na patelni, lepiej nie ustawiać dużego gazu, co jakiś czas mieszamy, uważajcie aby wychwycić ten moment, w którym ziarna są pięknie złociste, a nie ciemnobrązowe, lub już nawet czarne, czuć wtedy smak spalenizny. Teraz komponujemy sałatkę. Ostudzoną kaszę mieszamy z olejem, pieprzem, kolendrą, kukurydzą i cebulą, dodajemy chłodnego batata i brokuł, następnie posypujemy całość prażonym słonecznikiem i pieprzem gruboziarnistym, jeśli sałatka wydaje się Wam za sucha dolejcie więcej oleju. Wasza szybka sałatka z brokułem i batatem jest już gotowa. Widelce w dłoń.

Smacznego i na zdrowie!

sałatka z brokułem i batatem